Dziś drogi moich skojarzeń są całkiem już nieprzytomne, ale trudno: celem jest Rzym, pretekstem - "Boska Komedia", i każde pośrednictwo pomiędzy jednym a drugim jest dozwolone. Czytam w tych dniach Pieśń VII Czyśćca, gdzie Dante opisuje spotkanie z władcami Europy, więc - zwłaszcza że stoję w książęcym pałacu - będzie co nieco o rzymskich książętach.
Poeta Sordello, który od pieśni poprzedniej towarzyszy Dantemu i Wergiliuszowi, wskazuje i komentuje im (polszczyzną Porębowicza) zasługi i winy królów i książąt, jednego po drugim, rozpoczynając od Rudolfa Habsburskiego:
Ten, co najwyżej siedzi, z twarzą człeka,
Który się czuje opieszalstwa winny
I końca pieśni z niemą wargą czeka,
To cesarz Rudolf, co żmudził bezczynny,
Mogąc Italię ratować w złym kresie;
Dziś chorą leczyć próżno chce kto inny...
Pod Rudolfem siedzą Otokar II, Filip III, Henryk I i inni władcy, owszem, zdaniem Dantego przyzwoici, choć niedoskonali. Rudolfowi Dante wyrzuca, że nie zstąpił do Włoch, do których, jako cesarz, powinien był zstąpić, innych chwali i gani za to lub owo. Miarą ich oceny jest to, jak służyli Włochom i Ewangelii, cesarstwu i Kościołowi, całość ma charakter enumeracji, a tonację historycznego pamfletu.
"Dzisiejsze Włochy są Republiką - mówił w 2002 roku dziennikarzowi La Repubblica Carlo Odescalchi, zwierzchnik rodu wywodzącego się od paladyna Karola Wielkiego. - Konstytucja skreśliła arystokrację, należy o tym pamiętać. Ja nie wymagam od nikogo, żeby zwracał się do mnie Książę albo don Carlo. Jednak wiele osób tak robi, co świadczy o tym, że widzą one konieczność podtrzymania pewnych tradycji, zachowania wartości, które mają głębokie źródła i znaczenia".
Przedstawicieli rzymskich rodów książęcych, których spotkałem osobiście, mógłbym policzyć na palcach półtorej ręki, i jedyną rzeczą, która tę garstkę moich arystokratycznych znajomych łączy, jest chorobliwa wręcz niechęć do premiera Hiszpanii. W rzeczywistości łączy ich znacznie więcej, lecz wolę nie odgadywać. Jestem, gdzie jestem, wiem, co wiem, stoję oto w pałacu książąt Doria Pamphilj przy via del Corso, na wprost pałacu Odescalchi, i przypominają mi się historie chłopców nie z przedmieść, o których pisałem poprzednio, lecz z tych obu pałaców, wyczytane nie z powieści Pasoliniego, lecz z kronik towarzyskich w gazetach, zasłyszane z rozmów z ludźmi z towarzystwa. Historie młodzieńców, którzy postanowili żyć jak zwyczajni ludzie, z daleko idącymi konsekwencjami swoich wyborów. Obydwa rody należą do tzw. "czarnej arystokracji", czyli, jak pisze Wojciech Ponikiewski w swoim przepysznym przewodniku, do "wielkich rodzin związanych od wieków z Kościołem i papiestwem", a wręcz bywających papieżami.
Pierwszy, który mi się tu przypomina, choć jestem w domu Doria Pamphili, jest książę Filippo Odescalchi. Na początku lat 80., może w końcu 70. XX wieku, wyprowadził się z rodowego pałacu przy Piazza Santi Apostoli (od via del Corso jest pałacowe zaplecze), machnął ręką na bogactwa i zamieszkał pod gołym niebem, a dokładnie pod ścianą pałacu innego wielkiego rodu - książąt Massimo. Dla urozmaicenia pomieszkiwał też pod mostami. Dzieciaki wołały za nim "Hej, Jezus!", bo wyglądał jak bohater filmu Franco Zeffirellego "Jezus z Nazaretu". Nawet księża twierdzili, że miał w sobie coś z mistyka. Ci, którzy uważali, że mistycyzm jest nie do pogodzenia z alkoholem i narkotykami, wołali na niego "książę żebrak" lub "książę pijak". Miał psa i przyjaźnił się z brodaczem o przezwisku Garibaldi. Ksiażę Massimo wielokrotnie próbował przegnać Filippa spod swojego pałacu sugerując, by zamieszkał pod pałacem Odescalchi. Pomogła dopiero interwencja rodziny, która wysłała go na wieś, niedaleko Frascati.
Był piękny, wysoki, jasnowłosy. Poznał Fiammę Mameli, potomkinię postaci słynnej i świetlanej, wręcz świętej dla narodu włoskiego - Goffreda Mameli. Autora słów włoskiego hymnu narodowego, towarzysza broni Giuseppe Garibaldiego, męczennika Risorgimenta. Ze związku Filippa z Fiammą, do której zwracał się per Madonna, urodziło się troje dzieci: Ginevra, Cristallo i Andrea. W październiku 1990 roku Filippo wsiadł na swój motocykl, rozbił się na autostradzie o jadący przed nim samochód i zginął na miejscu. Miał 32 lata. Znaleziono przy nim 15 milionów lirów, odpowiednik ówczesnych kilkunastu pensji. Świetny, za rzadko czytany polski poeta, który jest uznanym copywriterem, Andrzej Kotański (odezwij się, Andrzeju!), poświęcił mu piękną elegię, którą doskonale pamiętam w klimacie, a całkiem nieźle (chyba) w wybranych słowach, m.in. w końcowym dwuwierszu:
... Do nowych świętych przyzwyczaj się, Boże,
pod mostem zakopcie me ciało.
Inny przypadek jest świeższy, opisał go niedawno Andrea Garibaldi w Corriere, i pochodzi z dziejów rodziny Doria Pamphilj. Żeby ujrzeć go w całym dramatyzmie, trzeba cofnąć się do połowy lat 60. i przenieść do sierocińca w Londynie, gdzie wzrastali dziewczynka i chłopczyk. Pewnego dnia księżna Orietta Doria Pamphilj i jej mąż Frank Pogson, postanowili je adoptować, i w ten sposób sieroty, które prócz sieroctwa nie miały ze sobą nic wspólnego, stały się bratem i siostrą, dziedzicami ogromnej fortuny, między innymi pałacu, w którym jestem, zapisując długopisem na marginesie katalogu ten mój etap "Rzymskiej komedii", drugiego co do wielkości pałacu w Rzymie, po Kwirynale. Pałac mieści apartamenty, sklepy, biura, instytucje (wśród nich stację Polskiej Akademii Nauk), i około 700 dzieł. Stoję przed dwoma z nich, przedstawiającymi tę samą postać - Innocentego X, na malarskim portrecie Velazqueza i rzeźbiarskim Berniniego.
W 2000 roku, po śmierci Orietty, Jonathan i Gesina (takie imiona, po rodzicach przybranych rodziców, ma para książąt adoptowanych w Londynie) stali się jedynymi spadkobiercami majątku. Gesina ma dziś 45 lat. Ma męża i czworo dzieci, których grupowe zdjęcie rozsyła z życzeniami na święta. Jonathan jest o rok starszy, ma partnera, z którym legalnie związał się w Wielkiej Brytanii, i wychowuje dwoje małoletnich dzieci, chłopczyka i dziewczynkę, urodzonych przez tzw. surogatkę, czyli matkę, która wynajęła łono na poród. Problem w tym, że wynajem łona jest we Włoszech bezprawny, grozi za to kara do trzech lat więzienia i do miliona euro grzywny. Według włoskiego prawodawstwa dzieci Jonathana nie mają żadnych praw, za to wszelkie prawa mają ich matki, mieszkające w USA i Ukrainie. I tak oto, z obawy przed całkiem realną możliwością, iż dobra rodu Doria Pamphilj dostaną się w ręce dość przypadkowych kobiet, Gesina podjęła starania o unieważnienie dziedzictwa po Jonathanie przypominając, że brat mógł zwyczajnie adoptować dzieci, i zapewniając, że w takiej sytuacji nie działałaby przeciw niemu.
"Nazywam się Jonathan Doria Pamphili" - miły głos ze słuchawki wygłasza powitanie w galerii, kiedy uruchomisz "audioprzewodnik". Dumny z galerii takiej, jaką otworzyła dla zwiedzających mama Orietta, mówi, że kiedy był dzieckiem, pałac był zaniedbany, zarządzany przez bankierów, którzy co jakiś czas udostępniali wielki salon na przyjęcia. I opowiada, jak w 1644 roku Giovanni Battista Pamphilj został papieżem Innocentym X, przez co ród stał się jednym z najznakomitszych. I z nieskrywaną sympatią wspomina Camilla Pamphilj, którego Innocenty X uczynił kardynałem nepotem, czyli kimś w randze obecnego sekretarza stanu, lecz ten zrezygnował z zaszczytu, ponieważ się zakochał. "Papież się wściekł", mówi przez słuchawkę Jonathan, i patrząc na portrety Velazqueza i Berniniego, wierzę, że wściekać się umiał dosadnie. Oczy na obrazie ani na chwilę nie opuszczają tego, który wszedł do małej, wydzielonej salki galerii. Wodzą za mną, czy patrzę na niego z lewej, czy na wprost. Kiedy się odwracam, czuję je na plecach. "Zbyt prawdziwy!", miał zawołać model na widok swej podobizny. Innocenty z obrazu i ten z rzeźbiarskiego popiersia są niemal identyczni, lecz znacząco ich różni charakter.
U Berniniego papież jest tylko poważny i surowy, u Velazqueza świdrująco podejrzliwy i z góry uprzedzony. Patrzę na niego i myślę, jak strasznie musiał czuć się przed nim Camillo, jak niekomfortowo może czuć się Jonathan, i myślę też, że, zważywszy własną historię, powinien mieć Innocenty X w spojrzeniu więcej współczucia, choćby zdolności rozumienia.
Kto wie, bowiem, czy największy skandal w dziejach rodziny to nie był jego samego związek z żoną zmarłego brata, księcia Pamphilo Pamphilj, Olimpią z domu Maidalchini. Rzecz jest opisana wielokrotnie, powiedzmy więc tylko, że charakter Olimipii widać po rzeźbiarskim popiersiu Algardiego, które też jest w galerii - z rogiem chusty na głowie patrzy na nas tłustym wzrokiem kobieta niewrażliwa, zasklepiona w skąpstwie. Jej chciwość stała się historycznie przysłowiowa, gdy po śmierci szwagra papieża, a być może i papieża kochanka, zabrała mu spod łóżka dwie skrzynie ze złotem, jako "biedna wdowa" nie chciała się zrzucić na pogrzeb, i nikt nie poczuwał się do obowiązku płacenia za trumnę. Nazywana była Papieżycą Olimpią, Pimpaccią z Piazza Navona, i do dziś, 4 kwietnia, w każdą rocznicę śmierci Innocentego X, duch Pimpacci pędzi karocą z pałacu na Piazza Navona przez Ponte Sisto, wpada do Tybru i tonie. Widziano ją kiedyś, jak w dół, z ogrodu Doria Pamphilj, puściła się w dół przez Porta San Pancrazio - tę samą bramę, na wprost której tydzień temu ja zjechałem do domu Pasoliniego. Wracając do salki Innocentego X, rzeźbę i obraz, prócz bohatera, łączą odzieżowe szczegóły - czy kamień, czy farba, tak samo plastycznie kształtują guziczki, obszywki, wklęsłości, fałdy.
Portret Velazqueza jest wymieniany najczęściej jako ten jeden skarb nad wszystkie skarby galerii. Przez wzgląd na tożsamość modela należy to rozumieć, zachowując odrębność zachwytu. Stosując próbę Herberta, gdybym miał wynieść ten jeden jedyny z piętrzących się jeden nad drugim poziomach obrazów, nie wahałbym się porwać "Odpoczynek podczas ucieczki do Egiptu" Caravaggia. Jest w tle Madonny śpiącej, wtulonej w Dziecko, jeden z dwóch pejzaży w całym drobku mediolańczyka. "Jest to - pisze Francesca Cappelletti w wydanej w tych dniach cudownej monografii artysty Caravaggio, un ritratto somigliante - jeden z najpiękniejszych włoskich krajobrazów XVII wieku (...), o barwach złotych, jesiennych, wykonany przez malarza, który niebawem pozamyka swoje postaci w pomieszczeniach nagich i gęstych od cienia". Przygrywający śpiącej matce i dziecku, i czuwającemu Józefowi, Anioł, stojący do nas plecami, odsłania spektakl słonecznych łydek kwalifikujący do wzniecania szczególnie intensywnych "teta veleta". Drugim, który bym ukradł, byłaby "Pokutująca Magdalena", rzecz jasna też Caravaggia, ale ukraść nie mogę, ponieważ wypożyczona jest na wystawę w Galerii Borghese. Pozuje do niej ta sama modelka, co do śpiącej Madonny.
Z głosów oprowadzających po galerii łatwo wyczytać humor Jonathana. W lekkiej, osobistej tonacji jego wprowadzenia, dziewczęcy głos mówi o świetnej kopii "Świętego Jana" Caravaggia z przejęciem, które zmienia się w kpinę w chwili, gdy opowiada o kopii Tycjana: "To jedna z najbardziej okropnych kopii Gdyby to było muzeum, a nie galeria pokazująca kształtowanie się prywatnej kolekcji, obraz, na który patrzycie, byłby dziś w magazynie".
Cóż dodać? Może to, że w Galerii Borghese Caravaggio zestawiony jest na wystawie z Francisem Baconem, którego głównym dziełem są wariacje na temat portretu Innocentego X Velazqueza. To, że w przeciwieństwie do Innocentego X z rodu Doria Pamphili, Innocenty XI z rodu Odescalchi nie uprawiał nepotyzmu. I to, że kiedy wychodząc z pałacu pytam stróża, gdzie mieszka Jonathan, odpowiada, że tutaj. "A Gesine?" "Też tutaj. Miejsca jest dużo".
Paweł i Gaweł w jednym stali domu. Lecz cóż to za dom, cóż na kolekcja! Jedna z najwspanialszych na ziemi i niebie.