Czy z furią wbijają zęby w ciała innych furiatów, czy ich rozpulchnia puchlina, czy gorączka ich trawi, że aż dymi pot, łączy ich jedno - byli fałszerzami. Pierwsi udają innych, drudzy podrabiają monety, trzeci składają fałszywe świadectwo o innych. Przyjrzyjmy się (poprzez tłumaczenie Agnieszki Kuciak) jednemu z tych drugich, Anglikowi Adamowi, który, jak sam powiada, lubił "fałszować pieniądz z odciskiem Chrzciciela", czyli floreny:
... i widzę cień, co przypomina lutnię,
gdy rozdwojoną część postaci całą
mu się starannie od pachwiny utnie.
Puchlina, która tak zniekształca ciało,
nieodwracanie psując w nim humory,
że twarz brzuchowi odpowiada mało,
w górę i w dół mu warg odgięła tory,
tak jak otwiera usta wciąż spragniony
niejeden człowiek na suchoty chory...
Ktoś może uznać, że przez skojarzenie z fałszerzami stawiam na równi zwykłych oszustów i mistrzów sztuki ezoterycznej, lecz po pierwsze alchemik, o którym chcę wspomnieć, był nie tylko alchemikiem, lecz również oszustem, po drugie nie chodzi przecież o sprawiedliwość porównań, lecz o pretekst, by pomyśleć o Rzymie.
Rzym, o którym pomyślałem przy pieśni XXX, zbiega mi się w oczach w jeden punkt placu Wiktora Emanuela, który (plac, nie punkt) sam w sobie piękny nie jest, ale posiada coś, czego żaden inny plac nie posiada - alchemiczną bramę donikąd. Jeśli znajdziecie się na tym placu, a o bramie nie wiecie, to pewnie jej nawet nie zauważycie. Jeśli staniecie kiedyś na tym placu, zobaczycie, że dzieli się na trzy części: obrzeża, czyli kamienice z podcieniami, centrum, czyli wielki prostokąt do zabaw, spacerów i do siedzenia, i ulica oddzielająca kamienice od skweru.
Jeśli staniecie na nim w niedzielę rano, w przedostatni dzień ramadanu, kiedy ja na nim stoję, znajdziecie się na granicy dwóch światów. Jeden z nich będzie światem modlitwy: na ulicy, pod gołym niebem, na ziemi dokumentnie pokrytej matami, nagłośnionej wniebogłosy modlitwy islamu, i skrytej w narożnym kościele świętego Euzebiusza, równie wniebogłosy śpiewanej modlitwy rzymskich katolików. Myślę, że te dwie modlitwy należą do jednego świata. Drugi świat będzie światem kręcących się po skwerze ludzi w orientalnych ubraniach, pojedynczo lub w grupach, prawie zawsze z telefonem komórkowym przy uchu, którzy w niejednorodnych narzeczach snują swoje opowieści tym, którzy są w innym świecie o świecie, w którym są oni, a tak naprawdę to Bóg Wspólny Jedyny wie o czym, bo nie rozumiem z tego ani słowa.
Kiedy idąc coś nagle rozumiem, patrzę w stronę mówiących i widzę, że w dwustuosobowym tłumku na placu stanowią dziesięcioosobową grupkę rdzennych rzymian, którzy przyszli pobawić się z dziećmi na huśtawkach. Pytam, gdzie jest brama alchemiczna, ale patrzą na mnie, jak gdybym spadł na ziemię z innego świata. O bramie nikt nie słyszał, nikt jej nie widział, choć mieszkają tutaj od urodzenia. Z opisów wiem, że jest w samym rogu, a jest tylko jeden róg, w którym może być coś, czego nie widać - w tym z ceglaną ruiną starożytnej fontanny, wielkiej jak pałac, obsiadłą przez koty, otoczoną żelaznym, zamkniętym płotem.
Jest - ustawiona ukosem, kanciasta, prostokątna, pokryta słabo widocznymi z daleka znakami. Nie można do niej podejść, bo - jak informuje napis na tablicy - dopuszczono się na niej licznych aktów wandalizmu. Obchodzę bramę od drugiej strony, lecz napotykam ścianę. Podglądam ją z lewej, ale kąt jest za ostry, żeby cokolwiek zobaczyć. To samo z prawej, od strony ulicy. Najlepiej widać stojące obok niej figury, lecz one niczego nie powiedzą o bramie - są ze świata innego, przytargano je z wykopalisk na Kwirynale, a uosabiają podobno egipskie bóstwo domowe o imieniu Bes.
Brama jest zaślepiona, wieńczy ją gwiazda Dawida oparta dolnym kątem o okrąg, na którym wznosi się krzyż. Na okręgu z krzyżem, podobnie jak na obręczy, która otacza cały symbol, są napisy, których nie widzę. Na górnej i dolnej belce - napisy i znaki. To samo na bocznych framugach. Na reprodukowanych tu i ówdzie rysunkach sprzed stu lat, bramie mogę przyjrzeć się lepiej, lecz nie tak dobrze, jak bym tego chciał. Napisy na szkicach, po łacinie i po hebrajsku, są markowane, zatarte, ale rysunki widoczne: półokrąg z półkrzyżem, wektor pionowy ze strzałką poziomą w prawo, okrąg z krzyżem w dół, okrąg ze strzałką w górę, okrąg z półksiężycem i krzyżem, skrzyżowane wektory z półksiężycem Słynny badacz mistycyzmu, ezoteryki, mitów i symboli Elémire Zolla stwierdził, że znaki i formuły należą do języka alchemii, a historia jego ekspertyzę potwierdza.
Żeby dojść do jej genezy, należy sięgnąć do roku 1656, kiedy do nieistniejącej już bramy równie nieistniejącej willi markiza di Palombara na Eskwilinie, czyli w miejscu, w którym się znajdujemy, załomotał pielgrzym i poprosił o schronienie. Markiz znał tego pielgrzyma, który nazywał się Giuseppe Francesco Borri i usunięty został kilka lat wstecz z kolegium jezuickiego za skłonność do alchemii. W Rzymie niedoszły jezuita szybko zyskał sławę nie tylko alchemika, lecz także uzdrowiciela, wynalazcy eliksiru młodości. Kiedy zmarł przychylny mu Inocenty X, nowy papież, Aleksander VII, uznał racje swojej papieskiej żandarmerii, która od jakiegoś już czasu przyglądała się Borriemu jako fałszerzowi i heretykowi, i trafiłby pewnie nieborak do Zamku świętego Anioła, gdyby nie uciekł do Hamburga, pod protektorat zafascynowanej ezoteryką i wdzięcznej mu za uzdrowienie przyjaciela Krystyny Szwedzkiej. Kiedy niezwykła ta pani, uczennica Kartezjusza i rozmówczyni Pascala, rok po abdykacji, pod koniec 1655 roku pojechała do Rzymu, poszukiwany przez Inkwizycję Borri zabrał się z nią nieostrożnie, i oto stoi przed bramą markiza di Palombara, kołacze do niej, a markiz, zaprzyjaźniony z Krystyną i w równym stopniu co ona podekscytowany alchemią, wpuszcza go do środka. Co więcej, oddaje mu swoje laboratorium.
Kiedy nazajutrz markiz stuka do drzwi Borriego, okazuje się, że ten w nocy uciekł przez okno - przypuszczalnie, jak donosi w "Roma esoterica" (Rzymie ezoterycznym) Salvatore Spoto, wynosząc nieco niefilozoficznego zgoła, lecz całkiem zwykłego złota. Markiz jednak wydaje się nie zważać na kradzież. Opłakując odejście alchemika, znajduje jakieś papiery z zapisanymi znakami. Palombara stara się je odczytać, ale na próżno. W geście desperacji, najbardziej znaczące, jak czuje, znaki i formuły, każe wyryć i wyrzeźbić na wapiennych belkach, złożyć je w bramę i postawić na straży swojej willi - pewnie z nadzieją, że jakiś przechodzień je odczyta.
W chwili, kiedy patrzę na bramę, tym przechodniem jest kot, niezwykły nawet jak na koty rzymskie. Jest tak mieszany, jak gdyby na jego sierść złożyły się wszystkie koty wszystkich krajów, z których pochodzą wszyscy bywalcy placu Wiktora Emanuela. Stoi przed ruiną fontanny i gapi się na znaki jak wół na malowane wrota. Wydaje mi się przynależny do wyższego, lepiej rozumiejącego świata, więc jestem rozczarowany kiedy na "kici-kici" odwraca diabelski łeb i pozwala się sfotografować.
Co do Borriego, trafia w końcu do papieskiej celi i umiera w niej bodaj w 1691 roku. Niezwykłej urody Villa Palombara, skomponowana z ogrodu, pałacu, muru i jej bram, podzieliła los innych willi Eskwilinu, wzgórza, które po zjednoczeniu Włoch w 1870 roku postanowiono zabudować piemoncką, mniej arystokratyczną, a bardziej mieszczańską architekturą, niszcząc przy tym budowle starożytne i nowe wbrew protestom, które zgłaszał sam Gabriele D'Annunzio. Krystyna Szwedzka dożyła swych dni w Palazzo Riario na Zatybrzu, została pochowana w Bazylice świętego Piotra, i zostawiła w Rzymie tyle pamiątek, że trzeba będzie o niej jeszcze napisać.