Jedenastą Pieśń "Czyśćca" poświęca Dante pysze ukorzonej, kruchości sławy, jej przemijaniu, przekazywaniu pałeczki zaszczytu, popadaniu w niepamięć, tymczasem życie żartuje sobie z pieśni nie gorzej, niż pieśń zażartowała z życia. Obserwując marsz rozmodlonych pokutników, którzy za życia grzeszyli pychą, rozpoznaje wśród nich poeta, i wita jak gwiazdę na ślepym firmamencie, Oderisiego z Gubbio, mistrza miniatury, i woła:
czyż ty nie jesteś Oderisi,
chwała Gubbio i chwała tej sztuki,
która w Paryżu nazywana jest iluminacją?...
A Oderisi, który za życia lekko i wysoko musiał nosić głowę, skoro teraz ją zwiesza, przytłoczony ciężarem głazu, taką oto /w przekładzie Porębowicza/ daje mu lekcję historii sztuki i sławy swojego czasu:
Bracie - rzekł - na malowanie
Spójrz, w bolończyka kunszcie uśmiechnięte!
Przy nim ma chwała ledwo się ostanie /.../.
Ot, człowieczego kunsztu marna chwała!
Jakże trwa krótko zieleń tego drzewa,
Jeśli tuż po niej znów dzicz nie nastała!
Sądził Cimabue, że wszystkich olśniewa,
A dzisiaj Giotto pierwszy staje w rzędzie
I tak, że rozgłos onego przyćmiewa /.../.
Bo sława ziemska jest jak wiatru wianie,
Co raz z tej strony, raz z owej zalata:
Zmienia kierunek, to zmienia nazwanie...
Oderisi, który zmarł w 1299 roku, mówi jako artysta, znawca sztuki swojego czasu i kronikarz artystycznych hierarchii. Słowa, które Dante włożył w usta swojego bohatera, są wiarygodne - poeta odbywa wszak swą wędrówkę w 1300, mniej więcej w czasie, kiedy sprawował w Rzymie poselstwo, rok po śmierci miniaturzysty. Łatwo wyobrazić sobie, jaka była towarzyska i rynkowa materia jego świadectwa: nieżyjący już Oderisi wciąż jeszcze musiał być uważany za największego iluminatora tekstów pisanych, lecz nowe księgi potrzebowały nowych artystów. Ze śmiercią mistrza z Gubbio już się pogodzono, i oto zaczynało się szeptać o kimś, kto nie tylko dorównuje Oderisiemu, lecz sztukę jego strąca w archaiczność. Tymczasem, wbrew perspektywom wielkiej przyszłości, jakie Oderisi, a raczej Dante, roztacza przed Frankiem Bolończykiem - "Franco Bolognese", bo tak nowa gwiazda nazywa się w oryginale - nie ma dziś materialnego śladu, który wiązalibyśmy z jego imieniem, a po mistrzu z Gubbio pozostały co najmniej dwa kodeksy, przechowywane dziś w Watykanie. Jaka mogła być różnica pomiędzy jednym a drugim, znak ewolucji, czy ahistorycznego geniuszu, który wytwarzał przekonanie, iż wielkość Franka miała odsunąć Oderisiego w cień? Nie wiadomo. Jedynym tropem jego sztuki jest "uśmiechnięte malowanie", o którym mówi Dante, i gdyby nie te słowa, nie wiedzielibyśmy nic ani o Franku, ani o uśmiechu, jaki wywoływały jego pędzelek i farbki. Adeptom fikcji historycznej podsuwam temat. Skoro nie mamy dziś ani jednej litery, ani kreski czy kropki postawionej przez autora "Komedii", wyobraźmy sobie, że Dante, odkrywając największy talent iluminacyjny początków XIV wieku, powierza mu swój rękopis i No właśnie - wytęż wyobraźnię, adepcie. Każda przyczyna zaginięcia manuskryptu Dantego jest dobra, byle była ciekawa i prowadziła do odpisów, których nieistniejący dziś pierwowzór filolodzy odtwarzają do dziś, spierając się o warianty.
Z Cimabuem i Giottem sprawa jest niby prostsza. Według znanej legendy stary mistrz sam uznał nadzwyczajność Giotta, zobaczył po drodze, jak ten w dzieciństwie rysował na kamieniu owce i zabrał chłopca ze sobą, by kształcić. Różnicę pomiędzy Cimabuem, który dopiero zrzuca bizantyńskie gorsety i podrywa do życia mięśnie i skórę, a Giottem, miękko rysującym ruchy swoich postaci, jest doskonale widoczna w Asyżu, lecz w Rzymie?... W bazylice Santa Maria Maggiore, w transepcie, istnieje kolejny żart ze sławy: postaci proroków malowane - uwaga! - "przez Cavalliniego lub przez Cimabuego albo przez Giotta". Tak mówią przewodniki: "albo, albo, albo". Gdzie tu jest miejsce na sławę? Gdzie przestrzeń na indywidualny sznyt, skoro nie można odróżnić jednej ręki od drugiej? Żartu ze sławy dopełnia stan dużej niewiedzy co do miejsca, gdzie są ci prorocy. O profetach "Cavalliniego albo Cimabuego lub Giotta" pisze m.in. autor przewodnika Touring Clubu, w dodatku oznaczając je gwiazdką jakości, i nie wskazuje dokładnie ich miejsca, jak gdyby sam tylko o nich słyszał, nie widząc. W przewodniku po bazylice, wydanym przez samą Santa Maria Maggiore, nie ma o freskach słowa. Przewodniczka, która grupie z Lombardii brawurowo opisuje mozaiki Torritiego, kiedy pytam ją o te freski z czasów papieża Mikołaja IV, rozkłada ręce i mówi, że czegoś takiego w ogóle nie ma. Pokazuję jej przewodnik Touring Clubu: "W 1931 roku, przy wyburzaniu szesnastowiecznego sklepienia, został częściowo odsłonięty transept Mikołaja IV, z rówieśnymi freskami proroków w tarczach " Mówi, że pierwsze słyszy i widzi. Pierwsze słyszą i widzą strażnicy bazyliki i pani w zakrystii. Pewnie są ci prorocy, tylko nie potrafię ich dojrzeć - niedoświetleni dla moich oczu, choć wrzucam monetę, żeby rozjaśnić transept. W apsydzie bazyliki niepodzielnie królują mozaiki Torritiego, nie tak znanego jak Giotto, z koronacją Najświętszej Marii Panny i scenami z jej życia. W nawie głównej i na łuku triumfalnym - mozaiki z V wieku, artysty, który pewnie w swoich czasach był sławą, a teraz pozostało po nim "tylko" dzieło.
Jest w Pieśni XI Czyśćca obraz, który wydaje się przeniesiony do Rzymu wprost, i powtarza się tutaj od wieków. Żeby go ujrzeć, cofnijmy się o krok przed to miejsce, gdzie Dante spotkał Oderisiego, do orszaku, z którego wzrokiem wyłowił mistrza z Gubbio:
"O Ty Ojcze nasz, który jesteś w niebie,
Nie, byś w nim mścił się, lecz dla miłości / /"
Takimi Bogu modląc się prośbami,
Szli nachyleni pod brzemię tak duże,
jak to, co czasem we śnie myśli mami.
Nierówny ciężar nieśli i po górze
Z nierówną męką w pierwszym upokorzeń
Szli kole, myjąc z siebie ziemskie kurze
Ten sam orszak ludzi, pod ciężarem niewidzialnych głazów tego, czym obciążyło ich życie, wspina się co dzień na alegoryczną "górę czyśćcową" w pobliżu bazyliki Santa Maria Maggiore, a już naprawdę blisko świętego Jana na Lateranie - na Scala Santa, czyli na schody, po których Jezus miał wejść na sąd przed Piłatem. Na 28 stopni, na początku IV wieku sprowadzonych przez świętą Helenę, a w 1723 roku obleczonych w drewno - zapobiegawczo, żeby miliony kolan nie zrównały ich z ziemią. Czy na sztychach Rouargue'a z XIX wieku, czy na dawniejszych świadectwach, jak trwa to do dziś, wspina się na te schody, na klęczkach, wciąż ten sam ten sam tłum łaknący oczyszczenia, którego cienie obserwował Dante w zaświatach.
Lecz te schody oraz inne relikwie, które sprowadziła do Rzymu święta Helena, matka cesarza Konstantyna, to temat na odrębną opowieść.