Popatrzcie tylko na tych dwóch z drugiej Pieśni:
... Wtem jedna postać zerwie się i bieży
Z gestem tak lubym przed rzesze podróżne,
Iż czułem, że jej odpłacić należy (...)
Snadź się me lica dziwem malowały,
Gdyż duch uśmiechnął się i cofnął wsteczą,
A jam się rwał biec, wychylony cały.
Rzekł słodko: "Nie sil się nad próżną rzeczą!"
Tedy poznawszy, usta doń obrócę,
Prosząc, by ze mną pogadał człowieczo (...).
"Miłość śród myśli moich rozgwarzona..."
Rozpoczął głosem tak słodkiego brzmienia,
Że echo jego dotąd mi nie kona...
Scena, jak większość w "Rzymskiej", przenika do polszczyzny w przekładzie Porębowicza, a mężczyźni, którzy biegną sobie naprzeciw, to Dante i Casella. Dante to poeta, Casella to kompozytor, a być może i śpiewak. Rówieśnik i przyjaciel Dantego. "Miłość śród myśli moich rozgwarzona..." to incipit kancony Dantego, do której Casella skomponował muzykę. Z tłumem innych dusz Casella dociera do brzegu wyspy, na której stoi góra czyśćcowa, Dante wkłada mu w usta niby cytat z siebie, lecz tak naprawdę przywraca zmarłemu śpiew, a zaświatom ich ziemską współpracę i przyjaźń.
Na tych dwóch spójrzcie więc, proszę, ponownie, na ich wzajemne przyciąganie, nie mediowane przez rachuby stosowności, bezzwłoczne, nie opóźniane przez stopklatki czasu ani formy, różnic stanu tak skrajnych, jak życie i śmierć - tak, biegnąc sobie naprzeciw, przyciągają się człowiek i muzyka, proponują sobie wątki, podsuwają wspomnienia, w lot rozumieją odpowiedniki tonacji i życia. I nic na to nie poradzisz, Wędrowcze, że dziś będzie o świętej Cecylii, patronce muzyki.
Cecylia jest patronką muzyki, ponieważ śpiewała w agonii. Są oczywiście i inne uzasadnienia, lecz śmierć śpiewająca wydaje mi się tu najciekawsza. Cecylia, rzymska dziewczyna z dobrego domu, przeszła na chrześcijaństwo w III wieku. Do wyznawania Boga chrześcijan skłoniła też męża Waleriana i szwagra Tyburcjusza, którzy swoje nawrócenia przypłacili śmiercią. Na śmierć została też skazana Cecylia, którą najpierw (a skoro najpierw, to nie muszę dodawać, że na próżno) próbowano udusić, a potem trzykrotnie ściąć. Jeśli wierzyć natchnionej wyobraźni XVI-wiecznego artysty, co do nazwiska którego nie ma pewności, przed egzekucją Cecylia w chuście związanej nad czołem patrzyła w niebo, zerkając równocześnie na kata, rozkładając ręce nie jak ktoś bezradny, lecz gotowy. Nad jej głową figlowały aniołki, z gotowym wieńcem dziewictwa i palmą męczeństwa, a kat swoją nagością, szkarłatnym przepasaniem bioder i uniesionym mieczem, szydził z jej dziewictwa, wstydliwości i życia. Ale do czasu. Trzy próby nie wystarczyły, żeby odciąć głowę Cecylii. Czwartego ciosu zabraniało prawo, więc Cecylia przez trzy dni konała, śpiewając chwałę Boga najczystszym głosem.
Nie zmyślam, mówię, jak było. Czyli jak opowiedział mi tę historię jeden z salezjanów, którzy opiekują się katakumbami świętego Kaliksta przy via Appia. Ale uwaga - Cecylia od dawna nie leży w katakumbach, lecz w bazylice pod jej wezwaniem, która stoi nad jej domem rodzinnym, na Zatybrzu. W 821 roku papież Paschalis I kazał przenieść tam ciało z katakumb, umieścić w trumnie z drzewa cyprysowego i złożyć pod ołtarzem. Znamy twarz Paschalisa - znajdziemy go na mozaice w absydzie bazyliki. Nie okrągła i złota, lecz prostokątna i błękitna aureola wokół jego głowy oznacza, że mozaikę wykonano za jego życia, a żył w opinii świętości. I, najważniejsze, znamy sylwetkę Cecylii. W ramach przygotowań do Jubileuszu, 20 października 1599 roku otwarto trumnę i znaleziono w niej ciało świętej, nienaruszone.
By podziwiać akt cudownego przetrwania, przybył Klemens VIII, papież, który, jak pamiętamy z egzekucji Giordana Bruna i rodziny Cencich, cudzej śmierci się nie bał. Piękno dziewicy z przeciętą szyją tak bardzo wstrząsnęło nim oraz kardynałem Sfondratim, pomysłodawcą odkrycia, że zlecili młodemu rzeźbiarzowi Stefano Maderno uwiecznienie ciała w marmurze. I powstała rzecz tak cudowna, że nie można nazwać jej rzeczą. Pod konfesją bazyliki, na wprost wejścia, śpi na prawym boku dziewczyna. W lekko, naturalnie pomarszczonej tunice, odsłania trzy nagie miejsca: stopy, dłonie i szyję. Stopy leżą pokornie jak fałdy topniejącego śniegu. Dłonie, złączone w nadgarstkach, spoczywają niby bezwładne, a przecież niosą tajemnicę własnej śmierci i racji życia wiecznego - prawa dłoń, odchylona wnętrzem do góry, prostuje trzy palce, jak trzy dni umierania.
Jak pewność Trzech Osób Boskich, wydartą w agonii z tamtego, wiecznego świata. Cecylia leży na cokole, tylko palce są poza krawędzią - lepszy wariant Tomasza zanurza palce nie w ranie, nie w odkupieniu, lecz w fałdach wieczności, w samej istocie Stwórcy. Lewa dłoń, zaciśnięta w piąstkę, prostuje jeden palec - Boga Jedynego - na ziemi. Na nagiej szyi widać krwawiące cięcie, pod szyją błysk ludzkiego piękna dziewczyny - odchyloną krawędź tuniki, pod którą otwiera się zagięcie obojczyka. Widać też policzek i dół lewego ucha. Gdyby pozwolono mi spojrzeć na twarz odwróconą do tyłu, zobaczyłbym to, co widzę na zdjęciu kogoś, kto pozwolenie otrzymał. Lekki kark, zamknięte powieki, kształtny nos, i usta kogoś, kto w drzemce trzyma jeszcze fason, nie pozwolił ciału porzucić formy. Fałdy szaty na plecach są spokojne, opinając ich płaszczyznę marszczą się tylko z nadmiaru płótna. Wychodząc zaglądam do zaimprowizowanego kiosku i kupuję maleńką, gipsową Cecylię. Niestety, wytwórca pamiątek chyba nie dostał pozwolenia, by obejrzeć świętą od ołtarza, więc zamiast harmonijnego wyrazu odwróconej twarzy otrzymuję dodatkowy, wymyślony węzeł chusty.
W bazylice są i inne piękne rzeczy. Niektórym najciekawsze mogą się wydać podziemia, dom Cecylii z ulicą, koło której mieszkała. Dla mnie niespodzianką największą jest fresk Pietra Cavalliniego, z końca XIII wieku, cudowny okaz malarstwa z epoki przed nadejściem Giotta. Fresk jest na chórze, i żeby go zobaczyć trzeba wyjść z bazyliki, od razu skręcić w prawo, nacisnąć guzik domofonu. Otwiera stareńka zakonnica, prowadzi do wnętrza. "Dwa i pół euro", oznajmia. Wygrzebuje drobne: 50 centów, kolejne 50, 20, 20... "A co ja z tym zrobię? Niech pan wróci jak pan wymieni na grubsze". Znajduję grubsze monety, mniszka daje znać innej, jeszcze starszej, która prowadzi do windy, a winda prowadzi na piętro.
"Sąd ostateczny" Cavalliniego w swojej treści kończy jeden świat, lecz w ułożeniu stwarza świat inny - niespotykanej nigdzie indziej bliskości z wielkoformatowym średniowiecznym malarstwem. Zawsze jest tak, że trzeba zadzierać głowę, podświetlać wrzucając monetę do puszki, mrużyć oczy. Bo jest zawsze tak, że freski są wysoko, w absydzie. Tu, stojąc na podłodze chóru, wzniesionej mniej więcej w połowie fresku, stajemy twarzą w twarz z Chrystusem. To, co z dołu wydawałoby nam się płaską sceną złożoną z płaskich plam, stąd widać we wszystkich odmianach stanowczości, lecz przede wszystkim miłosierdzia. Chrystus patrzy, jak gdyby właśnie przechylił nasz los na stronę zbawienia, twarze świętych rozjaśnia wdzięczność, że nasze zbawienie właśnie wymodlili. Wszystkie tajemnice są w nas, Jezus jest samą miłością, trudną, ale zwycięską. Miłosierdzie bije z czarnych obwódek jego źrenic, których nie przymyka nawet pod naszym parnym, jesiennym oddechem.