Kto pomagał Hitlerowi mordować Żydów
Marek Beylin
Publikujemy w "Świątecznej" głośny tekst "Niemieccy zbrodniarze i ich pomocnicy. Ciemny kontynent" z niemieckiego tygodnika "Der Spiegel". Publikację tę ostro skrytykowali Jarosław Kaczyński oraz Jan Żaryn i Antoni Dudek z IPN.
Oburzeniem zapałały także "Rzeczpospolita" i "Dziennik". Zarzuty są jednomyślne: teza "Spiegla", że bez pomocników w okupowanych europejskich społeczeństwach Niemcy zamordowaliby mniej Żydów, oraz pytanie, czy Holocaust miał również europejski charakter - to relatywizacja niemieckiej winy. Żadna z gazet atakujących "Spiegla" nie uznała za stosowne przedrukować tekstu, który uważały za tak gorszący i ważny. Wypełniamy tę lukę, żeby każdy mógł sobie wyrobić opinię na bardziej wiarygodnej podstawie niż serwowany nam festiwal potępień.
Wśród pomocników Hitlera "Spiegel" wymienia: Ukraińców, Litwinów, Holendrów, Rumunów, Francuzów, Włochów. Polscy szmalcownicy i sprawcy pogromów są pobocznymi bohaterami tekstu. Skąd więc to zbiorowe tupanie polskich polemistów? Jakby przespali 20 lat i nie słyszeli o Jedwabnem ani o Polakach, którzy Żydów wydawali. Ale to nie jest sen ignorantów, to strach ludzi zaczadzonych przed rozrachunkiem i debatą. Polska ma być tylko ofiarą, Niemcy muszą być jedynymi zbrodniarzami - w tym kamiennym obrazie przeszłości kryje się wizja współczesnej polityki i Europy. Jaka? W odwiecznym konflikcie z Niemcami Polacy zawsze mają rację i mogą sobie pozwolić na dowolne żądania. A Europa powinna dojrzeć do tego, by Polsce w tym kibicować.
W tym myśleniu najbardziej groźna i przerażająca jest sugestia - zgoda, wprost niewypowiadana - że od wojny w stosunkach z Niemcami więcej jest ciągłości niż nowego. Więcej wojny niż pokoju. Szczęśliwie to są głosy nieliczne, pochodzące ze zrujnowanej już piaskownicy.
Był już raz tutaj, w kraju sprawców. I tutaj przeżył załamanie się tego kraju. Wtedy liczył 25 lat, na imię miał Iwan, jeszcze nie John.
Iwan Demianiuk na krótko przed końcem wojny służył jako wartownik w KZ Flossenburg, odkomenderowany z obozu zagłady w Sobiborze w dzisiejszej Polsce, jednego z mrocznych miejsc historii. Był Ukraińcem, należał do oddziału "Trawniki", jak nazywano tych 5 tys. ludzi, którzy pomagali reżimowi hitlerowskiemu w zarządzonej przez państwo zbrodni tysiąclecia - wyniszczeniu wszystkich Żydów Europy, "ostatecznym rozwiązaniu".
Był przy tym, choć tylko całkiem na dole.
Przez siedem lat przebywał w nowych Niemczech, zanim w 1952 r. na pokładzie statku "General Haan" wyruszył z żoną i córką z Bremerhaven do
USA, gdzie przybrał imię John. Pozostawił za sobą okres, gdy był jednym z rozproszonych po Europie ludzi - rzekomo oderwany od ojczyzny, potrzebujący pomocy. Angloamerykańscy zwycięzcy minionej wojny nazywali takich jak on
Displaced Persons , DP.
Dipis Demianiuk żył w Landshut i Ratyzbonie, zatrudniony przez US Army. W Ulm, Ellwangen, Bad Reichenhall - a w końcu w Feldafing nad jeziorem Starnberg. A ponieważ Feldafing leży w obszarze działania sądu krajowego w Monachium, siedzi on od czasu ekstradycji z USA w ubiegłym tygodniu w więzieniu Stadelheim, w izbie chorych w celi o powierzchni 24 m2, bardzo obszernej jak na więzienie.
Było to trwające miesiącami prawnicze przeciąganie liny, Demianiukiem zajmowały się sądy w Niemczech i wszystkie instancje jego długoletniej ojczyzny - USA. Telewizje pokazywały go jako rzekomo chorego, cierpiącego człowieka, odwołując się do współczucia widzów.
Gdy we wtorek minionego tygodnia ogłoszono nakaz aresztowania, "skinął tylko głową", jak mówi jego obrońca z urzędu, Günther Maull. Demianiuk wie, o co chodzi. Ciąży na nim oskarżenie: pomoc przy zamordowaniu co najmniej 29 tys. Żydów w Sobiborze; to, co czynił w Flossenburgu, nie ma już większego znaczenia. I tak będzie stało w akcie oskarżenia, który zostanie wkrótce sporządzony i nad którym obradować będzie ława przysięgłych jeszcze pod koniec lata - o ile Demianiuk ze względu na stan zdrowia będzie mógł uczestniczyć w procesie; w końcu zbliża się już do dziewięćdziesiątki.
Wystąpią świadkowie, lecz żaden z nich nie będzie w stanie rozpoznać sprawcy. Dowody znajdują się już tylko w aktach sprawy, a są to ciężkie dowody. Dwa razy, w latach 1949 i 1979, zmarły tymczasem członek oddziału "Trawniki" Ignatij Danilczenko oświadczył, że Demianiuk był "doświadczonym i sprawnym strażnikiem", który pędził Żydów do komory gazowej - "to była codzienna praca".
***Demianiuk zawsze zaprzeczał temu wszystkiemu: nie był nigdy we Flossenburgu, nigdy nie był w Sobiborze, nigdy nie pędził ludzi do gazu. W swojej taktyce zaprzeczania nie różni się ten były Amerykanin od wielu innych oskarżonych, którzy po 1945 r. stanęli przed sądami. Ale nie ulega już wątpliwości, że ostatni wielki sąd nad zbrodniami hitlerowskimi na ziemi niemieckiej stanie się niezwykłym wydarzeniem.
Wraz z oskarżonym ujrzy opinia światowa przed obliczem wymiaru sprawiedliwości sprawców spoza Niemiec, a więc tych ludzi, którym dotychczas poświęcano zdumiewająco mało uwagi: ukraińskich żandarmów i łotewskich policjantów pomocniczych, rumuńskich żołnierzy i węgierskich kolejarzy. A także polskich chłopów, holenderskich urzędników, francuskich burmistrzów, norweskich ministrów, włoskich żołnierzy - oni wszyscy uczestniczyli w zbrodni jako takiej, w Holocauście.
Tacy eksperci, jak Dieter Pohl z Instytutu Historii oceniają liczbę nie-Niemców, którzy "przygotowywali, realizowali i wspierali" akcje eksterminacyjne na ponad 200 tys. - mniej więcej tyle samo, co Niemców i Austriaków. A często nie ustępowali oni w okrucieństwie zbirom Hitlera.
Oto jeden tylko przykład: 27 czerwca 1941 r. pułkownik z grupy wojsk "Północ" przejeżdżał obok stacji paliwowej w litewskim Kownie, którą otaczał gęsty tłum. Usłyszał oklaski, okrzyki "brawo!". Matki podnosiły swoje dzieci, aby też mogły zobaczyć. Oficer podszedł bliżej. Później opisał to, co zobaczył:
"Na betonowym podjeździe stał jasnowłosy 25-letni mężczyzna średniego wzrostu, wsparty na sięgającym mu do piersi grubym kiju grubości ramienia. U jego stóp leżało 15-20 martwych lub umierających ludzi. Z gumowego węża ciekła woda i spłukiwała krew do kratki ściekowej".