Pieśń XII wprowadza do najniższej części Piekła, ale nie chcę wyprowadzać naszej wędrówki od tych, których spotykamy na pierwszej obręczy siódmego kręgu - gwałtowników i gwałcicieli, tyranów życia prywatnego i tyranów stanu, którzy taplają się w kipiącej krwi. Wolę od pejzażu, który otwiera się na samym początku pieśni, a który przypomina mi urwisko Monti Parioli. Tak to brzmi w przekładzie Porębowicza:
Grań, którą schodzić mieliśmy po stoku,
Tak była dzika, przy tym pełna wstrętu,
Że pierzchał ludzki zmysł od jej widoku.
Jak w usypisku, co z tej strony Trentu
Spełzło w Adygę, czy własnym ogromem,
Czyli od wstrząśnień podziemnych tętentu,
Od stóp do szczytu rozdartym wyłomem,
Tak się bok góry zrobił niedostępny,
Że cud był, ścieżka po urwisku stromem...
Pisze Dante o miejscu górzystym, "alpejskim", i, jak często mu się to zdarza, pozostawia nas z problemem, który sami musimy rozstrzygnąć. Upraszczając, wers, który Porębowicz oddaje jako "cud był, ścieżka po urwisku stromem", w równym stopniu może oznaczać to, że dla kogoś, kto stoi na górze, ścieżki na dół nie ma, jak i to, że nadzwyczajnym zrządzeniem łaski, przez fakt, iż wysoka i niedostępna skarpa się zarwała, taka ścieżka jednak powstała. Takie właśnie, w równym stopniu istniejące, co nie istniejące, są ścieżki pomiędzy Parioli a ich podnóżem, który rysuje półpierścień od kościoła świętego Eugeniusza, wzdłuż viale Tiziano, via Flaminia i via San Valentino.
Za mało docenia się to zjawisko, w Rzymie tak drastyczne tylko w tym miejscu - skałę wyrastającą w pełni miasta zupełnie nago, wprost z ulicy. Wyjdź, wędrowcze, poza mury cesarza Aureliana, bramą Porta del Popolo, oddzielającą Piazza del Popolo od Piazza Flaminio, przejdź kilometr, mijając po prawej stronie Museo Explora, czyli ośrodek inteligentnych gier i zabaw dla dzieci, a po lewej Ministerstwo Marynarki Wojennej, stań na Piazza delle Belle Arti, spójrz w prawo, zadrzyj głowę, a zobaczysz, jak zabudowana równina, która prowadzi od Tybru, podrywa się nagle do nieba. Taką nagłość szczytów, nie poprzedzoną przedgórzem, widzi się tylko dojeżdżając od południa do Alp. Jeśli staniesz tu w maju, skała na szczycie będzie tonęła w soczystej i różnorodnej roślinności, lecz na dole wciąż będzie naga. Rok temu ze skały na jezdnię osunęła się ziemia, postawiono bariery, więc od viale Tiziano do niej nie dojdziesz. Żeby jej dotknąć, wejdź w viale Buozzi i zatrzymaj się przy stacji benzynowej ERG. Naturalną ścianą stacji jest goły tuf, jaśniejszy niż ten w Orvieto, o którym pisał Herbert, że jest miodowy. Tuf, który tworzy Monti Parioli, ma kolor plaży.
Monti Parioli (nazwa występuje w liczbie mnogiej, ponieważ obejmuje grupę wzniesień, a oznacza tyle, co "gruszowe wzgórza"), jest dzisiaj dzielnicą niemal centralną. Sąsiaduje z Villa Borghese, oddzielona od niej wąwozem, w którym stoją Villa Poniatowski (będziemy o niej pisać) i Villa Giulia (w której jest muzeum etruskie). Kiedy Garibaldi z Cavourem jednoczyli Włochy, na Monti Parioli pasły się jeszcze owce. W drugiej dekadzie XX wieku zostały uznane za najbardziej atrakcyjny z rozwojowych obszarów Rzymu, szybko stały się ulubioną siedzibą bogatej burżuazji, a za faszyzmu również snobistycznych hierarchów, w tym ministra Galeazza Ciano i Eddy Mussolini (zięcia i córki "Duce") oraz marszałka Pietra Badoglio. Sława Monti Parioli jako terenów dla bogatych snobów trwa do dziś, choć i ten stereotyp pokrywa prawdę ciekawszą, bardziej złożoną i przybliżającą nas do dantejskiego pejzażu kipiącej krwi, w której taplają się gwałtownicy.
Nie wiem, czy poleciłbym ci, wędrowcze, Monti Parioli jako metę krótkiej, na przykład dwugodzinnej wycieczki. Nie myślę tu o leżących w tej dzielnicy Villa Ada czy o Villa Glori, bo ogrody mają swoją gościnność dla każdego. Mówię o domach, alejkach, zwłaszcza tych, które stoją na widocznej z via Flamninia skale, i do których najłatwiej ci dotrzeć od Piazza delle Belle Arti czy od Villa Borghese. Jeśli zapuścisz się w głąb wzgórz gruszowych, i wejdziesz w najbardziej znaną viale dei Monti Parioli, zobaczysz eleganckie kawiarnie, butiki, banki, a za ich witrynami potężne, bogate kamienice. Lecz jeśli chcesz posmakować tajemnicy tych wzgórz, poświęć na to dwa dni chodzenia, zaglądania, przysiadywania w nielicznych barach, podsłuchiwania. Wejdź od viale Buozzi w via (nie viale!) dei Monti Parioli, zajrzyj do małego parku Villa Balestra, z którego rozciąga się rozległy widok na Monte Mario i na kopułę świętego Piotra, a potem zacznij przyglądać się domom. Dziwne łacińskie nazwy szczelnie zamkniętych pałaców, podobnie ubrane i podobne do siebie nawzajem dziewczęta, znikające za ich bramami, kamienice z ogrodami, w których prowadzi się wspólną kuchnię dla jej lokatorów, połączonych wspólnotą reguł, zgromadzeń czy stowarzyszeń. Ponadto ambasady, konsulaty, rezydencje. Dwa bary na krzyż, jakaś pralnia, warzywniak. Ulice, które myślisz, że sprowadzą cię w dół, w stronę Tybru, tymczasem urywają się (jak via Sebastiano Conca) w jakimś obiecującym miejscu, stając się porośniętym rumowiskiem. Senni dozorcy ze szlauchami sączącymi wodę do wielkich donic, kierowcy ambasadorów szorujący w kółko lusterka, faceci Bóg wie skąd, Bóg wie jakich służb i upodobań, przesiadujący godzinami w samochodach. "Co się tam mieści?", pytam jednego z dozorców o dom, do którego schodzą się podobne do siebie dziewczęta i panie. "Podobno Opus Dei, ale kto to może wiedzieć na pewno "
Pariolini - to określenie mieszkańców Parioli nie przynosi im chluby. Od lat 50. oznaczało tyle, co szpanerzy, próżne dzieci bogatych tatusiów. Znaczenie to nabrało krwawych rumieńców od 1975 roku, kiedy trzech młodych mieszkańców Parioli, łączących w sobie szpanerstwo z faszystowskimi sympatiami, zaprosiło do willi na cyplu Circeo, na południe od Rzymu, dwie dziewczyny, po czym skatowali je i wielokrotnie zgwałcili. Myśleli, że udało im się zabić obie, lecz kiedy 1 października pozostawili je w bagażniku fiata 127, rzecz jasna na wzgórzach gruszowych, i poszli sobie na kolację, okazało się, że jedna przeżyła, zaczęła z bagażnika wzywać pomocy. Została uratowana, a sprawa wyszła na jaw. Pasolini, który został zamordowany miesiąc później, poświęcił jej szkic, w którym zdążył opisać społeczny i psychiczny obraz morderców, nadając określeniu pariolini nowy rys.
Dzisiaj ta nazwa już się nie tapla we krwi. Pariolini oznacza młodych ludzi z Parioli, którzy godzą się podtrzymywać przypisywany im styl "pięknych, bogatych, aroganckich, znudzonych". Jeśli chcesz ich koniecznie zobaczyć, pójdź wieczorem na viale (nie na via!) dei Monti Parioli, albo na Piazza Euclide, ale przekonasz się pewnie, że nie zaproszą cię do swojego towarzystwa. Zresztą może wcale byś tego nie chciał. Polecę ci więc co innego. Kiedy będziesz jechał wzdłuż via Flaminia i na piazza Ankara skręcisz w ulicę o swojsko brzmiącej nazwie viale Maresciallo Pilsudski, zamiast jechać przed siebie 800 metrów, żeby skręcić w viale Parioli, skręć w pierwszą uliczkę w prawo, w San Valentino. Zobaczysz tam porośnięte zbocze wzgórza, z którego przy dużym deszczu ziemia osypuje się na ulicę. A pomiędzy urwiskiem i jezdnią zobaczysz ogródek, coś w rodzaju śródziemnomorskiej działki pracowniczej - karłowate palmy, zwichrowane papirusy, nasturcje. I jeśli masz cierpliwość, spotkasz też ogrodnika - zgarbionego staruszka, który na tym bezpańskim terenie, przy pomocy wynajętych za własne pieniądze ogrodników, kultywuje swój własny park. Ktoś mu go czasem podepcze, ktoś wyrwie belkę z ogrodzenia. Czasami z wierzchołka na kwiaty osunie się ziemia, ale on wraca, podpiera się laską, przerzuca palcami grudki ziemi, wydaje dyspozycje i patrzy, czy wszystko znowu rośnie jak rosło.