http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska komedia, Czyściec, Pieśń XII

Jarosław Mikołajewski
2010-01-22, ostatnia aktualizacja 2010-01-22 12:14

Deptanie umarłych

Kościół św. Sabiny, Tablica nagrobna dominikanina Munoza de Zamory z XIV w.
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Kościół św. Sabiny, Tablica nagrobna dominikanina Munoza de Zamory z XIV w.
Bazylika San Giovanni dei Fiorentini. Tablica pamiątkowa Franciscusa Borrominiego - architekta pochowanego w kościele, w którym popełnił samobójstwo pracując nad główną kaplicą
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Bazylika San Giovanni dei Fiorentini. Tablica pamiątkowa Franciscusa...
Bazylika San Lorenzo in Lucina
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
Bazylika San Lorenzo in Lucina
Kościół św. Sabiny
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
Kościół św. Sabiny
RAPORTY
W Pieśni XII (licząc miarą poematu), czyli na granicy pierwszego i drugiego tarasu (licząc strukturą Czyśćca), Anioł usunie skrzydłem jedno z siedmiu "P" z czoła Dantego - piętno jednego z siedmiu grzechów głównych. Jego nawrócenie zyska widomy znak postępu, jego krok będzie lżejszy, lecz zanim tak się stanie, Wergiliusz każe mu przejść się po płytach nagrobnych ludzi, którzy zgrzeszyli pychą:

W końcu rzekł do mnie: - spuść w dół twe oczy,

A lżej ci będzie wędrować tą drogą,

Widząc grunt jakim twoja stopa kroczy.

Jak nad sklepioną kościołów podłogą,

Dla przedłużenia umarłych pamięci,

Płaskorzeźbami wyrastają groby,

Zeszłych ze świata, popiersia, osoby.

Obraz ich w sercach pobożnych żal budzi,

Rozpamiętując pamięć zmarłych ludzi...


Tak brzmi ten fragment w "tłómaczeniu Juliana Korsaka", wydanym w 1860 r. przez Orgelbranda w Warszawie i, rzeczywiście, pierwszym skojarzeniem z tym odcinkiem wędrówki Dantego są podłogi rzymskich kościołów. Posadzki z płytami, na których bywają same nazwiska i krótkie definicje, jak te, pod którymi w Santa Maria Maggiore leży Bernini, a w San Giovanni dei Fiorentini Maderno czy Borromini, lecz bywają też płaskorzeźby, poukładane szczególnie gęsto w Santa Maria in Aracoeli, i tam najstaranniej polerowane froterkami, że się tak wyrażę, do żywego. I często nie da się nie postawić na tych wizerunkach stopy, co najwyraźniej widać w Santa Maria del Popolo, na granicy nawy głównej i lewej, gdzie albo nadepniesz, wędrowcze, jedną z dwóch leżących sylwetek, albo będziesz musiał przez nie przeskoczyć z rozbiegu, a jeśli zechcesz uniknąć śmieszności i zgrozy, będziesz skazany na większe, bo otrzesz się przyrodzeniem, biodrem lub zadkiem o kratę, za którą na twoje ciało zęby szczerzy uwięziona śmierć.

Jest coś nie tak, że depczemy po płytach grobowych, i to z dwóch oczywistych powodów: artystycznego i ludzkiego. Z ludzkiego, bo zawsze robi wrażenie świadomość, iż w ziemi, po której chodzimy, w pionie do naszej podeszwy, leżą ludzkie członki, przez kogoś kiedyś kochane jak czaszka Yoricka przez duńskiego księcia. Chyba, że jest się w Rzymie. Bo chodzić po płytach nagrobnych w Rzymie to jak być grabarzem na duńskim cmentarzu. Przypomnijmy: w piątym akcie Hamlet z Horacjem widzą grabarza, który przyśpiewuje sobie do pracy, na co Hamlet obrusza się: "Śpiewać przy kopaniu grobu! Czy ten człowiek nie czuje powagi swojego zajęcia?" A Horacjo uspokaja go: "Przyzwyczaił się, to nie zwraca uwagi" (tak to wygląda w przekładzie Stanisława Barańczaka). Otóż nie jestem rzymianinem, więc się nie przyzwyczaiłem i uwagę zwracam. Nie mam krewnych ani przyjaciół pod podłogami rzymskich kościołów, ale już przechodzenie przez próg, pod którym często, jak we wspominanym już kościele grabarzy na via Giulia, leżą pokotem biedacy pozbierani na polach, wpędza mnie w poczucie nieprzyzwoitości. Nie bez litości dla nieboszczyków patrzę, jak wierni, którzy od wejścia do Santa Maria del Popolo kierują się przed ołtarz główny, depczą ryte w marmurze nazwisko Piccolomini i wpuszczoną w kamień brązową czaszkę z kośćmi. Nie mówiąc już o tym, że przed skromnymi płytami Berniniego czy Borrominiego łatwo nachodzi mnie myśl, iż płyty mają siedemdziesiąt centymetrów długości, a nie sto siedemdziesiąt, ile pewnie liczą leżące pod nimi szkielety, a z myślą tą ogarnia mnie pewność, że przygniatam właśnie stopami łydki albo głowę wielkiego artysty. O tym, że rzymianie, a zwłaszcza rzymscy kapłani, nie mniej niż duńscy grabarze przyzwyczalili się do swoich zmarłych i nie przejmują się godnością tych nawet, którzy patrzą na nich z kamiennych portretów, najmocniej świadczą dekapitacje, liczne zwłaszcza w Santa Maria del Popolo. Płyty z płaskorzeźbami ludzkich rozmiarów leżą tam konsekwentnie pomiędzy filarami, które rozdzielają nawy, po dwie, głowami do wejścia, połączone ze sobą wedle sekwencji głowy-stopy jak w wanitatywnym dominie. Pomiędzy każdą parą filarów znajduje się też konfesjonał, przystawiony do tego bliżej fasady, przodem do ołtarza. Problem w tym, że konfesjonały nie mieszczą się pomiędzy filarami a płytą , więc jednemu z każdej pary nieboszczyków obcinają głowę. Jak drewniana gilotyna, deska konfesjonału tnie w niesończoność kamienną szyję.

Nad płytami, na których są rzeźby, rodzą się też wspomniane zastrzeżenia artystycznej natury. Czyli nad płytami podobnymi do tych, o których mówi autor "Komedii", choć przecież nie takimi samymi. Dante stawia stopy na nieboszczykach przykrytych obrazami upokorzonej ich pychy: na Niobe "z bolesnymi oczami / wyrytej na drodze / pomiędzy siódemką a siódemką zgasłych dzieci", na Saulu "przeszytym własnym mieczem" i na wielu innych, pokazanych w chwili, kiedy ponieśli klęskę. Pod stopami nas, którzy w rzymskim kościele przystajemy w zakłopotaniu przed płytą, której obejść się nie da, w drodze przed ołtarz czy obraz, leżą postaci w chwili skrajnej pokory. Zatarły się litery imienia, sprawowanej funkcji i daty zgonu. Od milionów podeszw i kolan, które po nich przeszły, od obrotów froterek, które je glansowały, rozpuściły się w kamień rysy twarzy. Tym, co rzuca się w oczy, i co łączy ich wszystkich, są bezwładne ręce, nałożone na siebie w nadgarstkach. Jedyna postać, które w Santa Maria in Aracoeli trzyma, Bóg wie po co, miecz, budzi politowanie. Gdzieniegdzie głowę przykrywa kapelusz lub kaptur. Gdzieniegdzie o swoje na wytartym ubraniu walczy niesprasowana do końca fałda.

Nagrobki pionowe, na ścianach, mają swoich autorów: w Santa Maria del Popolo i Santa Maria in Aracoeli są nimi Arnolfo di Cambio, Michał Anioł, Sansovino, Bregno, Algardi, Bernini. Imiona twórców płyt, które kryją podłogę, jeśli nie są nieznane, wyryte są na bocznej krawędzi, wpuszczone w podłogę, widoczne jedynie dla martwych. Jedna z płyt przeznaczonych do tego, by leżeć, w Santa Maria in Aracoeli, podpisana jest wielkim nazwiskiem - Donatello. Rzeźbiarski gigant, specjalista "od chłopów", jak sam siebie określał w odróżnieniu od Brunelleschiego, który miał być "od Chrystusów", wyrzeźbił w 1433 roku Giovanniego Crivelli z głową na miękkiej poduszce, złożoną na prawy policzek do snu. Zanim zamknięte oczy Crivllego, resztki ust i nosa, skrzyżowane dłonie i fałdy wtopiły się w kamień, odebrano płytę naszym stopom i stoi teraz po prawej stronie, tuż za progiem świątyni. I to jest dobre, choć żywy wizerunek Crivellego oderwano od jego kości.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':