Liczę na osobistą wdzięczność profesora Indiany Jonesa za to, że w dzisiejszej wędrówce pominę najmocniejszy fragment Pieśni XXIV. Nie znajduję natchnienia w opisie siódmego jaru ósmego kręgu, gdzie Dante natrafia na "węże przeróżnych kształtów i natury", które kąsają skazanych na to miejsce złodziei i obracają ich w popiół, z którego odradzają się do dalszych cierpień. To bardzo efektowny fragment, lecz o stokroć większe wrażenie robi na mnie początek pieśni, sugestywny opis zmiennych stanów Dantego, całego łańcucha jego zniechęceń i odrodzeń, emocjonalnej tudzież moralnej zależności od piekielnej aury, dyspozycji własnej i stanów ducha przewodnika. Aż do ostatecznego przełomu, kiedy to widząc kolejny upadek Dantego na duszy i ciele...
Teraz się z lichej gnuśności rozpowij -
Mistrz do mnie rzecze - bowiem pod pierzyną
I w puchach łoża sławy się nie łowi!
A komu bez niej dni na ziemi płyną,
Po takim ślad się padolny rozpyli
Dymem na wietrze i wód szumowiną.
Więc wstań i niemoc niechaj w tobie zmyli
Duch, co zwycięzcą jest w każdej rozprawie,
Chyba go brzemię ciała ubezsili...
/tłum. Edwarda Porębowicza/
"Duch zwycięzca", dobre sobie! Jesteś słaby, masz za plecami siedem i pół kręgów piekła, które nosisz też w sobie, ogarnia cię zniechęcenie, ale mistrz mówi "wstań", więc idziesz... W pewnej rzymskiej historii to nie podopieczny upada, lecz Mistrz, i choć uczniowie powtarzają mu "wstań", sprawa kończy się krótkim wzlotem i ostatecznym upadkiem. A Mistrzem był Annibale Carracci, malarz wielki, prawie rówieśnik Caravaggia i jego dobry znajomy.
Z malarstwem Annibale Carracciego można spotkać się nie tylko w Rzymie, gdzie najczęściej oglądanym jego obrazem jest Wniebowzięcie, które rozdziela "Ukrzyżowanie świętego Piotra" i "Nawrócenie świętego Pawła" Caravaggia w Santa Maria del Popolo. Urodzony w 1560 roku w Bolonii, działał głównie w tym mieście. Kiedy w 1595 roku dostaje zaproszenie od kardynała Farnese, by się przenieść do Rzymu, uważa, że to "buona fortuna", łut szczęścia - sam tak określił ten życiowy zwrot w liście do Giulia Fossi. Ma 35 lat, osiągnął artystyczną dojrzałość i wyrobił sobie znakomitą markę. Będzie autorem dekoracji w Palazzo Farnese, w Camerino (komnatce), a zwłaszcza w Galerii - wielkim salonie, którego cudowne freski wciąż widać z Piazza Farnese, jeśli jego gospodarze, czyli Ambasada Francji, zechce otworzyć okna. A na nich, na sklepieniu, na plafonach, lunetach - potęgę antyku, triumf cnoty, miłości i siły, przemiany ludzi, herosów i bogów. Annibale też czuje się silny. Ma 35 lat, tyle samo, co Dante, kiedy podejmuje swą podróż. Pracy jest mnóstwo, wystarczy dla wszystkich malujących Carraccich, których jest kilku, lecz jeśli nawet współpracujący z nim brat Antonio i kuzyn Ludovico nie wytrwają, postanowił, że sam dopełni dzieła. Ukończy też kilka rozpoczętych już prac, które zabierze z sobą do Rzymu.
Wyjeżdżając z Bolonii, ma Annibale w dorobku bardzo wiele płócien. Ich stylistyka, tematy i nastrój są różnorodne, lecz większość z nich łączy element gry. Na autoportrecie, który jest dziś w mediolańskiej Pinacoteca di Brera, przedstawia siebie i trzy inne postaci odbite w lustrze. Na autoportrecie z Parmy jest lekko figlarny, gotowy stawić czoło przyszłości, w kapeluszu z pofałdowanym rondem. Na wspaniałym konterfekcie pijącego chłopca pokazuje twarz portretowanego za szkłem wzniesionego kielicha. Na portrecie, który znajdziemy w Rzymie, w Galerii Borghese, przedstawił roześmianego człowieka, którego tożsamość i płeć roztapiają się w błazenadzie. Jego śmiech może być częścią przedstawienia, lecz również zwiastunem oszustwa lub szyderstwem z kogoś, kto już został wykpiony. Lubieżna gra toczy się na obrazie z Wenus, do której zaleca się satyr i jeden z amorków, podczas gdy drugi bierze szpetnego satyra za rogi i odciąga go od bogini, wstydliwie zakrywającej sobie ciało płótnem. Kiedy dowiemy się, że do postaci damy pozował kuzyn Ludovico, poza erotyczną wesołością samego obrazu dostrzeżemy klimat pracowni Carraccich, wspólne odkrywanie sztuki, ale i wspólną zabawę. Jest już Annibale także autorem scen codziennych, jak "Rzeźnicy przy pracy" czy "Człowiek jedzący fasolę". Grę rozbrykaną do okrutnej zabawy przedstawia płótno, dziś w nowojorskim Metropolitan Museum, na którym dzieci bawią się z kotem, a raczej bawią się jego kosztem. Podsuwają do zwierzęcia raka, który szczypcami łapie je za ucho. Kot pewnie by uciekł, ale kusi go drugi raczek, który leży przed nim. Ponadto chłopiec utrudnia kotu ucieczkę, kładąc mu dłoń na grzbiecie. Religijne obrazy sprzed przeprowadzki do Rzymu, nawet tam, gdy przedstawiają sceny bolesne, skupione są raczej na mistycznej rozmowie światła i gestu, nie wyczerpują się w definicji tragizmu.
Aż nadchodzi czas realizacji zlecenia dla kardynała Farnese. Jeden z najbliższych współpracowników Annibale, Giovanni Paolo Bonconti, w liście z 2 sierpnia 1599 pisze: "Haruje całymi dniami jak koń, robi loggie, pokoje, salony, obrazy i ściany, i tysiące szkiców, szarpie się i zdycha". W zapracowaniu Annibale nie zauważa być może, bo nie zostawia o tych wydarzeniach żadnej notatki, że we wrześniu 1599, o kilkaset metrów od Pałacu Farnese, przed Zamkiem świętego Anioła głowę traci Beatrice Cenci, że w lutym 1600, o minutę powolnego spaceru, płonie Giordano Bruno.
Dzieła Carracciego, jakie w maju 1600 roku odsłaniają się w Galerii przed pierwszymi zwiedzającymi - goście weselni Ranuccia Farnese i Margherity Aldobrandini - zdumiewają. Zwłaszcza Bachus i Ariadna. Jowisz z Junoną, Polifem z Galateą. Ludzie skamieniali pod wzrokiem Meduzy. Stiuki, które stiukami nie są, tylko rzeźbiarskim efektem pędzla. Caravaggio, który włóczy się po mieście ze szpadą i rozpuszczonymi włosami, żeby szydzić z malarskich sław swojej epoki, w tym samym 1599 roku powie o Annibale: "Cieszę się, że w tych moich czasach spotykam malarza". Będzie nazywał bolońskiego artystę przyjacielem, będzie zaliczał go do ludzi "godnych". "Szarpie się i zdycha", pisze o Carraccim Bonconti, ale w tym samym liście dodaje jeszcze szczegół bytowy, który niebawem spotwornieje i dokona w duszy najzdolniejszego z rodziny Carraccich spustoszeń: "Wszystko, co ma, to dziesięć skudów na miesiąc ( ) i pokoik na poddaszu ( ), i pracuje jakby za skudów tysiąc".
I oto skryty, małomówny Annibale, sięgając szczytów, staje nad krawędzią. Kiedy kończy freski w Pałacu, kardynał Farnese chce mu powierzyć dekorację kopuły kościoła Il Gesu, ale najpierw musi uregulować rachunki za służbę - za dobrych kilka lat pracy na absolutnych szczytach ówczesnej sztuki. "Pragnął - pisze XVII-wieczny biograf - wynagrodzić go za trudy (...), ale skrzyżował się los Annibale z knowaniem kardynalskiego faworyta don Giovanniego di Castro, Hiszpana, który miał zwyczaj wtrącać się we wszystkie sprawy swojego pana. Podsumował ów dworzanin należność Carracciego za chleb, wino i wyżywienie za cały czas, który Annibale spędził w tym domu, i namówił kardynała, by ten posłał mu do pokoju na podstawku pięćset złotych skudów. Zamilkł i nic nie powiedział biedny Annibale, okazał przykrość grymasem twarzy, nie wobec pieniędzy, których wcale nie cenił, ale na myśl, że tak strwonił swoją duszę". 500 skudów za osiem lat. Dla porównania, biskupowi Sidonii za ekskomunikę Giordana Bruna wypłacono 2 skudy. Kiedy kilka lat później Guido Reni, za nieporównywalnie krótszą, bo kilkumiesięczną pracę nad freskami w San Gregorio dostaje 400 skudów, Annibale pisze do kuzyna Ludovica: "nie zazdroszczę mu losu, lecz opłakuję swój, który nazbyt żarliwie dał mi służbę u Farnese". "Wówczas - pisze inny biograf - popadł Annibale w nastrój, by nie malować więcej...".
We florenckiej Galleria degli Uffizi wisi autoportret Carracciego z czasu po tym upokorzeniu, z 1603 roku, jakże inny od tych sprzed rzymskiej przygody. Nie ma tutaj artysty we własnej postaci, jest tylko na swoim autoportrecie. Na tego, który maluje siebie, patrzą pies i kot, pod sztalugą. Patrzy na niego też własny portret. I biała dama, która stoi przed oknem. Dama, może manekin. A ten na portrecie, to czy naprawdę on sam, namalowany przed laty, czy może jego pamięć o sobie, z tym kryształowym, wycofanym za szkło blaskiem w oczach, jakie ma teraz? Autoportret z Uffizich, który Annibale Carracci namalował mając 43 lata, mógłby mieć tytuł "Melancholia". Od autoportretu w kapeluszu, który mógłby mieć tytuł "Śmiałość", a nawet "Wyzwanie", dzieli go 10 lat służby u kardynała Odoacra Farnese. Jego zasmucenie przenika też inne obrazy z ostatnich lat życia, zwłaszcza przedstawienia Maryi nad martwym Chrystusem, malowane przez Annibale w śmiertelnym utożsamieniu.
Trzy nieskończenie żałobne Piety zamykały wspaniałą wystawę Carracciego, którą można było oglądać w 2007 roku w Rzymie w Chiostro di Bramante. Na pierwszej z nich, sprowadzonej z Galerii Capodimonte w Neapolu, namalowanej być może w 1600 roku, można jeszcze odnaleźć smak patrzenia na piękno. Piękny jest Chrystus, Matka, która patrzy na martwe piękno Syna, jest aż pociemniała od bólu, ale jest przytomna. Obok są dwa aniołki. Jeden dotyka palcem cierniowej korony, współuczestnicząc w cierpieniu. Przypomina o męce, która doprowadziła do śmierci pięknego Jezusa, lecz w jego geście jest równocześnie zabawa, podobna ciekawości dziecka, które wspina się na palce, żeby zajrzeć do trumny. Drugi aniołek próbuje dźwignąć rękę Chrystusa. Jak anioł z wcześniejszego o wiek obrazu Belliniego, lub jak tytułowy niedźwiadek z późniejszego o cztery wieki filmu Annaud'a, który, kiedy umiera matka niedźwiedzica, nie rozumie śmierci, więc zachęca ją do zabawy, tak aniołek z Piety nie daje za wygraną. Bierze Chrystusa za rękę mówiąc, że już dość tej zabawy, że "zbite szklanki", że trzeba wstać i bawić się dalej. Elementem zatrważającym najbardziej, odpowiednikiem postrzępionych ran w stopach Chrystusa Mantegni, jest prawa dłoń, zwieszona przed oczami patrzących. Intensywna, jakby spłynęła do niej cała krew z ciała, doświetlona przez refleks granatowej szaty Maryi. Sina na śmierć.
Kolejna Pieta, przechowywana w Kunsthistorisches Museum w Wiedniu, namalowana pewnie w 1602 roku, tkwi głębiej w studni cierpienia. Splendor Chrystusowego ciała nie jest już tak oczywisty. Płatki jego muskułów zaczęły więdnąć. Otwarte usta nie są już ustami śpiącego Apollina, lecz powszedniego nieboszczyka. A Matka jest w bólu tak wielkim, że całą troskę aniołków ściąga na siebie.
Najsilniej przemawia wersja malowana już na samym dnie zasmucenia, być może w 1606 roku - Pieta z National Gallery w Londynie. Trzy Maryje rozpaczają, ich rozpacz jest szczera, ogromna, lecz jeszcze po świadomej stronie życia. Co innego z Matką. Martwy Chrystus (o ciele całkiem już zaniedbanym) padając powala Maryję. W jak najbardziej godnej, religijnej aurze, przychodzi mi do głowy porównanie z dominem. "Mydło" powala sąsiedni pionek. Maria jest powalona. Jest w "Stabat Mater" fragment lamentu, w którym, w przekładzie Mirona Białoszewskiego, Maryja pyta "jak mi się nie łamać?" Przyglądamy się scenie, gdzie Maryja właśnie się łamie. W środku ciała, uginając kolana, i u samej podstawy, u stóp. Łamie się przy ziemi, padając pod ciężarem Chrystusa. Ona już nawet nie wie, że jej syn umarł. Ona nie wie już nic. Raz widziałem równie bolesne złamanie Maryi, w Pinakotece w Sienie, u mniej znanego sieneńskiego malarza Paolo di Giovanni Fei (zmarłego w 1411 roku). Ale tam Matka łamie się w głąb. Murszeje, jakby coś pękło w jej wnętrzu.
Od 1603 roku, kiedy maluje autoportret na sztaludze, skłonność Annibale do popadania w smutek budzi niepokój jego przyjaciół i uczniów. Mistrz zasnuwał się melancholią także w przeszłości, ale nigdy nie była ona tak trwała. Tym razem z melancholią czy, jak wolimy, depresją, którą lekceważenie kardynała Farnese wyzwoliło w dramatycznym wymiarze, współdziała los. Kiedy wydaje się, że Carracci będzie mógł pracować przez kilka miesięcy z Caravaggiem, bo otrzymają wspólne zamówienie z Modeny, jego stan, lecz przede wszystkim kłopoty prawne Caravaggia niweczą ich plany. Z czasem Annibale przestaje otrzymywać zlecenia, bo nie jest w stanie z nich się wywiązać. Nie dostaje zaliczek, bo zamawiający uważają je za inwestycję skazaną na straty. W 1605 roku wyprowadza się z mieszkanka w Pałacu Farnese i wynajmuje pokoik na Zatybrzu. Z troską, która nawet z punktu widzenia dzisiejszych technik terapeutycznych może budzić podziw, zajmują się nim uczniowie - prawdziwa grupa wsparcia z pierwszej dekady XVII wieku. W 1608 roku przekonują go do podpisania umowy, na mocy której zobowiązują Mistrza, a także samych siebie, przychodzić do pracowni co najmniej na dwie godziny dziennie i namalować jeden obraz na pięć tygodni. W czerwcu 1609 roku Annibale odbywa nagłą, szaloną podróż do Neapolu. "Szukał tam śmierci - napisze Monsignor Agucchi, przyjaciel - i nie znalazłszy jej wrócił w fatalną porę". Zmarł 15 lipca 1609 i został pochowany w Rotundzie, jak wówczas nazywano Panteon, tuż obok Rafaela, do którego był porównywany za życia. Leży tam do dziś, czyli do czasów, gdy oto od jego śmierci minęło właśnie 400. lat.
fragmenty tego szkicu ukazały się ponad dwa lata temu w Newsweeku, w mojej recenzji ze wspomnianej wystawy, JM