Pieśń XXVI należy do absolutnej czołówki Bokiej Komedii - tak potężny, wyrazisty, pamiętny jest jej główny bohater, tak potężnym tchnie poczuciem wolności, nieokiełznanym pragnieniem poznania, przekraczania granic. Ulisses, bo o nim mowa, cierpi wśród fałszywych doradców - nie tylko, lecz głównie przez zdradliwy koncept z koniem trojańskim, przeciw któremu, jak pamiętamy
sprzed tygodnia, wystąpił Laokoon przypłacając to śmiercią własną i synów. Lecz jest Ulisses, podobnie jak Farinata z
Pieśni X, jednym z tych, których Dante potępia, lecz równocześnie podziwia. Między innymi za słowa, którymi ten (jak tłumaczy Porębowicz) zagrzewa towarzyszy żeglugi do przygody:
Skoro wam jeszcze bodaj jedna chwila
W zmysłów czuwaniu przed śmiercią zostaje,
Nie żmudźcie duszę wydobyć z ciemnoty,
Za słońcem idąc w niemieszkane kraje.
Zważcie plemienia waszego przymioty;
Nie przeznaczono Wam żyć, jak zwierzęta,
Lecz poszukiwać i wiedzy, i cnoty...
"Fatti non foste per vivere come bruti", czyli dosłownie "Nie zostaliście zrobieni, żeby żyć jak bestie " Nie ruszać się, nie poznawać, znaczy żyć jak bestia. "Jedynie kochać, tylko poznawać się liczy, / nie że kochałeś, nie że poznawałeś" - jak parafraza Ulissesa brzmi incipit "Lamentu koparki", arcypoematu o Rzymie, który napisał Pier Paolo Pasolini. Zastanawiam się, co w Rzymie może odpowiadać żegludze Ulissesa, jego ambicji i, rozejrzawszy się wokół siebie, wybieram rejs, który na co dzień jest w zasięgu turystów i rzymian, maleńki jak czapka z gazety na stawie w Parku Ujazdowskim - rejs stateczkiem po Tybrze.
Po co taki rejs? Choćby po to, by zobaczyć Miasto z perspektywy żaby. Z tyłu głowy, rzecz jasna, kołacze się myśl, że pod przęsłem Ponte Sisto zobaczę rękojeść miecza, który poszybował z ręki landsknechta trafionego pociskiem przez Celliniego, albo że zobaczę Bachusa, jak ten, którego znaleziono w 1885 roku pod Mostem Garibaldiego, i który zyskał przydomek del Tevere - Tybrzański. Ano zobaczmy, co da się zobaczyć zstępując z bulwaru o dobrych dwadzieścia metrów.
Po Tybrze pływają statki specjalne, takie z kolacją na pokładzie, i stateczki zwykłe, przemieszczające się zgodnie z rozkładem jazdy. Wsiadam, oczywiście, na zwykły, najzwyklejszy, jeden z dwóch, na pokład których można wejść na przystanku z napisem Battelli di Roma. Przystanki są dwa: jeden przy Moście świętego Anioła (po stronie przeciwnej niż Zamek), drugi na wysokości Wyspy. Na przystanku kupuje się bilet za 12 euro i za taką opłatą można żeglować do tej samej godziny dnia następnego. Wsiadłem przy świętym Aniele, więc będę pisał z tej właśnie perspektywy: odcinka w górę rzeki, do Mostu Nenniego, z powrotem, w dół, aż do Wyspy, i znów w górę, pod Anioła. Statki (z godzinną przerwą na obiad) odpływają co pół godziny - pierwszy o 10, ostatni o 18. O pełnych godzinach odpływa statek kryty, klimatyzowany, „o wpół do” odpływa stateczek jak z plażowego zestawu plastikowych zabawek - część zakryta na dole, część odkryta na górze. W kabinie siedzi kapitan, który pali fajkę, na dziobie stoi podoficer, który na przystanku rzuca cumy, wpuszcza i wypuszcza pasażerów.
Rejs rzymskiego Ulissesa jest jak żegluga dnem głębokiego wąwozu. Po prawej i lewej stronie, na całej miejskiej długości rzeki, pionowo pną się ściany z kamiennych bloków, które są też idealnie szczelnym woalem, odcinającym wzrok od miasta. Kiedy zaczynasz podróż, widok jest wspaniały - Zamek, kopuła świętego Piotra. Równie zachwycający pejzaż otwiera się przy Isola Toberina - szpital bonifratrów, kopuła Synagogi, Zerwany Most, który widać pod łukiem Ponte Cestio. Przez resztę podróży tylko ściany wąwozu, nad nimi kępy platanów, gdzieniegdzie szczyt kościoła, pałacu. I woda, po której pływają kaczki, nieliczne kormorany i butelki, rozkołysane jak zerwane z wędki spławiki. Siłą rzeczy patrzysz na burty, za wyjątkiem krótkich wzruszeń, kiedy statek przepływa pod mostem. Mostów jest w Rzymie dużo (na odcinku tego godzinnego rejsu aż dziesięć), więc wzruszenia są częste i różnorodne.
Kiedy siedzisz i patrzysz na ściany, z głośników płyną objaśnienia po włosku i po angielsku, dotyczące tego, co mijasz. To zabawne wrażenie. "Tutaj jest Villa Farnese, a tutaj Mauzoleum Augusta; tutaj Muzeum Dusz Czyśćcowych, a tam Panteon i Fontanna di Trevi..." - to słyszysz, ale widzisz ściany. Ale nie czujesz się jak dziecko, któremu ktoś opowiada film, bo zasłonił mu oczy z obawy przed nadmiarem emocji. Emocje są, ale nijak nie związane z opowieścią głośników. Na tle ścian wąwozu przecież widać statki, jakiś dom na wodzie, towarzystwo wioślarskie. Każdy fragment ściany, od którego pną się schody, u podstawy jest pokryty jaskrawym graffiti. Na przestrzeniach pomiędzy schodami, zamiast graffiti, są napisy. "Bóg istnieje". "Gdyby cię nie było, trzeba by cię stworzyć". Najciekawsze dzieje się za Ponte Sisto, płynąc w górę rzeki od Wyspy po prawej - około pięćdziesięciu ujęć tej samej, srebrnej wilczycy, która jak klatki starego filmu animowanego porusza się z biegiem statku. Czasami biegnie, czasem napada, niekiedy się kuli, ucieka. Tej wilczycy ci na górze nie widzą. Nie widzą też ludzkich, niepokojących postaci. Dwaj chłopcy próbują nadziać małą rybkę na haczyk, pastwią się nad nią, ona się wyrywa, wreszcie wrzucają haczyk z rybką do rzeki. Rybka ucieka, oni rzucają za nią kamienie. Samotny mężczyzna w czerwonej koszuli na brzegu, z głową wtuloną w ramiona. Kobieta z miotłą, na której opiera się jak na kuli. Dwaj rowerzyści. Przykucnięta sylwetka pod Ponte Fabricio, chyba męska. Ci na górze nie widzą też oaz natury, które są tutaj trojakiego gatunku: bagienka przy filarach mostów, stada mew na niewielkich wysepkach błota i kępy traw. Najciekawsze są bagienka - wyrastają z nich przedmioty, zapewne porwane ubiegłej zimy przez wezbrany nurt. Przypomina mi się wiersz Montalego, który pisał o kufrach z książkami, niesionymi we Florencji przez niszczące Arno. Rzeczy, które widzę, są proste. Rzeka tej zimy nie doszła do brzegów, zalała nabrzeża, na których koczują bezdomni, więc z bagienek wystają zęby talerzy, parasoli, parawanów. Nad wąwozem czyste niebo pierwszego dnia września. Kiedy na oczy kładzie się cień, to znak, że podpływamy pod most. Słowa z megafonów na pięć sekund zlewają się w jedno, dudnią o łuki mostów, które z dołu wyglądają jak sklepienia podziemnych krypt. W kilku miejscach, z niewidocznych szczelin, wyrasta zielenią w dół kępa dzikich roślin. Od korzeni oglądają je ci na górze. Tak samo będzie kiedyś z oczami, które nie widzą tego, o czym ci mówią z głośników, z rzadkim dowodem na istnienie świata pod postacią odwróconego głową w dół krzewu?
O Ulissesie w Rzymie można by jak o Dedalu w Dublinie, to jasne. Ale można i tak - przysiąść się do pary belgijskich turystów na wczesnej emeryturze, do bardo starej pary Amerykanów, do dwóch młodych Chorwatek, które fotografują się kiedy wiatr unosi im włosy. Słyszeć, czego się nie widzi, widzieć, o czym nikt nie mówi.