http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska komedia. Piekło. Pieśń IX

Jarosław Mikołajewski
2009-05-11, ostatnia aktualizacja 2009-05-11 15:35

Ulica, która nie istnieje

To zdjęcie porwanego Aldo Moro
przekazali mediom porywacze
Fot. ASSOCIATED PRESS
To zdjęcie porwanego Aldo Moro przekazali mediom porywacze
16.03.1978, Rzym, Włochy, Zasadzka Czerwonych Brygad na byłego premiera Włoch Aldo Moro. Jego ciało zostało odnalezione 55 dni po porwaniu
Fot. AP
16.03.1978, Rzym, Włochy, Zasadzka Czerwonych Brygad na byłego premiera Włoch...
RAPORTY
Kogoś innego dziewiąta pieśń Piekła uprawniałaby do pisania o "Aniołach i demonach", lecz książki nie czytałem, a na podstawie tego, co widzę po zwiastunach ekranizacji powieści Browna, wnioskuję, że historie, które znam ja, są jeszcze bardziej ponure i tajemnicze. W pieśni tej Dante otwiera opowieść o głębszym piekle, dla potępionych za rzeczy gorsze niż obżarstwo czy złość. Niedługo ujrzymy równinę, gdzie pośród płomieni, w pootwieranych grobowcach, pokutują heretycy, lecz zanim Dante z Wergilim tam dotrą, pojawia się problem: niższe kręgi znajdują się w za murami piekielnego miasta, miasta Disa, czyli Lucyfera. Wstępu do niego bronią wszystkie moce diabelskie, a także trzy Furie, które już wzywają Meduzę, żeby zmieniła Dantego w kamień, kiedy oto, obleczony w huragan, pojawia się niebieski wysłannik, gromi diabły słowem ciężkim w wyrzuty, otwiera bramę różdżką i odchodzi.

Do pieśni pasowałby nie tylko Dan Brown, lecz i Zamek świętego Anioła, ale powiadam - mamy lepsze opowieści. O czym? O tym właśnie, o czym jest pieśń - o zamkniętej bramie tajemnicy i cudownej interwencji z nieba. Nie tak zabawne zresztą jak opowieści Browna, bo z życia wzięte. I, niestety, ze śmierci. Moglibyśmy porozmawiać na przykład o Emanueli Orlando, piętnastoletniej córce pracownika prefektury Domu Papieskiego, porwanej 22 czerwca 1983 roku, za którą wstawił się publicznie Jan Paweł II, za której wolność ktoś podobno zażądał uwolnienia Ali Agcy. Historia to straszna, ale nie chcemy porażać tutaj horrorem. Interesuje nas skrzyżowanie herezji i cudowności, a w tej dziedzinie w największe zdumienie wprawia jednak pewien epizod porwania Aldo Moro.

Nie chcę tu pisać o samym porwaniu i spisku - to rzecz na bezkresny esej o służbach specjalnych, socjologii terroryzmu i psychologii terrorystów, moralnego i intelektualnego przygotowania polityków do swojej misji, konfliktach racji stanu i racji życia, prywatności uwikłanej w działalność publiczną i Bóg jeden wie o czym jeszcze. Przypomnijmy więc tylko, że 16 marca 1978 roku, na via Fani w Rzymie, Czerwone Brygady porywają wybitnego polityka Demokracji Chrześcijańskiej, pięciokrotnego premiera Włoch Aldo Moro. Ginie pięć osób z jego obstawy, on sam będzie więziony 54 dni, do śmierci. 9 maja Aldo Moro zostaje zastrzelony, a jego ciało porzucone w centrum miasta, na via Caetani, blisko siedzib Demokracji Chrześcijańskiej i Włoskiej Partii Komunistycznej. Powodów tego porwania mogło być więcej, niż dało się to ustalić do dzisiaj. W podręcznikowych wersjach mówi się, że Czerwone Brygady chciały uderzyć w najbardziej znanego polityka chadecji, którą obarczały odpowiedzialnością za całą włoską historię powojenną. Nieprzypadkowa była data porwania - dzień zaprzysiężenie nowego rządu Giulio Andreottiego. "Proces" wytoczony Aldo Moro miał doprowadzić do symbolicznego aktu oskarżenia całej włoskiej klasy politycznej, choć miał też cele praktyczne: za uwolnienie Moro terroryści żądali uwolnienia swoich towarzyszy. Wszystko tu jest tajemnicą, lecz spośród wszystkich największą jest to, co wydarzyło się 2 kwietnia.

"Gdzie jest przetrzymywany Aldo Moro?" - to pytanie stawiała sobie policja, służby specjalne, dziennikarze i wszyscy, którymi wstrząsnęło porwanie. Czyli po prostu wszyscy. 2 kwietnia pytanie to kilka osób stawia wprost, w nieoczekiwanych okolicznościach, nieoczywistemu adresatowi. W Zappolino pod Bolonią kilku naukowców, a wśród nich mało jeszcze znany ekonomista Romano Prodi, spotyka się na seansie spirytystycznym, żeby z ruchów talerzyka wyczytać, gdzie jest Aldo Moro. Otrzymują odpowiedź, lecz duch, zamiast wskazać jeden konkretny adres, podaje nazwy trzech miast: Gradoli, Bolsena, Viterbo. 4 kwietnia Romano Prodi przekazuje tę informację władzom chadecji, chadecja Ministerstwu Spraw Wewnętrznych, a po dwóch dniach policja przeszukuje miasteczko Gradoli niedaleko Viterbo. Bez skutku. Eleonora Moro, żona porwanego, pyta ministra, czy może chodzić nie o miasto, lecz o ulicę, lecz uzyskuje odpowiedź negatywną - "via Gradoli nie istnieje". 18 kwietnia okazuje się, że na via Gradoli, która jednak istnieje (i to niedaleko via Fani, na której doszło do porwania), pod numerem 96, mieściła się jedna z siedzib Czerwonych Brygad. Niestety, zanim to odkryto, lokator zdążył ją opuścić - był nim Mario Moretti, mózg całej akcji i późniejszy wykonawca wyroku na Aldo Moro. Z czasem okaże się, że o via Gradoli wiadomo było wcześniej - policja miała otrzymać sygnał o siedzibie Czerwonych Brygad na via Gradoli 96 już 18 marca, dwa dni po porwaniu. Funkcjonariusze zapukali do drzwi, nikt nie otworzył, więc sobie poszli (tę ostatnią wiadomość znalazłem tylko w internecie, w artykule Gianluki Neri).

Sam już czujesz, rzymski wędrowcze, że powodów do zdumienia jest dużo i właściwie nie ma sensu ich wyszczególniać. Sam Prodi, przed komisją badającą sprawę Moro, nie potrafił ukryć zdziwienia, a raczej zażenowania. Mówił, że wszystko zrodziło się z zabawy, a myśl, żeby o jej wyniku, czyli o nazwie "Gradoli", poinformować władze, przyszła uczestnikom do głowy dopiero w chwili, kiedy przyznali, że żaden z nich nigdy jej wcześniej nie słyszał. Bo na ogół jest tak, że ktoś jednak, świadomie lub nie, przesuwa palcem talerzyk, sugerując wyraz, który mu chodzi po głowie. Któż dzisiaj wierzy w duchy?! Lecz jak mógł naprowadzić na nazwę miasta ktoś, kto tej nazwy nie zna?... Otchłań tajemnicy pogłębia fakt dodatkowy - ducha znamy z imienia. A raczej duchy. Pochylonym nad talerzykiem w Zappolino pojawił się don Luigi Sturzo, założyciel Demokracji Chrześcijańskiej. I Giorgio La Pira, tercjarz, profesor prawa kanonicznego, burmistrz Florencji, zmarły w opinii świętości na rok przed wydarzeniami, o których tu mowa. W jednym z przejmujących listów, które Aldo Moro pisał w "ludowym więzieniu", adresowanym do żony, są słowa: "Bądźcie tak blisko siebie, jak tylko możecie, i trzymajcie przy sobie moje rzeczy, bo należę do Was. Modliłem się bardzo do La Piry. Mam nadzieję, że pomoże mi w inny sposób..." Wydaje się, że przynajmniej bardzo się starał.

  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':