Tej sceny się nie zapomina: po piekielnym bagnie sunie łódź z Wergiliuszem i Dantem. Sternikiem jest wściekły Flegiasz, w bagnie taplają się inni wściekli, bo to oni pokutują w piątym kręgu Piekła. Nagle z błota wściekle wynurza się ktoś, kto rzuca Dantemu wściekłe pytanie: "Kim jesteś ty, co przychodzisz przed czasem", na co ten odpowiada "Jeśli przychodzę, to nie pozostanę, / lecz ty kim jesteś, który tak zbrzydłeś?" Dante rozpoznaje go i przeklina, tamten łapie za krawędź łodzi, Wergiliusz odpycha go wrzeszcząc "Idź sobie z innymi psami!", chwali Dantego za słuszną wściekłość, a Dante wypowiada wściekłe życzenie, by jak najszybciej wściekły z powrotem pogrążył się w bagnie.
Niebawem oczy taką rzezią bawię,
Sprawioną widmu od tłuszczy przeklętej,
Że jeszcze dzisiaj za nią Boga sławię.
"Daj go" - wrzeszczała. - Filippa Argenti!"
Bezsilny przeciw napastników chmarze,
Gryzł sobie ręce florentczyk zawzięty
Tak kończy Dante-poeta wściekłą scenę z Dantem-wędrowcem w jednej ze wściekłych ról.
Nie wiadomo, skąd wzięła się złość Filippa Argenti na Dantego, nie wiadomo, skąd się wzięła wściekłość wzajemna - jak każdej scenie, dantolodzy poświęcili jej sterty domyślnych tomów. Zostawmy te ciemne źródła, spróbujmy raczej uzupełnić obraz złości, jaki Dante mógł nosić pod powiekami, o jedną z alegorii występków w Kaplicy Scrovegnich w Padwie. Jeśli, jak wiele na to wskazuje, Dante pracował ze swoim przyjacielem Giottem nad malarskim programem kaplicy, warto przypomnieć tu sobie przedstawienie podpisane "Ira" - złość obrazuje kobieta, która odchyla głowę do tyłu i rozdziera sobie szaty na piersiach. Bo złość jest wściekła, tak jak wściekłość jest zła. I złość jest bezbronna, bo nie wie, co zrobić z rękami. Jest słaba, bo się obnaża i nie zna słów lepszych niż pięść. A Rzym jest miastem pełnym wściekłości i w tym różni się od większości miast włoskich.
Włochy zacząłem poznawać od Toskanii i Umbrii, i kiedy wracałem do Polski, komu tylko mogłem, opowiadałem o włoskiej uprzejmości, łagodnym usposobieniu i spokoju. Każdy Włoch, którego pytałem o drogę, cierpliwie tłumaczył, prowadził, życzył udanej wędrówki. Kiedy nadepnąłem komuś na odcisk, mówił, że to przyjemność, kiedy zderzyłem się w przejściu - że radość. Kiedy w Neapolu jechałem autobusem na gapę, na widok kontrolera jakiś chłopak oddał mi swój bilet. "Bierz, jesteś cudzoziemcem. Ja jestem stąd i wiem, jak uciekać", powiedział, na pierwszym zakręcie odgiął kolanem drzwi i wyskoczył na chodnik. Pewnie, że z filmów wiedziałem, z jaką złośliwością można się spotkać we Florencji, z jaką mściwością w Palermo, lecz każdy ich objaw zawsze wydawał mi się artystycznie przetworzoną anomalią w autentycznie przeżytym pejzażu przychylnych gestów, uśmiechów.
Złość to najgorsze słowa na pokaz, najgorsze myśli na wyciągnięcie ręki. Taka złość, do jakiej skłonny był Filippo Argenti, to gniew, który łatwo może stać się zabójstwem. Taką złość, jak Filippa Argenti, i złość wzajemna Dantego, przywiózł ze sobą z Lombardii do Rzymu Caravaggio, i kiedy w 1606 roku grał w pallacorda (wczesna forma tenisa) z Ranuccio Tomassonim (niedaleko obecnej via di Pallacorda, prawdopodobnie na placu, gdzie stoi dziś Hotel Adriano), pokłócił się z przeciwnikiem, zabił go, a potem uciekał przez całe już krótkie życie.
W Rzymie nie odnalazłem łagodnego pejzażu z Umbrii, Neapolu, Sycylii.
Kiedy próbowałem zaparkować na zarezerwowanym dla mnie miejscu, rzymianin wysiadł ze swojego auta, zaczął wrzeszczeć i walnął pięścią w dach mojego samochodu. Kiedy powiedziałem, że to miejsce, do którego mam prawo, złagodniał, uśmiechnął się i powiedział "ci ho provato" - "próbowałem". Próbował mnie onieśmielić, wzbudzając w sobie wściekłość. Pokazał, że umie żonglować złością, jak cyrkowiec piłką.
We Włoszech, wychodząc z windy, trzeba za sobą zamykać drzwi. Kiedy mój gość z Polski tego nie zrobił, sąsiad z całej siły kopnął drzwi mojego mieszkania.
Kiedy chłopak zatrąbił na rzymianina, który próbował zajechać mu drogę, rzymianin zahamował, wysiadł i sprał chłopaka po twarzy.
"Dam ci w pysk!", wrzeszczy matka na ośmioletnią dziewczynkę, która w dziesięciostopniowej skali dostała z zachowania dziewiątkę.
Kiedy barman wylał kroplę kawy na but rzymianki, wezwała karabinierów i zażądała, by go skuli w kajdanki.
Kiedy nie dałem się oszukać taksówkarzowi, cisnął moją walizką o ścianę...
Miasto zbiorowej wściekłości nie kłóci się z miastem penisów i bobasów, o którym pisałem kilka odcinków wstecz. Maski gniewu współżyją tu z maskami bezradności, zakłopotania. Ci, którzy przed chwilą otarli sobie twarze z rozmoczonego w mleku rogala, siadają na motocykle gotowi do walki o życie. Tym trudniej przyjąć cios, kiedy wyprowadza go człowiek o twarzy dziecka.
O tym, że Rzym bywa wściekły, mówiłem Adamowi M. "To nieprawda - odparł. - To nie jest specyfika Rzymu. Tak jest w każdym wielkim mieście..." Być może, ale z taką wściekłością nie spotykam się w Mediolanie ani w Neapolu. "To nieprawda", dodaję w myślach idąc Campo de' Fiori, Corso Rinascimento, via della Scrofa. Ludzie się uśmiechają, chodzą delikatnie, nie chcąc urazić nawet kamieni. Rzym w ogóle nie jest taki, jakim go widzę. Nie jest wściekły. Rzym jest samą franciszkańską Umbrią. Sympatycznego barmana, który zalał rzymiance buty, pytam, skąd jest. Mówi, że z Neapolu.