Miałem sen. Śniło mi się, że mi się śniło, że kiedy chodzę po Zamku świętego Anioła, rozstępują się sklepienia i ściany i widzę same przejścia. Korytarze, schody i rampy. Nie był to sen, tylko sen o śnie, co świadczy o fantazji jednak kierowanej - chciałem, żeby mi się śniło, ale się przyśnić nie chciało, więc moje śniące ja, które zaczęło śnić, że nie może sprowadzić snu, wyobraziło sobie Zamek bez ścian i sklepień. Ja śniłem siebie nie mogącego wyśnić, i ten ja, który śnić nie umiał, zobaczył Zamek sprowadzony do samych przejść.
Proste to nie jest, ale prawdziwe, i wynika nie tak całkiem z niczego. Jeśli pamiętasz, wędrowcze, na marginesie poprzedniej pieśni mówiliśmy o Benvenuto Cellinim, który Zamku bronił, w Zamku przetapiał papieskie złoto, w Zamku był osądzony i uwięziony, który też z Zamku uciekł. Otóż sugestywne opisy, zwłaszcza ślepych więzień, wywołały we mnie pragnienie, by zobaczyć Castel Sant'Angelo raz jeszcze, w tygodniu, który poprzedza moje pisanie "Rzymskiej numer XXIII", a następuje po "Rzymskiej XXII", na gorąco. I stało się tak, że poszedłem, zobaczyłem, doznałem gorączki tego snu we śnie i pragnę ci powiedzieć, że teraz wiem już na pewno: "Więzienia" Piranesiego, sycone wyobraźnią dantejskiego "Piekła", są snem o Zamku Świętego Anioła sprowadzonego do przejść - korytarzy i schodów - z mglistą wyłącznie insynuacją, że istnieją również sklepienia i ściany.
Jeśli mnie spytasz, co takiego się stało podczas wczorajszego spaceru do Zamku, odpowiem, że zobaczyłem go od strony niezwykłej, a zawdzięczam to turystycznej atrakcji, która nazywa się "wyjątkowym otwarciem passetto i papieskich więzień, wyłącznie do 30 sierpnia". Wyobraź to sobie, albo pójdź wczesną nocą i zobacz: stajesz na moście świętego Anioła, na wprost bramy, pomiędzy aniołami Berniniego, które na barierach mostu trzymają w rękach atrybuty męki Chrystusa. Staniesz mniej więcej w połowie mostu, bo tutaj się kończy kolejka, i zadrzesz głowę - na wielkiej, śpiącej krowie Zamku, która sapie szumem Tybru, stoi anioł z mieczem. Jeśli nie widziałeś go na zbliżeniu, wyda ci się, że miastu i światu chce zadać cios, a miasto i świat, jeszcze nie ugodzeni, już wiją się od spodziewanego bólu.
Wpuszczają, idziesz na lewo, za kasą na schody i dalej, na passetto.
Nie wiesz, czym jest passetto, dopóki na nim nie staniesz. Z przewodników wyczytujesz, że jest łącznikiem pomiędzy Zamkiem a komnatami papieża, i jak wszystkie tajemnice, o których mówi się tak niekonkretnie, i tę bierzesz za nieosiągalną. Kiedy jesteś na Borgo, widzisz, że tę przywatykańską dzielnicę przecina absurdalny mur z bógwieskąd do bógwiedokąd. Przechodzi się pod tym murem, żeby z Placu przed Bazyliką przejść do Muzeów. Otóż passetto jest w ścianach tego właśnie muru. Kiedy wchodzisz na passetto od Zamku, idziesz najpierw pod gołym niebem, lecz kilkadziesiąt metrów dalej pokrywa cię sklepienie. Po dalszych kilkudziesięciu metrach musisz wejść na górę, inaczej sklepionym korytarzem doszedłbyś do papieskiej komnaty. Nie żałuj, cóż komnaty, skoro wędrówka górą jest jak spacer po molo. Zamek jest przystanią, Bazylika dalekim lądem, morzem jest miasto, stąpasz po szczycie passetto pomiędzy domami, zaglądasz do mieszkań. Jest ciemno, w jednym z okien widać kontur kota. Za innym dwoje ludzi je kolację, jedno naprzeciw drugiego. Z dołu dochodzą dźwięki "La Strady" - grupa staruszków z podwatykańskiego kółka seniora ogląda za zaimprowizowanym ekranie film. Na 500. metrze stoi bariera, strażnik mówi, że do papieża nie wolno, że i tak zaszedłeś daleko, i to tylko w ramach letniej atrakcji. Wracasz przez fale ludzkich mieszkań, kącika seniora, "La Strady", przed tobą ogromnieje Zamek. Wspinasz się na piętro, stajesz na baszcie świętego Marka. Pięciusetletnia armata skierowana jest na Bogu ducha winne Zatybrze, obok czeka piramida kamiennych kul. Idziesz wzdłuż murów, wchodzisz do Zamku, pniesz się pomostem ponad salą urn, w których, zanim mauzoleum Hadriana stało się fortecą i zamkiem, kruszały prochy cesarskiej rodziny. Trafiasz na placyk z kamiennym aniołem, który stał na szczycie zanim go strącono na rzecz tego groźnego, z brązu. Wreszcie do więzień, w których cierpiał Cellini, hrabia Cagliostro, i malarz Cavaradossi, ten z "Toski".
Musisz kilkakrotnie się schylać, bo framuga sięga do brzucha. Cele są nieduże, z dziurami na odchody. Drzwi mocne, nie do wyłamania. Na suficie świetliki z uzębionymi kratami. Za czwartą celą dwa pomieszczenia amfor. Przypominają kotły w więziennych stołówkach, ale nimi nie są. W amforach gotowano oliwę, którą oblężeni wylewali na oblegających. Jesteś wreszcie pod samym aniołem, który z bliska nie straszy, lecz rozczula. Według legendy, kiedy Grzegorz Wielki prowadził procesję w czas wielkiej zarazy, nad mauzoleum Adriana zobaczył Michała Archanioła, który na znak rozejmu choroby i ludzi wkładał miecz do pochwy. Z bliska ten pokojowy gest widać do dziś. Dostrzegł go Stendhal, który porównał Anioła do dziewczynki, która nie umie trafić ostrzem w wylot pokrowca. Omiatasz miasto wzrokiem. Widzisz samoloty i dziwisz się, że latają nad Miastem. Jak gdyby ci, którzy udzielają pozwoleń, wierzyli, że Bóg wokół miasta zakreślił święconą kredą okrąg, przez którą nie przebije się pilot szaleniec. Ślimakiem korytarza schodzisz w dół. Wychodzisz na plac pomiędzy Zamkiem a mostem. Tutaj Caravaggio oglądał ścięcie ślicznej Beatrice Cenci. Wchodzisz na most, idziesz na drugą stronę. Wcześniej odwracać się nie ma po co, kolejka się wydłużyła i zasłania widok. Korytarze, schody, więzienia, place na basztach, windy tajemne, zawieszone w powietrzu, wszystko bez sklepień i ścian. Teraz wiesz dlaczego - roztapiają je iluminacje. Kiedy zaśniesz i przejścia powrócą w twoim śnie śniącego, że śnisz, nie będzie to wszystko już tak całkiem jasne. Będzie jak w "Więzieniach" u Piranesiego, jak u Celliniego, jak w "Boskiej". Jeśli wszedłeś na szczyt i wpatrzyłeś się w dziewczynkę jak anioł, której ręka omdlewa nad mieczem, przerazisz się trochę mniej.
Wczoraj z Zamku wyszli zakonnicy. Ośmiu. Szli w moją stronę, kiedy patrzyłem tak jak ty teraz. Nie chodziły mi po głowie słowa z pieśni XXIII "Piekła", które tak oddaje Porębowicz:
Tuśmy znaleźli naród farbowany;
Płacząc, powolnie wlókł się wokół góry,
Zdał się znużony bardzo i znękany.
Odzian był w płaszcze i niskie kaptury
Na oczy, krojem i miarą takowe,
Jak w Kolnie noszą zakonników chóry.
Złocony kaptur krył grzesznikom głowę,
Wewnątrz tak grubo ołowiem podbity,
Że słomką przy nim hełmy Fryderykowe.
O wiekuistych udręczeń habity!...
Kołatały mi się w myślach dwie inskrypcje z Zamku, różne jak ziemia i niebo. "Festina lente", spiesz się powoli - motto papieża z rodziny Farnese. I wiersz cesarza Hadriana ze ściany w sali urn: