http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska Komedia. Piekło, Pieśń XXI

Jarosław Mikołajewski
2009-07-31, ostatnia aktualizacja 2009-07-31 17:15

Uważaj, uważaj!

RZYM: rzeka Tyber
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
RZYM: rzeka Tyber
RAPORTY
Choć Pieśń XXI "Boskiej Komedii" mówi o oszustach, prawdziwym jej bohaterem są diabły. Bardziej niż na ludzi, którzy toną w smole, Dante zwraca uwagę na tych, którzy do smoły wrzucają, i jest w tej perspektywie zwycięstwo strachu nad litością, do jakiego dochodzi przelotnie we wnętrzu wędrowca niedojrzałego jeszcze do trwałej przemiany. I niebezpieczeństwo musi istnieć naprawdę, skoro Wergiliusz, który zazwyczaj dodaje podopiecznemu odwagi, tym razem zachęca go do ostrożności:

Gdy ja patrzyłem nieruchomo w dół,

mój przewodnik, mówiąc "Uważaj, uważaj!",

przyciągnął mnie do siebie z miejsca, w którym stałem.

Wówczas odwróciłem się jak człowiek, który się spieszy

zobaczyć to, od czego trzeba mu uciec,

któremu strach odbiera odwagę,

który, choć patrzy, nie opóźnia ucieczki:

i zobaczyłem za nami czarnego diabła,

który zbliżał się biegnąc po moście.

Ach, jak strasznie wyglądał!

I jak okrutny wydał mi się w ruchach,

z rozpostartymi skrzydłami i o lekkich stopach!...




Takich jak ten, wielu jest w miejscu, w którym znalazł się Dante, każdy jest odrębny, lecz każdy wpisuje się również w piekielną grupę, bezkształtną bandę utworzoną z wyrazistych bandytów. Dla wrzuconych do smoły oszustów diabły są jak psy, które rzucają się na żebraka w chwili, kiedy przystanął na chwilę, by prosić o jałmużnę, jak pomocnicy kucharza, którzy widelcami zatapiają w sosie wypływające co i raz mięso. Robią miny, grożą, na znak czegoś tam pokazują sobie zaciśnięte w zębach języki, a kiedy ich herszt Malacoda (Porębowicz tłumaczy jego imię jako "Zły Chwost") uznaje w końcu, że wobec marszu podjętego z woli samego Boga musi skapitulować, bo jego zadaniem jest zapewnić wędrowcom ochronę, wyznacza dziesięciodemoniczną obstawę, i na znak odmarszu "avea del cul fatto trombetta", czyli "z dupy robi trąbkę". Jest to ostatni wers pieśni XXI, który pozostawia nas z mocnym obrazem obrzydliwości zła i jego fizjologicznej formy, odbierającej powagę ich pozornej mocy, która w istocie jest mocą oprawców na usługach wyższej sprawiedliwości.

Diabły brzydkie są, groźne, wulgarne, bezlitosne. Nie znam rzymskich diabłów, ale znam rzymianina, który widział diabła. Opowiedział mi papieski fotograf Arturo Mari, syn robotnika z Fabryki świętego Piotra, wychowany na placu przed Bazyliką jak na przydomowym podwórku, jak "podczas jednej z audiencji ogólnych przyprowadzono dość szczególną dziewczynę. W pewnej chwili zaczęła krzyczeć. Jej głos był nieludzki, brzmiał jak głos zwierzęcia, a raczej jak gdyby pochodził z zaświatów. Wyrzucała z siebie słowa wulgarne, przepełnione złością i nienawiścią, obraźliwe. (...) Arcybiskup Danzi podszedł do niej i starał się do niej przemówić, lecz bez żadnego skutku. Dziewczyna zachowywała się coraz gwałtowniej, wykrzykiwała coraz gorsze przekleństwa. Po audiencji Ojciec Święty zaczął żegnać się z gośćmi, następnie wsiadł do samochodu i odjechał w kierunku swojej siedziby. Na wysokości Arco delle Campane, bramy przy Bazylice, znajdowała się ta dziewczyna. Miała 20-22 lata, była wątła, lecz nie mogło dać jej rady sześciu funkcjonariuszy służb porządkowych,silnych chłopaków. Miała niepojętą, nieludzką siłę. Kiedy powiedziano Papieżowi (Janowi Pawłowi II, przyp. JM), co się dzieje, kazał zatrzymać samochód, wysiadł, podszedł do niej i wtedy nastąpiła szokująca scena. Dziewczyna zaczęła krzyczeć "Idź sobie, pokrzywiony, przeklęty staruchu!". Wypluwała z siebie ciemnozieloną, prawie brunatną ślinę. Strażnicy, którzy próbowali ją przytrzymać, byli zlani potem. Dziewczyna wyrywała się im, wyglądała nieludzko. Jej siły również były nieludzkie. Ojciec Święty podszedł do niej, zrobił znak krzyża i zaczął modlić się po łacinie. (...) W pewnej chwili, podczas gdy Papież wciąż się modlił, głos dziewczyny zaczął cichnąć, wreszcie zabrzmiał prawie jak skarga, lament: "Przecież wiesz, że wobec Ciebie ja nic nie mogę, jesteś zbyt mocny..." "Byłem świadkiem trzech takich wydarzeń - dodaje Mari - i miały one podobny przebieg. Za każdym razem słychać było ten złowrogi ton, nieludzki krzyk, za każdym razem pojawiała się piana na ustach..." (wspomnienie to znalazło się później w książce Arturo Mari - "Do zobaczenia w Raju").

Diabły bezsilne, kapitulujące po długim wierzganiu, uznające swą niemoc przed żywymi znakami świętości, opuszczające opętane ciała i miasta (jak te, które na fresku Giotta w Asyżu uciekają w popłochu z Arezzo), często występują w sztuce. Diabły przy swej wulgarnej robocie, oprawiające potępionych, sportretowane indywidualnie i grupowo, znajdziemy choćby na omawianej już scenie Sądu Ostatecznego Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej. Diabłami, takimi, jakie zobaczył je Dante, są postaci Piranesiego, ustawiane przez wielkiego rytnika u podnóża rzymskich ruin niby to dla pokazania proporcji. Na jego sztychach określone są tylko zwaliska, lecz sylwetki nie wiadomo, jaki mają kształt. One dopiero się stają, podnoszą się lub osuwają, zagęszczają się z cienia, albo w cień swój murszeją. Są żebrakami, turystami, przewodnikami, lecz w każdej chwili mogą stać się czym innym, na miarę tego, kto do nich podejdzie. Istotę diabła, jak ja sam ją pojmuję, najlepiej wyraża znów Caravaggio, w obrazie malowanym w Rzymie, lecz teraz obecnym w Berlinie. Młodociany anioł, wysłannik miłości niebieskiej, jest równocześnie Kupidynem, aniołem miłości ziemskiej. Ma skrzydła, lecz są one czarne. Jest dzieckiem, ale przyrodzenie ma męskie. Trzyma strzałę, u jego stóp leżą rozbite instrumenty, odrzucona zbroja. Miłość wszystko niszczy, wszystko stawia na głowie, jak anioł i demon zespolone w postaci dziecka.

W Rzymie diabła widywano w świniach, psach, wężach, choć zwierzęta te miały również przeciwne znaczenia. Niejednoznacznie demoniczny okazuje się nawet smok. Mówiąc o diabelskich pokrewieństwach kota, obdarowanego przez Złego siedmiokrotnym życiem, Massimiliano Liverotti mówi w "Wielkiej księdze tajemnic Rzymu" o Franciscu Trovar da Valladolid, kapłanie, który stracił życie, bo kot ugryzł go w palec. Na jego grobie w Santa Maria del Popolo ma znajdować się ostrzeżenie przed kotami, lecz wbrew informacji Liverottiego ani grobu, ani inskrypcji w kościele tym nie znalazłem.

Dantejska scena z diabłami, ich pojedynczością i grupowością, zagrożeniem z ich strony, lecz również dennością, przypomina mi dwie sytuacje, które sam przeżyłem w Rzymie. Pierwsze wspomnienie pochodzi z 1978 roku, kiedy jako osiemnastolatek spałem na ławce na dworcu, byle by tylko zobaczyć to Wieczne Miasto, a co chwilę ktoś podchodził i czegoś ode mnie chciał, ktoś mnie ciągnął za nos, ktoś szturchał, a ja modliłem się tylko o to, żeby jak najszybciej nad Termini wzeszło słońce. Drugie to powrót do hotelu przy placu della Repubblica, blisko dworca. Szliśmy z dopiero co poślubioną Magdą, mieliśmy wyjechać nazajutrz, nasze paszporty, bilety lotnicze i resztkę pieniędzy trzymałem w kieszeni koszuli, na piersi. Nagle spoza fontanny wyszedł dzieciak, anioł Caravaggia. Potem drugi. Trzeci. Cała banda czarnoskrzydłych aniołów Caravaggia, dzieci o kilkudziesięcioletnich twarzach. Żebrały, jęczały, a ja wtedy jeszcze wstydziłem się odmawiać pomocy, więc zacząłem przeszukiwać kieszenie. Dzieciaki domagały się jałmużny, ale dziwną dla mnie metodą, podsuwając pod same oczy na rozpostartych dłoniach kartoniki i gazety, odcinając mój wzrok od tułowia. Dotykały nas wszędzie, zagradzały drogę, i nagle odeszły, a wtedy zobaczyłem, że w mojej kieszeni nie ma ani paszportów, ani biletów, ani pieniędzy. Wtedy z piskiem opon zahamował samochód, wysiadł z niego dziarski człowiek o wyglądzie i stanowczości komisarza Cattaniego. "Jestem policjantem, okradli was? - spytał. - Co mieliście? Pieniądze, bilety, paszporty?" Podszedł do bandy, która wcale przed nim nie uciekała. "Dawajcie!", krzyknął i wziął za ucho jednego z pociemniałych aniołów. Po chwili wrócił z biletami i paszportami, bez pieniędzy. "Niestety, pieniędzy nie odzyskacie - powiedział. - Przekazali już innym". Mieliśmy go za wybawiciela, za archanioła z włócznią, do chwili, kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy o innym identycznym przypadku - grupa dzieci, dotykanie, gazety podetknięte pod nos, zagradzanie drogi, kradzież, i nagła interwencja. Po którejś tam opowieści o identycznej sekwencji zdarzeń, dziś wiem, że udawany policjant, Zły Chwost, był po to, żeby oddzielić, co potrzebne złodziejom, od tego, co niezbędne dla nas, wywołać naszą ulgę i skłonić, byśmy nie szukali już pomocy prawdziwej policji. Zdarzyło się to dwadzieścia lat temu, zdarza się do dziś. "Guarda, guarda!" Uważaj, uważaj!

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':