Mamy za sobą tych, którzy gwałcili innych, wchodzimy pomiędzy tych, którzy zwrócili się przeciw samym sobie. Samobójców jest w Piekle tylu, że tworzą las, który (jak tłumaczy Agnieszka Kuciak)
... żadną ścieżką nie był oznaczony.
Liść nie zieleni tam się, ale czerni;
konar nie gładki jest tam, lecz sękaty,
zamiast owoców moc zatrutych cierni
Kiedy Wergiliusz radzi Dantemu, żeby zerwał gałązkę, Dante, niemądry jeszcze na początku wędrówki, nie dość bystry w przewidywaniu nawet własnego współczucia, ulega prowokacji. Drzewo z oberwaną gałęzką skarży się "Czemu mnie łamiesz", z kory ścieka brudna krew.
To jedno z najtrudniejszych ćwiczeń domyślności - dociekać, co zatruło krew samobójców. Lecz Dante nie musi się domyślać - Pier della Vigna, który jest skaleczonym drzewem, sam tłumaczy swój gest. Urzędnik Fryderyka II na dworze sycylijskim, poeta, przyjaciel cesarza, wzbudził zawiść innych dworzan, a ich pomówienia ściągnęły na niego podejrzliwość władcy. Tak oto (wciąż w świetnym przekładzie Kuciak) streszcza Dantemu błogość cesarskiej łaski, interwencję zawiści i jej następstwa:
Jam ten, co miał do serca Fryderyka
obydwa klucze, które w nim kręciły,
ten, co otwiera, i ten, co zamyka,
tak słodko, że jam tylko był mu miły:
a tak mu byłem wierny w mym urzędzie,
że dlań straciłem wszystkie moje siły.
Lecz owa dziwka, co na złotej grzędzie
swoje złe oko kładzie każdej doby,
co zawsze wadą, śmiercią dworów będzie,
porwała przeciw mnie wszystkie osoby:
co nastroiły go tak nieżyczliwie,
że dni zaszczytów zmienił w dni żałoby.
Ofiarą zawiści padł również, prawie cztery wieki później, Francesco Borromini, najsubtelniejszy i najbardziej tajemniczy architekt Rzymu, lecz bezpośrednią przyczyną jego gestu nie była, jak u Piera della Vigna, ucieczka od hańby. Raczej piętrząca się przez lata gorycz, nagromadzenie poczucia krzywdy.
Urodzony w Bissone, w kantonie Ticino, w 1599 roku, jako Francesco Castelli, przyjął nazwisko Borromini na początku kariery, być może ku czci świętego Karola Boromeusza. Po kilku latach pomocniczych robót w katedrze w Mediolanie, w 1619 roku przywędrował do Rzymu. Tu trafił pod opiekę krewnego, któremu pomagał w pracach kamieniarskich w "fabbrica di San Pietro", czyli przedsiębiorstwie, które do dziś prowadzi artystyczną i budowlaną obsługę Bazyliki świętego Piotra (warto wiedzie, że coś takiego istnieje - kiedy Arturo Mari, słynny fotograf papieży, mówił o ojcu, że był robotnikiem fabryki św. Piotra, przez lata myślałem, że to metafora watykańskiej służby). Po śmierci krewnego (który w bazylice spadł z rusztowania), Franceskiem zajął się spowinowacony z nim wielki Carlo Maderno. Dawniej prosty kamieniarz, z czasem wybitny architekt, Maderno pracuje właśnie nad kościołem Sant' Andrea della Valle (tym, w którym rozgrywał się będzie pierwszy akt "Toski") i w fabryce świętego Piotra. Młody Francesco za szczególny honor poczytuje sobie wykonanie piedestału dla "Piety" Michała Anioła. Skryty, małomówny, tworzy anonimowo prace nieosiągalne dla architektów, którzy bez skrupułów firmują dzieła czeladnika. Pokornie przyjmuje skromniutkie zapłaty i obserwuje eksplozję sławy o rok starszego od siebie neapolitańczyka
Gian Lorenzo Berniniego.
W 1623 roku papieżem zostaje Maffeo Barberini, który jako Urban VIII wpisuje się w ścisły krąg największych mecenasów, jacy kiedykolwiek przysłużyli się sztuce. Trzy pszczoły, herb rodu Barberinich, do dziś należą w Rzymie do najczęściej spotykanych znaków firmowych - są na fontannach, fasadach, nadprożach. Plan artystycznego rozwoju miasta Urban VIII realizuje bez wielkich skrupułów. Kiedy zleca wzniesienie w Bazylice konfesji, wielkiego baldachimu nad grobem św. Piotra, każe go odlać z konstrukcyjnych brązów Panteonu.
Quod non fecerunt Barbari, fecerunt Barberini / Czego nie zrobili Barbarzyńcy, zrobili to Barberini - szydzą rzymianie. Baldachim realizuje Bernini, który podbija papieża nie tylko geniuszem, lecz również urokiem, elokwencją i dwornością. Bernini otrzymuje mnóstwo zamówień i szybko dostrzega Borrominiego, którego skromność i niezwykłą manierę ma szansę podglądać podczas prac w Pałacu Barberinich. Od kiedy w 1629 roku umiera Maderno, kariera Franceska na kilka lat zawisa na jego łasce, przy czym Bernini dzieli się z Borrominim chętniej pracą niż pieniędzmi. Dla porównania - kiedy Bernini bierze 250 skudów miesięcznie, Borromini dostaje ich 25. Co gorsza, z czasem wielki neapolitaczyk staje się zazdrosny o kolegę z Ticino. Najpierw odsuwa rówieśnika od prac w pałacu, potem od Bazyliki świętego Piotra. Chyba wtedy, w 1632 roku, rozchodzą się drogi wielkich artystów, których łączył geniusz, ale dzieliło wszystko inne: pochodzenie, charakter, temperament. Biograf Borrominiego Baldinucci zapisuje słowa artysty, które zamykają rozdział ich współpracy i szansy na przyjaźń: "Nie jest mi przykro, że dostał pieniądze, lecz że zbiera zaszczyty za moją pracę ".
Odsunięcie od wielkich projektów wywołuje gorycz Borrominiego, lecz również otwiera czas pracy na własny rachunek: kościółek San Carlo, Oratorium i klasztor świętego Filipa, Sant'Ivo alla Sapienza, pałac Propaganda Fide, kopuła Sant'Andrea delle Fratte, Palazzo Spada, sant 'Agnese in Agone. Francesco wciąż jest źle opłacany, wciąż spotyka na swojej drodze bardziej docenianego Berniniego, po którym przejmuje niektóre zlecenia. Propaganda Fide, Piazza Navona, Palazzo Barberini - nie brak miejsc, w których dzieła rywali rozmawiają ze sobą, kłócą się, napinają ścięgna przestrzeni.
Z biegiem lat Francesco, od zawsze skłonny do depresji, popadał w coraz większe osamotnienie, aż w 1667 roku na dobre zaniepokoił przyjaciół i współpracowników. Lione Pascoli pisze: "22 lipca Borominiego znów zaatakowała z wielką siłą hipochondria, która w kilka dni tak go wyniszczyła, że nikt w nim nie rozpoznawał Borrominiego, taki był wyniszczony na ciele i przerażający na twarzy. Wykrzywiał na tysiąc potwornych sposobów usta, wybałuszał co jakiś czas przeraźliwie oczy". O Annibale Carracciego, malarza, który umierał na melancholię w 1610 roku, troszczono się przymuszając do pracy. Troska o Borrominiego polegała na ograniczaniu mu aktywności. Aż przyszła noc, kiedy opiekujący się nim uczeń, Francesco Massini, pomimo próśb nie zapalił mu świecy.
... zacząłem rozmyślać - pisze sam Borromini - czy i jak mogę jakoś wyrządzić sobie krzywdę (...). Przypomniawszy sobie, że mam w pokoju szpadę, u szczytu łóżka, zawieszoną przy tych błogosławionych świecach, pod wpływem zniecierpliwienia tym, że nie mam światła, w rozpaczy wziąłem tę szpadę, wyciągnąłem z pochwy, umocowałem jej rękojeść na łóżku, a ostrze przytknąłem do własnego boku, i potem rzuciłem się na tę szpadę, która pod siłą, jakiej użyłem, żeby weszła w moje ciało, przeszyła mnie z jednej strony na drugą, a rzuciwszy się na szpadę upadłem z nią na ceglaną podłogę i tak się skrzywdziwszy zacząłem krzyczeć, i wówczas nadbiegł Francesco i otworzył okno, a widać już było światło, i znalazł mnie leżącego na tych cegłach, i przez niego oraz innych, których przywołał, została wyjęta szpada z mojego boku, i zostałem położony do łóżka.
Relację Piera della Vigna znamy, bo spisał ją Dante. Relację Borrominiego z samobójczego zamachu znamy, bo otrzymał w darze cały dzień umierania, żeby ją spisać, wyspowiadać się, wyrazić skruchę. Sam również wybrał miejsce pochówku - w odwróconym od Tybru kościele San Giovanni dei Fiorentini, obok ukochanego Maderny, w pobliżu via Giulia i vicolo degli Orbitelli 35, gdzie mieszkał, prosił o światło i zakończył życie.
Projekty Borrominiego układają się w Rzymie w szlak intymny i rozpoznawalny, który staje się częścią życia tego, kto spotyka je na swojej drodze. Są tak rozpoznawalne, tak własne, że kontakt z nimi daje poczucie spotkania z osobą. Serce ożywia mi się, kiedy jadę Corso Vittorio Emanuele w stronę Watykanu na myśl, że będę mijał poruszoną, płynną fasadę oratorium świętego Filipa. Lubię pić kawę na placu sant'Eustachio nie tylko dlatego, że jest najlepsza w Rzymie, lecz również dlatego, że sprzed baru mogę patrzeć na uciekającą w niebo kopułę Sant'Ivo. Lecz źródłem największej radości jest spacer do kościółka San Carlo ojców trynitarzy, nazywanego pieszczotliwie San Carlino, na via del Quirinale.
Nie będę wdawał się w porównania z pobliskim kościółkiem Sant'Andrea, projektu Berniniego, którego też wielbię, ale za inne rzeczy. W maleńkim San Carlino nie ma miejsca na porównania, za to jest mnóstwo miejsca na tajemnicę. Czytanie sekretów Borrominiego zaczyna się od fasady, ułożonej z wypukłości i nisz, jak zatrzymana w kadrze rozhuśtana woda, a także od sznura gwiazd umieszczonych nad wnętrzem. O znaczeniach wolnomularskich znaków, jakie pozostawił w kościółku, jak zachodzące na siebie koła, zamykające we wspólnej przestrzeni symbole słońca i krzyża, można przeczytać z pożytkiem choćby w książeczce Lerosa Pittoniego, którą zakonnik sprzedaje w zakrystii za 1 euro. Ale najpiękniej jest wyzbyć się wiedzy i patrzeć ufnie na przestrzeń kopuły, wypełnioną sześcio- i ośmiokątami, kołami i krzyżami, które pismem pobranym z języka jakiejś wyższej harmonii prowadzą do wieńczącego ją światła. Dobrze jest uspokoić serce obserwując biel kościoła, co daje poczucie przebywania w samym środku perły. Dobrze, jeśli ktoś wierzy, jest pogodzić się z Bogiem i bliźnim, spowiadając się w jednym z zaprojektowanych przez Borrominiego konfesjonałów. Dobrze jest pogodzić się z życiem w ośmiobocznym chiostro ze studnią, otwartym na niebo, i pogodzić się ze śmiercią w krypcie, którą Borromini zaprojektował również dla siebie. Pytam zakonnika, dlaczego wybrał grób w kościele San Giovanni dei Fiorentini. "Bo tam jest blisko Maderny. Bo był z Ticino, ze wsi, lubił wodę, naturę, a San Giovanni stoi nad Tybrem", mówi. I dodaje sam z siebie, że to wielkie szczęście, że podczas trzęsienia ziemi, które w kwietniu zburzyło miasto Aquila i było mocno odczuwalne w Rzymie, nie pospadały palmy. Rzeczywiście, dopiero wtedy uświadamiam sobie, że na obwodzie kopuły Borromini poustawiał palmowe liście, i myślę, że jest San Carlino jak jakiś krótki, arcydzielny wiersz, który można objąć wzrokiem, nawet krótkim spojrzeniem, i w którym zawsze pozostaje jakieś nie dość doczytane, lub całkiem niedostrzeżone słowo.