http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska komedia. Pieśń XXIX

Jarosław Mikołajewski
2009-09-27, ostatnia aktualizacja 2009-09-27 13:27

Szpital do końca świata

Federico Squatriti
Fot. Alessandro Leone
Federico Squatriti
ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY
O ujrzanym w ósmym kręgu tłumie pokutujących fałszerzy tak mówi Dante (w przekładzie Juliana Korsaka):

... W miesiącu sierpniu społem tłum zebrany

Chorych z Maremmy i Waldikiany,

I co w Sardyńskich szpitalach się mieści,

Dałby nam chyba obraz tych boleści...




Autor "Boskiej" na moment przestaje wymyślać kształt okaleczeń i procedury tortur, pozwala wypocząć wyobraźni, za to wyostrza pamięć. Fałszerze, cierpiący w ósmym kręgu, są oto jak tłum chorych na trąd i malarię w toskańskich szpitalach bagnistej Maremmy i Val di Chiana (co widział na własne oczy) oraz (co mógł znać tylko z relacji) w leprozoriach Sardynii. Szlakiem jego skojarzeń idziemy do miejsca, w którym okaleczenia są w Rzymie zagęszczone najbardziej - w okolice Piazza del Popolo, do szpitala lalek na via di Ripetta 29.

"Szpital lalek" to nazwa popularna, narzucona przez scenę, która rozgrywa się w witrynie - setki zabawek z powyłamywanymi kończynami, wykręconymi głowami, popękanymi płaszczyznami ciemieni, pleców i brzuchów. Tłum figurek i lalek różnej wielkości, rzuconych na siebie nawzajem bez ładu, rzadko w miłosnej pozycji "snu w objęciu z dotykaniem się nóg", co w "Dalszych okolicach" wysławia Miłosz, częściej stopami przy ustach, plecami na głowach, pośladkami na karkach, jak w masowej wywózce ciał w czas epidemii. Same głowy z odkrytymi puszkami czaszek, wetknięte w czasze innych pękniętych głów, gdzieniegdzie madonny lub sowy, sarny i anioły.

Po raz pierwszy wszedłem tu w listopadzie 2003 roku, bez przerażenia, raczej z niejasnym poczuciem, że spadł oto na Rzym i utkwił w samym jego sercu okruch Drohobycza lub Pragi. Gapiłem się na wystawę od bocznej uliczki, potem na drzwi frontowe od via di Ripetta, spoza których, kto wie z jakiej bajki, krzyczało powiększone zdjęcie Polańskiego. Przez zabrudzoną szybę, o której pomyślałem, że jest jak oszronione okno, przez które do mieszkań zaglądała z zapałkami dziewczynka, widziałem młodego, wygolonego mężczyznę o mocnych rysach i starszą, szczuplutką panią. Wszedłem, spytałem, czy mogę się rozejrzeć, zadać kilka pytań. Chłopak odpowiadał, starsza pani szlifowała postrzępione brzegi okrucha porcelanowej Maryi.

Kiedy to się zaczęło?

- Zaraz po wojnie. Mój ojciec zatrudnił się w pracowni znanego rzymskiego antykwariusza, profesora Leali. Nie chciał być tym, kim byli jego rodzice.

Co złego robili jego rodzice?

- Nie tylko oni. Prócz jego ojca, czyli mojego dziadka, robiła to moja prababcia, a przede wszystkim mój prapradziadek Antonio Petito. Może pan o nim słyszał? Wielki aktor dramatyczny, najsłynniejszy poliszynel w historii neapolitańskiego teatru.

Myślałem, że Petito to marionetka - widziałem kukiełki podpisane jego imieniem.

- Do naszej pracowni kukiełka dziadka jeszcze nie trafiła... No więc mój ojciec nie chciał być aktorem. Przez siedem lat uczył się rzemiosła, aż otworzył własny warsztat konserwacji sztuki zdobniczej i przedmiotów artystycznych przy via di Ripetta 29. Ten sam, w którym teraz jesteśmy. Jak sam mówił, "za cały majątek miał ciasny portfel i wielkie serce do roboty". Założył prawdziwie rodzinny interes - prócz babci Concetty i ojca pracował w nim mój stryj, który jest teraz właścicielem pracowni w Palermo, a także moja kuzynka. Przeszedł przez ten warsztat cały korowód uczniów i czeladników, a teraz jesteśmy tylko moja mama i ja. Mamy nadzieję, że wkrótce dołączą moje siostrzenice, a za jakiś czas moje dzieci, których zresztą jeszcze nie ma na świecie.

Kim są Wasi klienci? Oczywiście bez nazwisk.

- Dlaczego bez nazwisk?! Naszym klientem mógł być pański rodak, i to dość znany - Roman Polański. Mówiąc szczerze, nie spotkaliśmy się, może nawet nie wszedł do środka. Kiedyś przyjaciółka ofiarowała nam egzemplarz amerykańskiego pisma ze zdjęciem Polańskiego na tle naszej bocznej witryny. Może tylko zaciekawiła go wystawa i sfotografował się wśród naszych główek?

A stali klienci?

- 50 lat temu przychodzili głównie rzymscy arystokraci, bo tylko oni mieli cenne i wielkie kolekcje. Ich nazwiska nie są gorsze od nazwiska Polański: Colonna, Barberini, Aldobrandini, Doria... Największe rody Rzymu, rody papieży i książąt. Podczas wojny ich kolekcje często doznawały uszczerbku, więc przynosili ojcu w latach 50. wazony dynastii Ming, porcelany z Capodimonte, etruskie amfory i królewskie serwisy - nie pojedyncze obiekty, lecz całe skrzynie.

A teraz?

- Z czasem arystokracja ustąpiła miejsca kamienicznikom, przedsiębiorcom budowlanym, przedstawicielom wolnych zawodów. Najpierw przynoszono obiekty z lat 30., potem cacka wzornicze z lat 60. Cóż robić! Coraz rzadziej pracujemy nad XVIII-wieczną Miśnią, coraz częściej nad bezimiennym szkłem.

Wasza pracownia bywa nazywana "kliniką lalek"...

- Nic dziwnego - popękane lalki są na wystawach, w regałach. Ludzie zaczęli przynosić nam lalki jakieś 20 lat temu, kiedy na tle masowej produkcji dostrzeżono w starych wzorach prawdziwą wartość. Miały porcelanowe głowy, są nie mniej cenne niż wazony.

Nad czym pracował pan z największym wzruszeniem?

- Byłem pod wielkim wrażeniem pracując nad pękniętą woskową rzeźbą wielkiego impresjonisty Medarda Rosso. I byłem szczęśliwy, kiedy potem w katalogu aukcyjnym napisano, że analiza radiograficzna nie wykazała żadnych pęknięć. Nie zapomnę też trzech miesięcy, jakie wykroiłem z życia na pełną rekonstrukcję figurki prekolumbijskiej z kawałków, z których żaden nie przekraczał czterech centymetrów. Ostatnim wielkim wzruszeniem była praca nad unikalną rzeźbą z terakoty autorstwa Giorgia de Chirico.

Jesteście zawaleni głowami, rękami, plakietami, wazonami. Co robicie z obiektami, których klienci nie odbierają?

- Przestrzegamy świętej zasady, że powierzone nam rzeczy przechowujemy do końca świata. Na początku czuliśmy się do tego zobowiązani przez związki uczuciowe, jakie łączyły moją rodzinę z klientami, którymi byli zawsze ci sami ludzie. Oddać lub sprzedać albo brać pieniądze za przechowywanie byłoby czymś nielojalnym wobec przyjaciela. Teraz ta zasada jest tradycją rodzinną. Ciągle musimy powiększać magazyny, ale zapłatę otrzymujemy z nawiązką - na przykład w chwili, gdy wnuczka dziękuje nam za przedmiot, który 30 lat temu pozostawiła u nas jej babcia.

Dobrze Pan zarabia?

- Można dobrze zarobić, jeśli ktoś zna rzemiosło i ma chęć do pracy. Jeśli nie boi się zabrudzić, skaleczyć. Jeśli nie zakłada, że dostanie dużo, dając z siebie niewiele. Czuję się zaszczycony, że moimi mistrzami byli moi rodzice. Cieszę się, że łagodnie, lecz konsekwentnie zwalczali we mnie furię niecierpliwości i pędu, które są cechami okresu dorastania. Nauczyli mnie, że każda budowa wymaga fundamentów, i bardzo troszczyli się o to, żebym coraz mniej biegał, a coraz więcej chodził. I to przynosi również finansowe efekty. Ale wciąż towarzyszy mi prawda o zawodzie, którą wypowiedział mój ojciec: "Antykwariusz, który otwiera pracownię, ma 1000 lirów i jedno krzesło. Antykwariusz, który przechodzi na emeryturę, ma 1000 lirów i 1000 krzeseł".

Taką mniej więcej rozmowę odbyłem w listopadzie 2003 roku, w grudniu, w podobnym kształcie, wydrukowałem ją w "Wysokich Obcasach". Niewiele zmieniło się od tamtej pory. Federico zbliża się do pięćdziesiątki, w pracowni na ogół jest sam. Ma nowa pasję - motocykl. Kiedy tylko zdejmuje biały fartuch chirurga kliniki lalek, zakłada skórzany kombinezon. Jego pracownia, o sto, może dwieście metrów od Piazza del Popolo, trafiła do rejestru nieoczywistych zabytków, jaką jest książka "Roma insolita e segreta" - "Rzym niebywały i potajemny"Ginevry Lovatelli. Jej krótki opis ze zdjęciem znajdziecie pomiędzy Muzeum Keatsa i Shelleya oraz Domem Goethego, a starą rzeźnią Annibale Madstroddi i Muzeum Hendrika Christiana Andersena.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':