Chcecie, to wierzcie, nie chcecie, to nie, lecz coraz częściej nachodzi mnie wrażenie, iż kiedy myślę o kolejnej pieśni komedii "Boskiej", z której wywieść mam "Rzymską", Miasto i moje w nim życie otwiera się dokładnie na tej samej stronie. Czytam więc oto dwudziestą ósmą pieśń "Piekła", przede mną jar dziewiąty, w którym, przepołowieni, cierpią podżegacze zamieszek, myślę sobie, że to dobry moment, by przywołać wydarzenia 1968 roku, córka prosi, żebym poszedł z nią do kina na nowy film "Il grande sogno", czyli "Wielkie marzenie", idę, i okazuje się, że film, o którym wcześniej nie czytałem i nie słyszałem, opowiada właśnie o Rzymie roku 1968. Co więcej, w jednej z pierwszych scen filmu profesor literatury na rzymskim uniwersytecie komentuje "Boską komedię", a ściśle Pieśń XXVIII - tę w której Dante, ustami najpierw własnymi, a potem jednego z potępionych, mówi między innymi:
Mniej pluszcze, kiedy klepka zeń wypadnie,
Ceber niż mara, co stała rozryta
Na skróś od brody aż po części zadnie.
Między nogami wisiały jelita,
Widniały płuca z owym smutnym worem,
Gdzie w kał się zmienia potrawa spożyta /.../
"Wszyscy, co ze mną w ten loch się dostali,
To siewcy schizmy i zgorszenie świata;
Tak połupani, że waśni wzniecali"...
Bohaterami filmu, którego reżyserem jest Michele Placido /znany u nas głównie z "Ośmiornicy" jako odtwórca komisarza Cattaniego/, jest kilkoro studentów, a tak naprawdę to wszyscy studenci, dla których 1968 rok był wielkim marzeniem czy, jak może trafniej należałoby przetłumaczyć tytuł, wielkim snem. Kochają się, dyskutują, przekrzykują, wyklaskują profesorów, zmuszają ich do ucieczki przez okno, biją się z policją, zachodzą w ciążę, żonglują Jezusem i Mao, wyrzekają się wiery i ojców, opłakują ich umieranie - na rzymskim uniwersytecie, przed rzymskim wydziałem architektury w Valle Giulia, w rzymskich mieszczańskich mieszkaniach, w rzymskim kościele, na rzymskich ulicach i placach. Akcja przesuwa się z czasem na południe, na Sycylię, gdzie studenci próbują zaszczepić swój sen, lecz ich życie wewnętrzne wciąż rozgrywa się w Rzymie i oni sami wreszcie do Rzymu wracają, żeby pożegnać rodziców, pójść do więzienia, zadbać o aresztowanego brata, urodzić dziecko, wrócić na studia.
Film jest o dojrzewaniu, ale i o wszystkim, co na ten proces się składa, od wierności do wiary, szerokim kołem poprzez stacje "zdrada" i "zawód", i kiedy oglądam go z osiemnastoletnią córką w kinie Adriano na placu Cavoura, zastanawiam się, dlaczego w ogóle o 1968 roku chciałem wspomnieć, skoro ten rok dawno minął i nie odcisnął na Rzymie stylu tej generacji, nie pozostawił architektury wielkiego snu, malarstwa wielkiego marzenia, a jeśli, to w stopniu nie większym i nie bardziej trwałym niż mniej znane lata, pod którymi kryją się marzenia zapewne nie mniejsze, choć na pewno mniej zbiorowe i mniej zręcznie przekute w legendę. I łatwo wyławiam, z pamięci całkiem świeżej, a także z tej głębszej, obrazy, które mówią, że w Rzymie roku 2009 Rzym 1968 wciąż istnieje - widoczny, choć stonowany, który by spotkać nie wystarczy być turystą, trzeba tutaj pożyć, dostrzec tę wyróżniającą powolność zanikającej już i rozproszonej grupy, żyjącej wciąż jak we śnie.
"Siewcy schizmy", bohaterowie marca 1968 roku, robią dziś różne rzeczy. Wielu zrobiło karierę jako specjaliści, są lekarzami, architektami, nauczycielami, profesorami. W swoich zawodach próbują, raczej dyskretnie i na własny rachunek, robić to, o co kiedyś walczyli kamieniami i krzykiem. Zbliżają się do emerytury albo na nią przeszli. Widuję ich na ulicach, chodzą w sztruksach lub dżinsach, są niedogoleni, zakładają mokasyny na bose stopy, chętniej jeżdżą rowerem lub Vespą niż samochodem. Kiedy myślę o weteranach 1968 roku, w myślach buduje mi się taki właśnie portret, nie inny. Jednego z nich, którego znam najbliżej, pytam, czy taki wizerunek odpowiada prawdzie. Wybucha śmiechem: "Tak o nich myślisz, bo obracasz się w tych środowiskach. To znaczy - tak O NAS myślisz. Bardzo wielu studentów 1968 roku wyparło się tej przygody. Wielu trafiło do polityki, i to wcale nie do jednej partii. Jedni są przy Berlusconim, inni przy Veltronim. Drogi się rozeszły".
Mój przyjaciel Marcello jest znanym profesorem historii, asesorem do spraw kultury w Sienie. Dobrze wie, co mówi. Na okładce jednej z monografii ruchu 1968 roku stoi na czele studenckiej demonstracji razem ze swoim bratem, Paolem. Paolo jest słynnym filozofem, redaktorem naczelnym wpływowego pisma. Choć obaj identyfikowani są z szeroko rozumianą lewicą, 40 lat po wspólnej walce prawie nie rozmawiają ze sobą. Nawet inaczej się nazywają: Paolo pozostał przy rodowym nazwisku, zdradzającym arystokratyczne korzenie, Marcello skrócił sobie nazwisko do pierwszego członu.
Pytam Marcella, co ich wtedy łączyło - ich wszystkich, nie tylko Marcella i Paola. "Pokolenie ludzi, którzy przyszli na świat pod koniec II wojny albo tuż po wojnie - dwudziestolatki wychowane, dorastające i uczące się w krajach, które przeżyły czas wielkiej odbudowy i modernizacji - stanęło wobec rozliczeń z własną tożsamością. Spotkali się na uniwersytetach, ale każdy z nich, z nas, miał własne powody do buntu. Dla wielu zapalnikiem był amerykański imperializm, wojna w Wietnamie. Wielu z nas, którzy studiowaliśmy w Rzymie, solidaryzowało się ze studentami, którzy zbuntowali się w Trydencie i w Turynie. Niektórzy mieli jasny program reformy uniwersytetów i szkół. Jedni byli maoistami, inni utożsamiali się z Włoską Partią Komunistyczną, jeszcze inni byli zdeklarowanymi katolikami. Nic dziwnego, że kiedy ruch się skończył, rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Niektórzy wyszli poza ramy zorganizowanego społeczeństwa, weszli na drogę opozycji pozaparlamentarnej czy wręcz terroryzmu".
W "Wielkim śnie" życie studentów jest świętem, walką, troską i lękiem. Pytam Marcella, jak on to pamięta. "Okupacja - mówi - była przygodą intelektualną i uczuciową. Debatowaliśmy, wiecowaliśmy, sprzeczaliśmy się, a wyzwolenie obyczajowe było jednym z objawów rewolucyjnego nastroju". "Jak doszło do bitwy studentów z policjantami w Valle Giulia, pod wydziałem architektury?" "W nocy przed okupacją wydziału grupa działaczy zastanawiała się, jak może rozwinąć się sytuacja. Padły słowa, że jeśli policja da pretekst, będziemy walczyć".
Wielki dziennikarz Enzo Biagi, świadek tamtych wydarzeń, w książce "Io c'ero" - "Ja tam byłem", pisze: "Rok 1968 rozpoczął się w Rzymie 1 marca, w dzień pogodny, słoneczny, w Valle Giulia, przed wydziałem Architektury. Znaleźli się tam porządni uczniowie i studenci, od lat piętnastu do dwudziestu pięciu, pod krawatami, w marynarkach. Poprzedniego dnia na Uniwersytecie La Sapienza niektórych spałowała policja, przepędzajac studentów z okupowanych wydziałów /.../. 1 marca studenci Architektury chcieli odbić swój wydział i, maszerując zwartym szykiem, weszli w aleję prowadzącą do głównego wejścia. Kiedy pierwszy policjant wyciągnął pałkę, walka wybuchła i trwała bez przerwy przez dwie godziny. Stu czterdziestu rannych policjantów, karabuinierów i agentów, czterdziestu siedmiu rannych demonstrantów w szpitalach /co najmniej dwustu innych zgłosiło się do lekarzy prywatnych/, setki zatrzymanych, ponad dwustu z aktem oskarżenia, dziesięciu aresztowanych". "Byłeś tam?", pytam Marcella. "Pewnie". "Dostałeś?" "Raczej inni dostali ode mnie". "Biliście policjantów?" "Cóż, dynamika manifestacji - kiedy któryś policjant został sam, dostwał. Kiedy komuś pod rękę nawinął się kamień, rzucał. Choć na początku, kiedy tam szliśmy, mieliśmy w rękach miękkie przedmioty, pomidory, jajka".
Pod wrażeniem walki w Valle Giulia, jeden z największych autorytetów ówczesnej lewicy, reżyser, poeta, eseista, najbardzej wszechstronny intelektualista tamtych lat Pier Paolo Pasolini /wspominaliśmy już o nim nie raz/, drukuje poemat "Nienawidzę was, drodzy studenci", a w nim takie wersy:
Dziennikarze całego świata /nie wyłączając
telewizji/ liżą wam /jak to się jeszcze mówi w uniwersyteckim
języku/ dupę. Ale nie ja.
Wyglądacie na nieodrodne dzieci waszych tatusiów.
Dobra rasa nie kłamie.
Patrzycie tak samo złym wzrokiem.
Tchórzliwi, niepewni, zagubieni
/świetnie!/, równie dobrze umiecie
dyktować, szantażować, pewni siebie, bezczelni:
drobnomieszczańskie prerogatywy, kochani.
Kiedy wczoraj, w Valle Giulia, tłukliście się
z policjantami,
ja byłem za policjantami.
Bo policjanci są dziećmi biedaków.
Pochodzą z peryferii, nieważne czy wiejskich czy miejskich.
Co do mnie, dobrze wiem
jak wyglądało ich dzieciństwo, ich dorastanie:
tysiąc lirów jak skarb, ich ojcowie, co pozostali chłopcami
przez nędzę, która nie wyposaża w autorytet.
Ich matki żylaste jak tragarz lub kruche,
wskutek jakiejś choroby, jak wróbel /.../
Spójrzcie też jak ich ubrano: jak pajace,
w tych szorstkich mundurach, które śmierdzą stołówką,
koszarami i nędzą...
Poemat znakomity, agresywny, zaangażowany do bólu, stawia diagnozę, która musiała zabrzmieć okrutnie dla rewolucjonistów, którzy występowali w imieniu klasy robotniczej: dla studentów ta walka jest przygodą, za udział w której jeśli pozwolą się wylać z uniwersytetu, to tylko po to, by zostać dyrektorami w fabrykach swoich ojców; dla policjantów jest obroną przed powrotem na wieś, do fabryk, na południe.
... W Valle Giulia, wczoraj, miał miejsce epizod
walki klas: wy, moi drodzy /choć po słusznej
stronie/ odegraliście rolę bogaczy,
a policjanci /którzy racji
nie mieli/ biedaków. Piękne, zatem,
odnieśliście zwycięstwo!...
"Jak przyjęliście wiersz Pasoliniego?" Marcello reaguje, jak gdybym dotknął krwawiącej rany. "Fatalnie. To najgorsza rzecz, jaką w życiu napisał. Absolutne załamanie stylu".
W "Wielkim śnie" studenci ukrywają się przed policją, wyczuwa się klimat represji, terroru. "Terroru nie było - dementuje Marcello. - Przez kilka dni po bitwie baliśmy się, że ktoś nas sfotografował, rozpoznał, że nas pokazowo zamkną, to wszystko".
Pytam go o miejsca, w których w Rzymie działo się najwięcej. "Valle Giulia, i to nie tylko przed Architekturą, lecz również w dolinkach i wąwozach pomiędzy Villa Borghese a Muzeum Etruskim. Plac Cavoura, przed sądem. Tam też się gromadziliśmy, dochodziło do przepychanek. Tym, co ściągało agresję, były symbole władzy, a wielki gmach sądu, Palazzaccio, nadawał się do tego najlepiej".
Pytam, czy Miasto wyglądało jak Woodstock, jak wzięte w posiadanie przez studentów, jak w święto. "Nie. Całowanie na fontannach, na schodach przed kościołami, to owszem. Chodziliśmy po całym centrum, zwłaszcza wokół Campo de' Fiori, Fontanny di Trevi". "Kładliście kwiaty pod pomnikiem Giordano Bruno?". Marcello, który historię Polski zna chyba najlepiej we Włoszech, mówi, że Bruno to nie Mikciewicz, i że w 1968 roku w ogóle niewiele było podobieństw pomiędzy Warszawą a Rzymem.
Wychodzimy z córką z kina Adriano na placu Cavoura. Patrzę na Palazzaccio, który od strony Tybru prawie sąsiaduje z Muzeum Dusz Czyśćcowych, przypominam sobie, że na tym placu pod numerem 3 był kiedyś ośrodek badań nad Pasolinim, i zastanawiam się, drogą jakiego przypadku "Boska", "Rzymska", Miasto i moje w nim życie otwierają się na tej samej stronie.