http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska komedia, Pieśń XXXII

Jarosław Mikołajewski
2009-10-16, ostatnia aktualizacja 2009-10-16 19:19

Klocki głów

RAPORTY
Dante jest już naprawdę głęboko, w dziewiątym kręgu, wśród zdrajców. Od Lucyfera dzieli go już tylko subtelna hierarchia, ustalona według stopnia zaufania, jakim ich obdarzyli zdradzeni. Najniżej spotka zdrajców Chrystusa i cesarza, nieco wyżej - tych, którzy zdradzili dobroczyńców, jeszcze wyżej - tych, co zdradzili przyjaciół. Z pieśnią trzydziestą drugą wprowadza nas Dante między cienie zdrajców rodziny i ojczyzny - to jeszcze nie dno, lecz dna bardzo blisko. Pod nami, jako się rzekło, Judasz, Brutus, Kasjusz i młodsi ich bracia w grzechu. Nad naszą głową ci, których spotkaliśmy dotychczas - rozpustnicy, obżartuchy, opoje, świętokupcy, ateiści, fałszerze, oszuści...

Gdybym znał rymów twarde, chrypłe zgrzyty,

Jako się godzi kreśląc smutną norę,

Na której wszystkich kół ciężą granity,

Może bym wyżął soki bardziej spore

Z mego przedmiotu; lecz że niebogata

Mowa, ze strachem pieśń tę przedsiębiorę.

Bo to nie lada rzecz opisać świata

Wszystkiego środek, i językiem jeszcze,

Który zaledwie jąka: "Mama, tata"...


Dante zdaje sobie sprawę, że język, który poderwał do opowieści o czeluściach grzechu, jest dziecięcy - dlatego, że w roku 1300 sam język włoski jest młody, lecz również dlatego, że na początku drogi nawrócenia poeta niezdolny jest nazywać rzeczy tak, jak objawia je Boże światło, bo dopiero uczy się otwierać oczy do patrzenia i usta do dawania świadectwa. Przyznajmy jednak, że mimo językowego i duchowego niemowlęctwa, dawał sobie dotychczas radę znakomicie, i wciąż świetnie radzi sobie tutaj, gdzie z nim jesteśmy (co Porębowicz w swoim przekładzie pozwala odczuć):

... widzę przed oczyma

I pod stopami zamarzłe jezioro,

Szklane od mrozu, co je w więzach trzyma /.../

A jako żaby, gdy w stawie rechocą,

Pyszczki wyścibią /.../

Sterczały duchy wbite w lodu szkliwo.

Głowy ku szybie gięli zwierciadlanej;

Wargi mrozowi, oczy każdej zmory

Męce świadczyły niewypowiedzianej.

Spojrzę naokół, potem w dół komory,

I pod stopami widzę dwu nędzarzy

Tak spiętych, że łbów plątali kędziory...


I znowu ze sceną z "Boskiej" kojarzy mi się coś niestosownie - tym razem krypta kapucynów. Wyzwalaczem skojarzenia są dalsze słowa pieśni XXXII:

Nie tak się hakiem spinają dwa kloce,

Jak ci dwaj...


Odpowiednikiem lodu, który w piekle trzyma w ryzach trupy zdrajców, w kościele kapucynów pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia, jest zatęchłe powietrze. Zakleszczeniem kloców, o którym pisze Dante - kunszt ornamentarzystów, którzy pasowali kość do kości.

Jeśli nie wiesz, wędrowcze, o czym mówię - co wydaje się mało prawdopodobne, bo prowadzą tam wszystkie przewodniki Rzymu - pójdź na via Vittorio Veneto, na niską część tej ulicy, blisko piazza Barberini, wejdź do krypty po prawej stronie kościoła, a pojmiesz.

Do sześciu kaplic odchodzących szeregiem od korytarza wchodzi się przez przedsionek, w którym w chwili, gdy wchodzę, siedzi pani dozorczyni doskonale oswojona z horrorem tego miejsca. Mówi głośno, ucisza mówiących ciszej niż ona, narzeka na cudzoziemców, twierdzi, że Włosi to co innego, że im nie trzeba tyle tłumaczyć, co obcym, którzy nie rozumieją nic. A to przecież jest miejsce ciszy. Ciszy! Sprzedaje kartki i przewodniki, zbiera ofiarę po minimum 1 euro za wstęp.

Krypta zmartwychwstania, kaplica najświętszej ofiary, krypta czaszek, krypta kości miednicowych, krypta kości udowych, krypta trzech szkieletów... Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Są wszystkie, krypty i kości. W szeregu, spięte ze sobą nie gorzej niż klocki lego. W plafony, kolumny, łuki. W anioły o głowach z czaszki i skrzydłach z kości łopatkowych.

Kto nie stał się budulcem dekoracji z setek kręgów, paliczków czy żeber, jest przedmiotem lepszego zamiaru - samoistnej, kompletnej sylwetki. Jak ta księżniczka z rodu Barberini podzepiona do sufitu, plecami do sklepienia, która w dłoni prawej trzyma kosę, a w lewej wagę sprawiedliwości. Kosa jest z kości i waga jest z kości. Księżniczka jest naga, ale nie jest bezwstydna. Bezwstydne jest rozebrać się trochę, do ciała. Rozebrać się bardziej, do kości, jest skromne.

W tym mieście, gdzie dużo jest wiadomo o źródłach rzeczy antycznych, o krypcie sprzed lat ponad dwustu wiadomo niewiele. Nie wiadomo, w którym roku i z jakiej inspiracji powstała. Uważano, że stworzyli ją kapucyni, którzy pod koniec XVIII wieku uciekli z ogarniętej rewolucją Francji, lecz to nieprawda, bo już w roku 1775 pisze o krypcie markiz De Sade: "Pewien niemiecki kapłan zrobił z tych pomieszczeń pomnik nagrobny godny angielskiego geniuszu. Stworzył w sześciu czy siedmiu komnatkach, jedna przy drugiej, nisze, sklepienia, dekoracje sufitowe o regularnych i przyjemnych rysunkach, lampy, krzyże i tym podobne, a wszystko zrobione z kości i czaszek. W każdej niszy, lub pod każdym łukiem, jest dobrze zachowany szkielet, upozowany inaczej, to wyprostowany, to mówiący kazanie, to rozmodlony. Wszystkie te szkielety są w kapucyńskich habitach, niektóre mają brody. Nigdy nie widziałem niczego, co zrobiłoby na mnie większe wrażenie "

O niemieckim kapłanie też nic nie wiadomo. Może był więźniem zamkniętym z trupami, i ostatnie lata umilał sobie zdobieniem własnego grobu. Nie wiem też, jak pięćdziesiąt lat temu, kiedy via Vittorio Veneto była centrum "słodkiego życia", bliskość czaszek wpływała na bywalców lokali w bezpośrednim sąsiedztwie, z Fellinim na czele.

Przypominam sobie inną kryptę, widzianą dwadzieścia lat wstecz i, po raz drugi, przed rokiem. W Ferentillo, w Umbrii. Znacznie mniejszą, po której oprowadza beznamiętna (może z pozoru) dozorczyni: "Oto dwoje Chińczyków zmarłych na dżumę w podróży poślubnej, panna młoda wciąż ma na sobie weselny strój Oto ofiara bandyty i bandyta, obaj zabici nożem - ofiara bandyty przez bandytę, bandyta przez żonę ofiary, która nadbiegła na krzyk męża ofiary... " Nad wejściem wisi tablica z napisem, inna niż dwadzieścia lat temu. Jest: "Ja byłem, kim jesteś, ty będziesz, kim jestem". Było: "Dziś na mnie, jutro na ciebie. Ja byłem, kim jesteś, ty będziesz, kim byłem, pomyśl, człowieku, że to jest twój koniec, i że nadejdzie on bardzo szybko". Pytam dozorczyni, dlaczego zmieniono tablicę i napis. "Kazał zmienić ksiądz biskup - odpowiada równie beznamiętnym głosem. - Ludzie czytali tamten poprzedni i przesądnie drapali się w jaja. To było bezwstydne, biskup chciał uciąć zgorszenie."

"Io fui quel che tu sei - Ja byłem, kim jesteś": ten napis jest w wielu miejscach we Włoszech, jest również u rzymskich kapucynów, lecz tu dorobiono go później, oprawiono i oparto o próg. Ta prosta prawda w trupim Rzymie nie razi, za to razi we Florencji, jak w Santa Maria Novella, pod Trójcą Świętą Masaccia. Nie ma się nijak do eleganckiej perspektywy fresku i do spokoju, z jakim Trójca przyjmuje śmierć swojej jednej trzeciej.

Klimat, który panuje w krypcie kapucynów, nazwałbym aurą śmiertelnej niepowagi. Kandelabry z kości, zegary z kości, plafony z kości i kostne falbanki próbują naśladować ozdoby, sprzęty i wzory z materii stosowanej tradycyjnie do dekoracji, a przecież kostna natura zdradza jej sztuczność. Jeśli miałbym do czegoś porównać te ozdoby z kości, to do artretycznych palców u starczych nóg z pomalowanymi jaskrawo paznokciami. Myślę, że właśnie taki charakter - równie patetyczny i równie bezradny - nadaje kapucyńskim dekoracjom ich niekonieczność, brak autentycznego powołania. Szczere powołanie widzę w rozmaitych przedstawieniach świętej Marii Magdaleny, świętego Hieronima czy świętego Franciszka z czaszką, bo czaszka w ich rękach jest tym, czym być powinna - zaprzeczeniem lustra. Oni przeglądają się w śmierci, która jest również ich śmiercią, a my przeglądamy się w ich gotowości na śmierć. Zwiedzający krypty kapucynów natomiast nie może (lub ja nie mogę i niepotrzebnie mówię za wszystkich) przejrzeć się w setkach kości pacierzowych, które tworzą lampę. Inaczej niż w drugim rzymskim kościele, gdzie czaszki się składa jak klocki, w Santa Maria dell'Orazione e Morte.

Stoi ten kościół na via Giulia, tuż przy łuku Farnese, blisko Tybru, i od razu zdradza swój oryginalny rodowód. Nie tylko czaszkami na fasadzie, ale i rytymi plakietami z wizerunkiem śmierci nad puszką na ofiarę - z napisem "Na wieczne światło na cmentarzu" i innym: "Na tych, co zmarli w polu". Plakieta poświęcona zmarłym w polu jest pomazana na czerwono - ktoś mówi, że to dzieło uczniów z pobliskiego liceum imienia Wergiliusza.

Kościół założyło bractwo, które odznaczało się autentycznie ofiarną pasją zbierania niepochowanych i zapewniania pochówków. W XVI wieku, kiedy bractwo powstało i kupiło teren przy dopiero co wytyczonej przez Bramantego via Giulia, była to częsta sytuacja. Jeśli ktoś nie miał oddanej rodziny, czekał, aż przy jego zwłokach zatrzyma się dobry człowiek, przeprowadzi wśród przechodniów zrzutkę i opłaci tragarzy ciał, którzy byli również ich grabarzami. Członkowie konfraterni chcieli nadać zbieraniu ciał rangę pogrzebu. Czekali na znak, że oto upadł ktoś w polu, i interweniowali gdzie należy. Trzeba było iść za miasto, to szli za miasto. Trzeba było w deszcz, to szli w deszcz. I chowali, grzebali. Cmentarz, do którego wchodzi się od korytarza prowadzącego do zakrystii, ma swoją niewątpliwą godność, i w jego martwocie możemy łatwo się przejrzeć, bo przecież każdy z nas może upaść w polu, każdy może się znaleźć bez bliskich, którzy wezmą za ręce i nogi, położą na desce i zabiorą na cmentarz.

Inny charakter ma kaplica pod podłogą, gdzie potrzeba zagospodarowania czaszek podrzuciła pomysły, by je piętrzyć w krzyż, a potrzeba dopowiedzenia sztukować częścią szkieletów prawdziwych szkielety rzeźbione. Lecz największe wrażenie robi biblioteka czaszek, chłodno poustawianych jedna przy drugiej, jak stare książki w Bibliotece Anielskiej, na piazza Sant-Agostino.

Kiedy zaczyna się msza, wyprasza mnie z krypty człowiek w średnim wieku. Pytam, czy konfraternia wciąż działa i czy złożona jest z ludzi świeckich. Potwierdza. "Tylko jeden z nas nie ma żony, ale niedługo temu zaradzimy", mówi ze śmiechem. Wychodząc widzę na osi kościoła, przy samym wyjściu, płytę w podłodze z napisem "Ci, którzy umarli w polu". Jestem nie tylko, gdzie byłem, ale jestem też pod tą płytą.

Myślę, że jeśli nie znajdujemy jasnych i dających się wyrazić przyczyn, dla których część sztuki naszych czasów, odwołująca się do śmiertelnej prowokacji, wydaje się nam żałośnie śmieszna i całkiem nienowa, łatwo je ogarniemy w tych dwóch rzymskich kościołach, gdzie składanie nieboszczyków i kości w lichtarze i krzyże było dla ich twórców śmiertelnym zadaniem.

***

Przypomina mi się jeszcze jeden obrazek z Florencji, opisany w "Dekameronie" przez Boccaccia - wielki przyjaciel Dantego, o którym wspominałem na marginesie Pieśni X, Guido Cavalcanti, do swojej przedwczesnej śmierci poeta większy niż autor "Komedii", przesiadywał godzinami na cmentarzu przy katedrze świętego Jana, i nie mógł się nawrócić na wiarę. "Someone who tried, but didn't know", jak w pięknym wierszu pisał Cesare Pavese.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':