O ujrzanym w ósmym kręgu tłumie pokutujących fałszerzy tak mówi Dante (w przekładzie Juliana Korsaka):
... W miesiącu sierpniu społem tłum zebrany
Chorych z Maremmy i Waldikiany,
I co w Sardyńskich szpitalach się mieści,
Dałby nam chyba obraz tych boleści... Autor "Boskiej" na moment przestaje wymyślać kształt okaleczeń i procedury tortur, pozwala wypocząć wyobraźni, za to wyostrza pamięć. Fałszerze, cierpiący w ósmym kręgu, są oto jak tłum chorych na trąd i malarię w toskańskich szpitalach bagnistej Maremmy i Val di Chiana (co widział na własne oczy) oraz (co mógł znać tylko z relacji) w leprozoriach Sardynii. Szlakiem jego skojarzeń idziemy do miejsca, w którym okaleczenia są w Rzymie zagęszczone najbardziej - w okolice Piazza del Popolo, do szpitala lalek na via di Ripetta 29.
"Szpital lalek" to nazwa popularna, narzucona przez scenę, która rozgrywa się w witrynie - setki zabawek z powyłamywanymi kończynami, wykręconymi głowami, popękanymi płaszczyznami ciemieni, pleców i brzuchów. Tłum figurek i lalek różnej wielkości, rzuconych na siebie nawzajem bez ładu, rzadko w miłosnej pozycji "snu w objęciu z dotykaniem się nóg", co w
"Dalszych okolicach" wysławia Miłosz, częściej stopami przy ustach, plecami na głowach, pośladkami na karkach, jak w masowej wywózce ciał w czas epidemii. Same głowy z odkrytymi puszkami czaszek, wetknięte w czasze innych pękniętych głów, gdzieniegdzie madonny lub sowy, sarny i anioły.
Po raz pierwszy wszedłem tu w listopadzie 2003 roku, bez przerażenia, raczej z niejasnym poczuciem, że spadł oto na Rzym i utkwił w samym jego sercu okruch Drohobycza lub Pragi. Gapiłem się na wystawę od bocznej uliczki, potem na drzwi frontowe od via di Ripetta, spoza których, kto wie z jakiej bajki, krzyczało powiększone zdjęcie Polańskiego. Przez zabrudzoną szybę, o której pomyślałem, że jest jak oszronione okno, przez które do mieszkań zaglądała z zapałkami dziewczynka, widziałem młodego, wygolonego mężczyznę o mocnych rysach i starszą, szczuplutką panią. Wszedłem, spytałem, czy mogę się rozejrzeć, zadać kilka pytań. Chłopak odpowiadał, starsza pani szlifowała postrzępione brzegi okrucha porcelanowej Maryi.
Kiedy to się zaczęło? - Zaraz po wojnie. Mój ojciec zatrudnił się w pracowni znanego rzymskiego antykwariusza, profesora Leali. Nie chciał być tym, kim byli jego rodzice.
Co złego robili jego rodzice? - Nie tylko oni. Prócz jego ojca, czyli mojego dziadka, robiła to moja prababcia, a przede wszystkim mój prapradziadek Antonio Petito. Może pan o nim słyszał? Wielki aktor dramatyczny, najsłynniejszy poliszynel w historii neapolitańskiego teatru.
Myślałem, że Petito to marionetka - widziałem kukiełki podpisane jego imieniem. - Do naszej pracowni kukiełka dziadka jeszcze nie trafiła... No więc mój ojciec nie chciał być aktorem. Przez siedem lat uczył się rzemiosła, aż otworzył własny warsztat konserwacji sztuki zdobniczej i przedmiotów artystycznych przy via di Ripetta 29. Ten sam, w którym teraz jesteśmy. Jak sam mówił, "za cały majątek miał ciasny portfel i wielkie serce do roboty". Założył prawdziwie rodzinny interes - prócz babci Concetty i ojca pracował w nim mój stryj, który jest teraz właścicielem pracowni w Palermo, a także moja kuzynka. Przeszedł przez ten warsztat cały korowód uczniów i czeladników, a teraz jesteśmy tylko moja mama i ja. Mamy nadzieję, że wkrótce dołączą moje siostrzenice, a za jakiś czas moje dzieci, których zresztą jeszcze nie ma na świecie.
Kim są Wasi klienci? Oczywiście bez nazwisk. - Dlaczego bez nazwisk?! Naszym klientem mógł być pański rodak, i to dość znany - Roman Polański. Mówiąc szczerze, nie spotkaliśmy się, może nawet nie wszedł do środka. Kiedyś przyjaciółka ofiarowała nam egzemplarz amerykańskiego pisma ze zdjęciem Polańskiego na tle naszej bocznej witryny. Może tylko zaciekawiła go wystawa i sfotografował się wśród naszych główek?
A stali klienci? - 50 lat temu przychodzili głównie rzymscy arystokraci, bo tylko oni mieli cenne i wielkie kolekcje. Ich nazwiska nie są gorsze od nazwiska Polański: Colonna, Barberini, Aldobrandini, Doria... Największe rody Rzymu, rody papieży i książąt. Podczas wojny ich kolekcje często doznawały uszczerbku, więc przynosili ojcu w latach 50. wazony dynastii Ming, porcelany z Capodimonte, etruskie amfory i królewskie serwisy - nie pojedyncze obiekty, lecz całe skrzynie.