O duszach czyśćcowych mówię rzecz jasna za wcześnie, skoro jesteśmy w Piekle i od Czyśćca dzieli nas siedem pieśni, ale cóż robić - początek pieśni XXVII daje mi pretekst, którego przepuścić nie mogę. Oto jak brzmi ów incipit w przekładzie Edwarda Porębowicza:
Już wyprostował się i zmilkł ognisty
Język, i z wolna od nas w dal odpływał
Za zezwoleniem słodkiego lutnisty,
Wtem drugi, który w trop za nim przybywał,
Wierzchołka swego niewyraźnym sykiem
Wzrok nasz ku swemu zjawieniu pozywał
Nie dość jasne te słowa i następne tercyny kryją za sobą taki, bardzo wyrazisty obraz: żegnamy bohatera pieśni poprzedniej, Ulissesa, który objawił się Dantemu pod postacią płomienia, i oto nadchodzi następny, potępiony za to samo, czyli za fałszywe doradztwo, polityczną dwuznaczność, Guido da Montefeltro. Nie liczy się dla mnie, za co został skazany - ważne, w jaki sposób domaga się głosu. Jest płomieniem, więc mówi językiem ognia, ale był człowiekiem, więc innemu człowiekowi chce się objawić poprzez ludzką mowę. Chce mówić, lecz syczy, aż w końcu daje radę przemówić - "wyszedł głos płomienną mową", zaświadcza Dante.
Miejsce w Rzymie, gdzie płomień przemówił, odwiedzane jest rzadko, choć widać je z ziemi i z wody i leży one na szlaku pomiędzy Schodami Hiszpańskimi a Zamkiem świętego Anioła. Kościół Świętego Serca Jezusowego (Sacro Cuore di Gesu), nazywany również kościołem Świętego Serca Miłosierdzia dla Dusz w Czyśćcu Cierpiących (bo tak, omownie, można chyba przetłumaczyć rzeczownik "Suffragio") stoi nad Tybrem, na bulwarze Lungotevere Prati pod numerem 12, pomiędzy Mostem Cavoura a ciężkim i brudnobiałym jak stara, zakalcowata beza gmachem Sądu. Łatwo go rozpoznać - jasny, z mnóstwem wieżyczek, niepodobny do żadnego rzymskiego kościoła, najbardziej przypomina makietę katedry w Mediolanie.
Wchodzę tam nie dla kościoła, który krzywdząco zakładam, że jest zbyt nowy, żeby go oglądać, lecz dlatego, że już po raz któryś słyszę o czymś, co się podobno w nim mieści, a nigdy nie spotkałem nikogo, kto to coś by odwiedził - Muzeum Dusz Czyśćcowych. Ledwo przekraczam drzwi świątyni, widzę, że jej również należy się przyjrzeć, tak jest inna, w nieoczekiwanych kolorach polichromii, witraży i obrazów. Lecz jest godzina 9.40, a kościół będzie otwarty tylko do 10.00, więc od razu pytam o Muzeum. Niemłody człowiek, do którego zwracam się "ojcze", włącza światło w korytarzu pomiędzy prawym ramieniem transeptu a podwórzem. Oto Muzeum - gablota na ścianie, niecałe trzy metry długości i metr wysokości. Za jej szybą - kilkanaście ponumerowanych przedmiotów: brewiarze, fragmenty szat, fotografie. Wśród nich zdjęcie duszy, od której się wszystko zaczęło. Twarz, rozmyta jak buzia syreny pod wodą, z rozpuszczonymi, jasnymi włosami. Obok gabloty, na ścianie, olejna kopia tej twarzy.
Pytam "ojca" o jej historię, opowiada również historię kościoła. "Pod koniec XIX wieku ta dzielnica, Prati, była niezamieszkała. Ludzie, którzy po tej stronie Tybru zaczęli budować domy, znajdowali w ziemi mnóstwo kości, resztek żołnierzy, którzy oblegali Zamek świętego Anioła, i tych, którzy go bronili. Może i z innych bitew. Żeby jakoś uczcić te szczątki, nowi mieszkańcy stawiali kapliczki i modlili się za miejscowych zmarłych. W 1893 roku Victor Jouet, francuski zakonnik, założyciel zgromadzenia misyjnego, kupił niewielki teren, wolny jeszcze od zabudowy, na którym stała tylko kapliczka. Cztery lata później, w 1897, kapliczka zapaliła się od świecy. Pożar był niewielki, szybko go ugaszono, i wtedy na ramie obok obrazu ktoś dojrzał twarz wypaloną przez płomień, czy naniesioną na deskę jak fotografia. Ojciec Jouvet wzniósł na tym miejscu kościół". Pytam, czy obraz, który wisi prostopadle do gabloty, to ten z kapliczki. "To kopia" - mówi ojciec. "Ale mamy oryginał duszy", dodaje po chwili, ściszonym głosem. "Gdzie?". Ojciec wskazuje wnętrze kościoła: "Za tą ścianą".
Głupio mi pytać o oryginał duszy za ścianą, więc przyglądam się innym eksponatom z gabloty i czytam objaśnienia:
- odcisk trzech palców pozostawiony w niedzielę 5 marca 1871 na książeczce do nabożeństwa Marii Zaganti przez świętej pamięci Palmirę Rastelli, zmarłą 28 grudnia 1870;
- odcisk pięciu palców na szlafmycy męża pozostawiony w 1875 roku przez Luizę Le Sénechal podczas widzenia, jakie miał w ich domu we Francji;
- zdjęcie odcisku pozostawionego przez westfalską zakonnicę w czyśćcu cierpiącą na fartuszku innej westfalskiej zakonnicy w 1696 (oryginał jest w Winnembergu);
- zdjęcie odcisku palca, jaki w 1789 roku Belgijka, pani Leleux, pozostawiła na mankiecie koszuli syna;
- odcisk palca na poszwie poduszki;
- rozliczne odciski opata Panziniego z 1731 roku na habicie, koszuli i desce wielebnej Matki Izabelli Fornali z Klasztoru świętego Franciszka w Todi;
- odcisk dłoni, jaki teściowa pozostawiła synowej w 1845 roku, 30 lat po śmierci, na egzemplarzu "Naśladowania Chrystusa";
- odcisk czubków palców na niemieckojęzycznej książeczce do nabożeństwa;
- kopia jednego z 30 banknotów, które zmarły kapłan dał jako ofiarę za mszę...
Łapiąc za mankiet, chwytając za szlafmycę, dotykając brewiarza, podrzucając banknoty, wszystkie dusze prosiły jedno: o modlitwę za skrócenie ich czyśćcowej męki. Prawie wszystkie eksponaty stanowią odciski dłoni i palców, twarz jest jedna - ta, która dała początek Muzeum. Należąca do długowłosego chłopca posłanego w 1527 roku przez Karola V do ataku na Zamek świętego Anioła, może przez długowłosego obrońcę, lub do dziewczyny, która szła po ciało zabitego kochanka i wmieszała się w tłum żołnierskich trupów. Lub bohaterki całkiem innej historii, z zupełnie innego czasu.
"Ojciec" przygląda mi się w chwili, kiedy ja przyglądam się fotografii. Daje znak, żebym szedł za nim. Jest po 10, myślę, że chce, żebym wyszedł, ale on podchodzi do tryptyku, który wisi w transepcie, wyciąga z kieszeni kluczyk, wkłada do lewych drzwiczek obrazu, otwiera. Pod aniołem, który towarzyszy Matce Boskiej Bolesnej, jest twarz z fotografii i z kopii. "To ona, oryginał", szepce, i pozostawia mnie z błyskiem syreniej buzi pod wodą, jeszcze mniej realnej niż na zdjęciu.
Jestem sam w kościele, więc zostawiam duszę za uchylonymi drzwiczkami, rozglądam się po wnętrzu i dociera do mnie, dlaczego od chwili, kiedy tu wszedłem, jestem pod tak silnym wrażeniem - obrazy, które znajduję w ołtarzach, są z ducha prerafaelitów, których kocham, lecz których nie spodziewam się spotkać w Rzymie. Jak dusza czyśćcowa, Dante domaga się głosu - Gabriel Dante Rossetti, twórca prerafaelityzmu, był synem Gabriela Rossettiego, który emigrował z Neapolu z obawy przed konsekwencjami rebelianckiego odczytania Dantego. Nawiasem mówiąc, o rewolucyjnej, masońskiej lekturze Rossettiego wspomina Juliusz Słowacki w "Podróży z Neapolu do Ziemi Świętej". Lecz wróćmy do kościoła.
Polichromie na ścianach są bliskie tym, które w Krakowie malowali Wyspiański i Popiel. Witraże w prawej nawie, pokazujące świętych, którzy ze szczególnym żarem pośredniczyli pomiędzy światami, wyznaczają życzliwe granice życia tutaj i wszędzie. Obrazy, czerpiące pośrednio z Botticelliego, lecz całkiem już wprost z Rossettiego i Millais'a, filtrują lekko przesłodzone światło. Ich autorów trudno znaleźć w leksykonach sztuki, choć chciałbym się dowiedzieć, czy malując, jak malowali, nagięli swój styl do tego miejsca, czy malowali tak zawsze i wszędzie. Choć chętnie posłuchałbym, czy to przypadek, że autorka Bolesnej, pod którą kryje się dusza, nazywa się Beatrice Lucci de Angeli. I, jak zawsze mi się dzieje, we wszystkich galeriach i kościołach, jedno przedstawienie przebija i przyćmiewa wszystkie. Tym razem jest to wizerunek dziesięcioletniego Jezusa w pracowni świętego Józefa, z atrybutami stolarni i pasji - znak charakterystycznej i pięknie wyróżniającej prerafaelickiej skłonności do przedstawiania dziur w życiorysie, małoletnich świętości, zawieszenia pomiędzy beztroską dzieciństwa a zwiastunami śmierci. Tyle wiem o malarzu, że nazywał się Giuseppe Brugo.
Kiedy "ojciec" dzwoni kluczami, wracam do Muzeum, czyli przed gablotę, i myślę, że odciski dusz w Czyśćcu cierpiących też są jak obrazy, tyle że z naszych już czasów, przynależnych nowej dzikości - spójrz choćby, wędrowcze, na dłoń obok krzyża na desce Matki Izabelli Fornari z Todi. Odwracam się do "ojca", dziękuję, mówię, że tu wrócę, i wtedy widzę, że "ojciec" nie jest ojcem, lecz dziadkiem - kościelnym z wnuczką na ręku, mającą o dwa albo trzy lata mniej niż Jezus na obrazie Giuseppe Brugo, świeć Panie nad jego duszą.