http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska komedia, Czyściec, Pieśń I

Jarosław Mikołajewski
2009-11-06, ostatnia aktualizacja 2009-11-06 18:01

Przewidzenie od dłoni

Villa Borghese, fontanna
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
Villa Borghese, fontanna
Campo dei Fiori
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Campo dei Fiori
Muzeum Kapitolińskie, Wenus
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Muzeum Kapitolińskie, Wenus
Bazylika św. Cecylii
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
Bazylika św. Cecylii
RAPORTY
Jesteśmy w Czyśćcu, po stronie nadziei, a nawet pewności zbawienia. Także tutaj, jak w Piekle, spotkamy obżartuchów, rozpustników, fałszerzy, bluźnierców, lecz cierpiących nie bezpowrotnie. Takich, którym udało się wedrzeć na ścieżkę do Boga - aktem skruchy in articulo mortis, czyli tuż przed śmiercią, albo pokutą odbywaną jak wieloletnie dożywocie. Lub tym, że prócz grzechu dopuścili się dobra, które przeważyło szalę na ich korzyść. Jak duchy piekielne cierpią w dołach, bezdennie, duchy czyśćcowe oczyszczają się na tarasach góry wiedząc, że kiedyś cierpienie się skończy, ogień wypali, co było w nich ciemne, ocalając gotowość ich spotkania ze światłem.

W bogatej i pięknej tej pieśni wiele jest wątków, które podrywają wyobraźnię do porównań z Rzymem. Katon z Utyki, który strzeże Czyśćca, mógłby rozwinąć się w wątek antyku, walki republikanina z cesarskim zagrożeniem wolności, w rozważania o dobrych i akceptowalnych nawet dla takiego fundamentalisty jak Dante racjach samobójstwa. Albo w wątek Marcji, którą Katon, jej mąż, wspomina co prawda z miłością, uznając jednak na "tamtym" świecie racje wyższe niż małżeńska miłość. Można by też zachwycić się soczystą zielenią, która wykwita na granicy Piekła i Czyśćca jak park Caffarella w samym sercu Miasta. Mnie jednak zatrzymuje w tej pieśni niezrównana scena przyjaźni, oczyszczenia, przewidzenia, miłosierdzia i czułej opieki, która rozgrywa się prawie w samej końcówce:

Gdyśmy przybyli, gdzie szron rosy rannej

Ze słońcem walczy, ale się nie trwoni,

W cieniu na czerstwym gruncie uchowany,



Mistrz mój łagodnie ku ziemi się skłoni

I rąk swych muszle zwilży na murawie.

Ja wiedząc, czego z lubych czekać dłoni,



Spłakane jemu jagody podstawię:

Więc twarz mi obmył i barwy pierwotne

Wrócił przyćmione w piekielnej kurzawie...


Z początku myślałem, że tę scenę (którą widzimy przez tłumaczenie Porębowicza), te dłonie, uda się odnieść wprost do rzymskich fontanienek - tych, które przez cały rok przetaczają swoje wody z dyszy do muszli, na rogach ulic, na placach, na skwerach, niektóre dyskretnie, inne wybitnie, jak słynny Facchino ze swoją beczką na via Lata, przy Corso, jak Fontanella Artystów z maszkaronami na via Margutta, jak smoki w bliźniaczych niemal ujęciach przy via della Conciliazione, czy też jak skromna, lecz wyjątkowo mi bliska fontanienka Maciory (della Scrofa), oddzielona dzisiaj o kilkadziesiąt metrów od rzeźby, co dała nazwę jej i ulicy, przy której wypuszcza dziś rosę. I każdy, ze swoim brudem, w każdej chwili każdego sezonu, może podejść, podstawić rękę pod strumień, obmyć sobie twarz z potu, z łez, z kurzu, podsunąć nadgarstki i poczuć, jak chłód i świeżość rozchodzi się z krwią po ciele, lub nabrać wody i zmoczyć sobie skronie lub stopy. Lecz nagle zrozumiałem, że w cudownym fragmencie nie woda jest dla mnie ważna, lecz dłoń.

Pamiętasz, Wędrowcze - Przyjacielu, z którym przeszedłem już Piekło - ciało Rzymu, które pieściłem na marginesie Pieśni XXXI? Czy pamiętasz, że w tej pieszczocie pominąłem "nogi i ręce, pachy, pachwiny, liczne jego głowy i palce", przeczuwając, że tymi częściami będę musiał się zająć oddzielnie? Otóż, jak wiesz, głową już się zająłem (pisząc o Beatrice Cenci, która mieszkała nieopodal Largo Argentina, o którym pisałem, że zabito tam Juliusza Cezara, a teraz oto wspominam Katona, który zabił się, bo w Cezarze widział zagrożenie wolności - jakże ten Rzym wewnętrznie się łączy!). Wiem na pewno, że w którymś odcinku zajmę się stopami, bo to uprzywilejowany obiekt mojej obserwacji. Dzisiaj wspomnę o dłoniach, które, jak dłonie Wergiliusza Dantemu, obmywają mi oczy i twarz.

Pretekstem do mówienia o dłoniach jest dantejska rosa, a dłonie pretekstem do tego, by wejść do Galerii Barberini, w której już przecież byliśmy, dla Caravaggia i, całkiem niedawno, dla Beatrice Cenci (koło znów się domyka). Tym razem pójdźmy tam po dłonie. Prowadzi mnie tam wspomnienie długopalcych dłoni Domenica Beccafumi, dłoni Madonny, która ujmuje wulkan nagiej piersi (może nie wulkan, lecz pocisk) pomiędzy środkowy i wskazujący, i podtyka odwróconemu do nas Jezuskowi.

Galeria ta, założona jako narodowa dopiero w 1895 roku, mieści się we wspomnianym już Pałacu Barberinich, na którego bryłę, owale korytarzy i ślimaki schodów, złożyły się między innymi projekty Carla Maderny, Borrominiego i Berniniego, uwikłanych we wspomniane już dramaty wpływów, ambicji, zawiści. Był najpotężniejszy przedstawiciel rodu - też już wspominany Maffeo Barberini, od 1623 roku papież Urban VIII - bystrym kolekcjonerem sztuki, lecz zbiór, który widzimy dzisiaj, jest bardziej wynikiem państwowych zakupów rozproszonych kolekcji, niż kolekcjoerskiego planu wielkiej rodziny, której wielkość, podupadającą od końca XVII wieku, widać głównie po tym pałacu, i po herbowych pszczołach usianych po całym Rzymie, a skalę ambicji po Triumfie Bożej Opatrzności Pietra da Cortona na sklepieniu wielkiego salonu Pałacu.

Nieważne. Ważne, że opłaca się chodzić do galerii Barberini, zwłaszcza że, w przeciwieństwie do Galerii Borghese, na ogół nie trzeba rezerwować wizyty. Jako się rzekło, Galeria Borghese trafia do mnie na marginesie I Pieśni Czyśćca przez wspomniane dłonie Madonna Lactans Beccafumiego. Przedstawienie jest święte, jak święte są pierś Marii i usta Chrystusa, który będzie je ssał, lecz dłoń podobna jest do innej dłoni, nie świętej wcale, jeszcze bardziej słynnej niż ta, którą namalował Beccafumi. Do dłoni Fornariny Rafaela, która przyciska do siebie przezroczystą chustę, lecz trzyma ją tak, żeby nie zasłonić piersi, raczej ją wyeksponować. Ujmuje pierś dłonią pomiędzy kciukiem a wskazującym, jak gdyby chciała podać ją malarzowi, a przez jego decyzję, żeby ten moment utrwalić, także i nam. U Beccafumiego lewa dłoń podtrzymuje Chrystusa, u Rafaela spoczywa na podbrzuszu dziewczyny - te dwa przedstawienia, dwa tak różne porządki, te skrajne napięcia podobnego układu rąk, spinają niepojęte skrajności religii i erotyki. Miejsce, gdzie dłoń Madonny spotyka się z dłonią Fornariny, jest w Neapolu, w kościele Pio Monte della Misericordia, w cudownych Siedmiu dziełach miłosierdzia, gdzie z inspiracji Nieba młoda kobieta odchyla dekolt i podaje starcowi swą pierś. U Barberinich, w Pio Monte i wszędzie, miłosierdzie jest większe od religii i większe od erotyki. Jest ludzkie u samych źródeł człowieka, łaknącego w dzieciństwie i starości pokarmu, który jest wodą i mlekiem.

Co ma wspólnego dłoń na piersi z dłonią Wergilisza? Mówiłem już - kiedy tak są udane jak u Beccafumiego, u Rafaela czy Caravaggia, dłonie są pięknem, które obmywa mi oczy. Nie są samoistne. Gdyby były, patrzyłbym na nie jak na kuriozum z Muzeum Dusz Czyśćcowych (patrz odcisk dłoni w Rzymskiej numer XXVII), z zawstydzeniem, że w ogóle patrzę. Podporządkowane całej sylwetce, jej etosowi i patosowi, uniwersalnej i chwilowej sytuacji człowieka, wieńczące ruchy ciała i duszy, dłonie bywają jedyną mową milczącego obrazu. Świadczą o wrażliwości wrodzonej i wyrobionej, wycinają szczeliny światła na ciemnym tle sceny.

Dziś, kiedy chodzę ich śladem po Galerii Barberini, twarz i oczy obmywa mi spotkanie dłoni Anioła i Madonny na Zwiastowaniu Filippa Lippi. Klęczący Anioł i stojąca przed nim Maria, w chwili, gdy Niebieski Wysłannik przekazuje Matce Chrystusa lilię, mają ten sam układ palców. Anioł trzyma łodygę pomiędzy wskazującym a kciukiem jak rzecz, która do niego nie należy. Madonna tak samo, jak coś, co nie wie, czy do niej należeć powinno. Pięknie spotykają się dłonie w dwóch zaślubinach świętej Katarzyny - u Lorenza Lotto gotowością na dotyk, u Sodomy trzymaniem za paluszek dziecka. Obmywają mnie dłonie Marii Magdaleny na czaszce, u Guida Reni, jak na głowie śpiącego kochanka, któremu pieściłaby włosy. Pokorne dłonie Marii Magdaleny na książce, u Piera di Cosimo. Miłosierne dłonie Anioła u Orazio Gentileschiego, dźwigające omdlałego Franciszka. Sztywna jeszcze dłoń wskrzeszonego Łazarza Mattii Pretiego...

Jest w dłoniach ruch i jest taka nieruchoma harmonia, że w chwili piękna obmywają jak rosa. Jeśli ciało jest Słowem, dłonie i stopy są jego akcentem, melodią i metrum.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':