http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska komedia, Czyściec, Pieśń IV

Jarosław Mikołajewski
2009-11-30, ostatnia aktualizacja 2009-11-30 14:23

Późny czyściec

Plac Kwirynalski. Fontanna di Monte Cavallo z dwoma figurami Kastora i Poluksa powstrzymującymi galopujące konie. W środku egipski obelisk
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Plac Kwirynalski. Fontanna di Monte Cavallo z dwoma figurami Kastora i Poluksa...
Pałac Kwirynalski
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Pałac Kwirynalski
Ołtarz Pokoju
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Ołtarz Pokoju
Ołtarz Pokoju, scena mitologiczna
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Ołtarz Pokoju, scena mitologiczna
Pompeje, malowidło ścienne
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
Pompeje, malowidło ścienne
RAPORTY
Znów życie i książka otwierają się na tej samej stronie, choć pewnie życie wyprzedziło o kilka chwil "Boską" i, gdyby nie życie takie, jakie mi się toczy, z bogatej w wątki i opisy Pieśni IV Czyśćca wybrałbym chyba nie ten. Pisałbym może o przejściu przez "bramy złupane", lub o Dioskurach, o widzeniu słońca. A jednak się stało - byłem na Kwirynale i, pewnie właśnie dlatego, wracając do domu, wiedziałem już, że nie bramy, nie Kastor z Polluksem, nie słońce objaśnia mi chwilę, lecz Belacqua i inni, którzy niespiesznie wspinają się na górę czyśćcową, ponieważ za życia zwlekali z nawróceniem. Tak (w przekładzie Porębowicza) widzi ich Dante:

Podejdziem bliżej. Osoby tam stały

W cień zasunięte, co padał od ściany,

Jako zwykł stawać człowiek opieszały.



Jeden duch jakby trudem pokonany

Siedział, u kolan wiązał ramion sploty,

A lica ukrył pomiędzy kolany...


Ten duch to Belacqua, florentczyk, który wyjaśnia swój stan:

Tylekroć słońca obrót widzieć muszę

Poza tą furtą, ilem żył na świecie,

Żem się ociągał w szczerej westchnąć skrusze.


Belacqua i jemu podobni nie spieszyli się z nawróceniem, przez co zmuszeni są ociągać się z podchodzeniem pod górę, z wyjściem na światło. Podobnie do chrześcijańskiego świata i na powierzchnię nie spieszyły się przedstawienia zgromadzone obecnie w stajniach na Kwirynale na jednej z najpiękniejszych wystaw, jakie widziałem w półwiecznym już prawie życiu.

Pamiętasz, Wędrowcze, ten Raj, który nosimy w sobie? To znaczy - chcę spytać, i pytam, czy też, tak jak ja, kiedy słyszysz o Raju, masz wrażenie - narzucone przez wąską wyobraźnię teologów, pisarzy i filmowców, którzy o nim mówili - wielkiej i nudnej bieli? Jeśli nawet pierwsze Twoje wyobrażenie jest inne, bo jesteś wrażliwszy, piękniejszy, znasz lepsze książki i filmy, masz inne powołanie do wiary, to pewnie łatwo przyznasz, że dla wielu z tych, którzy o Raju wypowiadają się w codziennych rozmowach, jest on ogromną białą bezą, mdłą, słodką i mglistą.

Wyobraźmy więc sobie teraz, Ty i ja, że ktoś znajduje nagle popularny sposób prezentacji Raju w wariancie wesołym, pełnym kolorów, i że jego metoda jest na tyle rewolucyjna, że pod jego sugestią na słowo Raj powszechnie widzimy nie rajską ciszę i bladość, lecz rajskie ptaki i jabłka. Otóż, podobnie jak z Rajem, jest w naszym świecie z Antykiem, i na nic się zdały barwne ekranizacje "Quo vadis", produkcje w rodzaju "Gladiatora" - chcąc, nie chcąc, o rzymskiej starożytności myślimy powszechnie w bieli, jak o dekoracji z marmurów, trawertynu i gipsu. I Rzym starożytny, jaki jest, tę fantazję utwierdza. Białoszare jest Koloseum, białoszare ruiny na Forum, biała Kolumna Trajana. Dążąc do wskrzeszenia Rzymu Cezarów, Mussolini utrwalał biel ruder w nowej imperialnej architekturze, zapominając, że są one tylko kośćmi dawnych kolorów, wypalonych przez historię, deszcze i słońca.

Przed XVIII wiekiem, gdy rozpoczęto systematyczne badania u stóp Wezuwiusza, uczeni i artyści owszem, wiedzieli, zwłaszcza dzięki <i>Domus Aurea</i>- Złotemu Domowi Nerona, że pałace cesarskie były dekorowane wielobarwnym, subtelnym malarstwem, nie mieli jednak pojęcia, że upodobanie do dekoracji nie było wyłącznym przywilejem imperatorów. „Teraz - pisze Andrew Wallace-Hadrill w katalogu wystawy na Kapitolu - możemy uznać za pewnik, że setki rodzin w Pompejach, w I wieku po Chrystusie, i tysiące rodzin w innych miastach Imperium, miały w swoich domach ściany pokryte tynkiem i freskami, z detalami naniesionymi <i>a secco</i>, że domy rzymskie pokrywały perspektywy architektoniczne, jasne i wielobarwne pola, szczegóły o misternej fakturze, a niekiedy centralne place ze scenami z bogatego repertuaru motywów religii i mitologii grecko-rzymskiej ”. Kto ma szczęście, by wejść do zamkniętego na ogół Domu Nerona, zajrzeć do Pompejów i do Muzeum w Palazzo Massimo w Rzymie, wśród białoszarych kolumn i posągów zobaczy oczywiście wybrane fragmenty malarskie, pawie i gałązki, i sam się przekona, że naturą Rzymu nie była szara biel. I ja, który widziałem te rzeczy, i do nich wracam, pamiętałem, owszem, że prócz błękitu nieba, zieleni drzew i bieli marmuru Rzymianie oglądali mniej oczywiste tonacje i przedstawienia. Co jakiś czas makiety rekonstruujące starożytność przypominały mi o barwnej naturze Miasta. Na wyobraźnię oddziałały mi barwy, nakładane rzutnikiem na białe połaci Ara Pacis. Lecz z tą wystawą w stajniach Kwirynału dopiero dokonała się nie mała korekta, lecz rewolucja wyobraźni. Dopiero teraz, na słowo Antyk, automatycznie, jak na hasło „święty Franciszek”, przed oczy zapada mi wesołość i tęcza, półtony, zabawa, tajemność spojrzeń nie płytsza od wzroku Giocondy, zawieszenia gestów otwierające domyślność bardziej przepastną i czułą, niż ruchy bohaterów Botticellego.

Na wystawie "La pittura di un impero - Malarstwo pewnego cesarstwa", otwartej do 17 stycznia 2010, zgromadzono około stu dzieł, najwybitniejszych obrazów starożytności. Nie znamy imion ich twórców. Możemy sobie bezczelnie wymyślać, że w którymś z nich maczał pędzel jeden z dwóch malarzy, o których istnieniu zaświadcza Pliniusz Starszy: ceniony pejzażysta Studius, albo Fabulus - dekorator Domus Aurea. Wiemy, że w III wieku przed Chrystusem, w godzinach wolnych od sprawowania urzędu, amatorskiemu malowaniu oddawał się konsul Gajusz Fabiusz Pictor. Starożytni malarze nie mieli zwyczaju podpisywania prac, więc próbujmy nadawać im imiona z chrztu naszego ich oglądania, osobiście: Mistrz od Fajumskich Elegijnych Portretów, Mistrz od Trzech Gracji, Mistrz od Nagiej Kobiety, Która Szykuje Się Do Miłości Z Dwoma Mężczyznami, Mistrz od Łodzi Handlowej, Mistrz od Walki Ośmiornicy z Langustą i Mureną Za każdym z przedstawień stoi Bowiem Mistrz, jaki w naszych czasach, a nawet już siedemset lat temu, zyskałby sławę Giotta, Masaccia, Berniniego, Bacona. I tradycja gatunku, do których dzieła wpisują się malarskim przedmiotem. Na wystawie mamy prawie wszystkie możliwe obiekty: krajobrazy, martwe natury, sceny i postaci mitologiczne, sceny z życia codziennego, portrety, domyślne sceny i postaci z dekoracji. Specyfiką, oczywistą ze względu na ich pochodzenie, lecz nadzwyczajną w kontekście sztuki, którą znamy bliżej, tej z drugiego tysiąclecia, jest ich fragmentaryczność. Każda scena jest częścią sceny albo częścią domu, w którym scena ta się rozgrywała, wśród innych. Martwym naturom na czarnym tle brakuje kontekstu uczty, na którą zostały ułożone na ledwie zarysowanych stołach. Walczącej murenie brakuje głębiny i powierzchni morza. Portretom trumiennym brakuje trumien i ciał. Całemu malarstwu, zebranemu na tej wystawie, brakuje świata, z którego wyrosło, choć to akurat jest tylko część prawdy.

Pisał święty Jan o przyszłości, która będzie przyszłością ostateczną, że nie będzie w niej czasu. Stojąc przez malowidłami Antyku, myślę o dwóch ostatecznościach i bezczasach, które jestem w stanie sobie uzmysłowić. Pierwszą jest ostateczność tej chwili, chwili obecnej, choć przeszłej, skoro o niej już piszę, chwili patrzenia, każdej oddzielnej chwili życia, która zawsze jest ostateczna. W czasie równoczesnym, w jakim znaleźliśmy się oboje - ja i ta sztuka - wszystko z niej mnie dotyka, obchodzi. Porusza nie w tym mglistym znaczeniu, które odpowiada z grubsza czasownikowi "wzruszać", lecz w tym mechanicznym. Odgaduję niespokojnymi źrenicami ruchu Bogini ze Stabii, która napina łuk. Szukam centrum, do którego wdzięczą się tańczące bachantki. Wypatruję celu podróży okrętów po wiatrach, które wyginają im maszty. Zaglądam w karykaturalne usta komediowej maski. Wytężam wzrok odgadując, czy złożona scena erotyczna zwiastuje dramat zdrady, czy pasoliniańsko-felliniańską zabawę w nieograniczoną radość. Zginam kark, żeby liczyć zmarszczki na trumiennej twarzy - jedynej, która wśród zmarłych na tej wystawie osiągnęła dzisiejszy wiek śmierci. Doszukuję się twórczej boskości u Prometeusza, który lepi ludzkiego oseska.

Drugą ostatecznością jest ten czas bez czasu, kiedy zbiegną się wszystkie dzieła wszystkich epok i wieków, nie wyposażone w historyczne osądy, zaświadczenia pisane przez lansujących krytyków. Nie znajduję w sztuce czasu naszego dzieł, które barwą czy gestem, skupieniem w kochaniu, dumą z miłości, pokorą oddania, wesołością zabawy, kołysaniem masztów, zagadką poruszania codziennymi rzeczami, poruszania przez bohaterów samymi sobą, własnym ciałem przez własną decyzję co robić, dorównują tym zmartwychwstałym, ujętym w barwy, po których jeśli widać, że nie są dzisiejsze, to tylko dlatego, że czas jeszcze istnieje, zdradzając, jak powinno go nie być.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':