http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska komedia. Piekło. Pieśń VI

Jarosław Mikołajewski
2009-04-17, ostatnia aktualizacja 2009-04-17 16:30

Chiaro e cremoso

Kiedy barman wylał kroplę kawy na but rzymianki, wezwała karabinierów i zażądała, by go skuli w kajdanki.

Kiedy nie dałem się oszukać taksówkarzowi, cisnął moją walizką o ścianę...

Miasto zbiorowej wściekłości nie kłóci się z miastem penisów i bobasów, o którym pisałem kilka odcinków wstecz. Maski gniewu współżyją tu z maskami bezradności, zakłopotania. Ci, którzy przed chwilą otarli sobie twarze z rozmoczonego w mleku rogala, siadają na motocykle gotowi do walki o życie. Tym trudniej przyjąć cios, kiedy wyprowadza go człowiek o twarzy dziecka
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
Kiedy barman wylał kroplę kawy na but rzymianki, wezwała karabinierów i...

Fot. Waldemar Gorlewski / AG
RAPORTY
Szósta pieśń "Boskiej" to trzeci krąg Piekła, krąg żarłoków. Taplają się w błocie, sieka ich grad, trzema paszczami ujada nad nimi Cerber i pazurami drze im skórę na strzępy.

Dogadzali sobie za życia, więc po śmierci dogodzi im bestia. Na widok Dantego jeden z potępionych siada i woła: rozpoznaj mnie, jeśli umiesz,
ciebie zrobiono zanim ja się skończyłem
.

Kiedy Dante nie rozpoznaje rozmownego żarłoka, woła (w zapomnianym przekładzie Juliana Korsaka):

Przez ziomków twoich przezywany Ciakko.
Za chuć obżarstwa niską i nikczemną,
Jak widzisz leje wieczny deszcz nade mną.


Po krótkiej wymianie skarg z jednej i wyrazów współczucia z drugiej strony zabierają się do rozmowy, rzecz jasna o polityce.

To jedna z moich ulubionych pieśni, i to nie tylko dlatego, że skończę kiedyś tuż obok Ciacca, i jak on będę babrał się w błocie.



Jest w niej dynamika barowej zaczepki, początkowa nieufność tego, który nie rozpoznaje, do tego, który zaczepia, szybkie spalenie dystansu w chwili, kiedy tożsamość nabiera imienia, i błyskawiczne porozumienie co do upadku politycznej klasy. "Jest tylko dwóch sprawiedliwych", mówi Ciacco, i kto wie, kogo ma na myśli. Jest w tej rozmowie - choć dotyczy ona Florencji, nie Rzymu - rzymska skłonność do ujmowania polityki w twarde i krótkie osądy pomiędzy jednym kęsem a trzecim, pomiędzy aperitifem a winem.

Bary rzymskie

To nie są zwykłe bary, takie jak bary w Mediolanie, Palermo czy w Mediolanie, choć o barach mediolańskich, palermitańskich, a zwłaszcza neapolitańskich można by powiedzieć to samo - że nie są jak bary rzymskie, florenckie, weneckie. Tyle że "Rzymska komedia" ma być o Rzymie, więc o innych barach tutaj nie będę. Co więcej - bary rzymskiego Zatybrza (gdzie nie wiadomo, czy swoista lepkość blatów nie jest turystyczną stylizacją), nie są jak bary na Pigneto (które wyróżnia skromna schludność mebli odzyskanych ze strychu) czy w dzielnicy EUR, gdzie dekoratorzy barowych wnętrz nie mogą się otrząsnąć z soc-real-faszystowskiej estetyki. Są bary, do których rzymianie prowadzą powiadając, że są najlepsze w mieście. Najsłynniejsze to pewnie Sant'Eustachio za Panteonem, gdzie podaje się lepką i świetną kawę według własnego przepisu, oraz Giolitti, w którym ze względu na bliskość siedziby rządu i parlamentu łatwo spotkać takiego czy innego polityka (w Piekle Dantego polityków też jest bez liku). Poszukajmy jednak, co w rzymskich barach jest wspólne.

Po pierwsze - barman.

Barman, którym w Polsce na ogół się bywa i którego to zajęcia prawie wypada się wstydzić, jest tutaj zawodowcem, który w swoje rzemiosło inwestuje życie i wizerunek.

Barman rzymski ma swoją godność, jest klientowi niepodległy, a wręcz bawi się nim z rozbawiającym poczuciem wyższości. Jesteś u niego po raz pierwszy - gruntownie cię przetestuje, czy masz poczucie humoru, czy masz coś do powiedzenia, z jakiego przyszedłeś świata. Jesteś po raz drugi - kiedy tylko staniesz w drzwiach, zamówi ci na zapleczu to samo, co wziąłeś poprzednio, żeby udowodnić, że cię przejrzał i zapamiętał. Taki jest Mario, szef barmanów, kawiarzy i kelnerów w barze Antonini (dawniej Ruschena) u wylotu mostu Cavoura od watykańskiej strony, na Prati. Gada bez przerwy, żartuje - to do ciebie lub z ciebie, to do kogoś za twoimi plecami, podwładnym rzuca ostre uwagi, narzeka, że cię długo nie było, albo że przychodzisz za często. Jest jak rozszczekany, trójgłowy Cerber nad cieniami żarłoków, których kąsa zębami i pazurami docinków.

Tak, tak, kategoria obżarstwa

Czyli rzucająca się w oczy przesada w trosce o smak, ta nadmierna chęć dogodzenia sobie w stopniu, który sprawia, że krok dalej jest chyba już koniec świata - przychodzi na myśl nie w restauracjach, lecz w barach. O restauracjach, trattoriach, osteriach nie mam ochoty tu mówić, nie ten moment. O kuchni mówią dziś wszyscy - o tym, jak podgrzać, podsmażyć, jakim sosem podlać, czym i kiedy posypać. Nie czuję, żeby to było dziś ważne, a to, co stanowi o tradycyjnej kuchni rzymskiej wydaje mi się jakoś dalekie aktualnej estetyce miasta. Ale sprawdzę to, obiecuję, czy ludzkie autentyki rzymskie wciąż, jak przez wieki, jedzą resztki ze stołu książąt i prałatów - krowie ogony, flaki, drobnicę w sieci zarzucanej na grube ryby - jaką to ma estetykę i jaki sens. Coda, pagliata - to wszystko jest w kartach, ale czy w życiu? Nie wiem. Zobaczę, opowiem. Przy innej pieśni.

Tym, co widzę na co dzień i teraz, są bary, i tam dokonuje się codzienny, poranny dopust i odpust, pieśń szósta Piekła na żywo.



Zaprzyjaźniony poeta Piotr M. mówi, że obserwując ludzi w barze widzi same penisy. Ja bywa, że widzę penisy, lecz rano częściej widzę bobasy. Inżynierowie, karabinierzy, adwokaci, prokuratorzy - bez względu na status społeczny i na zbroję, którą postanowili założyć, rzymianie w drodze do pracy wchodzą do baru i tracą wszelkie hamulce.

Rogalik - z kremem, koglem-moglem, czekoladą?

Może z rodzynką?

Albo sam, suchy, z cieniutką, lekko popękaną warstwą lukru.

Albo z miodem, z mąki grubo zmielonej, z dodatkiem otręb, integrale.

Nie ma integrale? Co za pech! Co robić, co robić...

Opada zbroja, przyłbica unosi się jeszcze wyżej, karabinier przepoczwarza się w dziecko. Z kremem, zamiast integrale?... No może. Ale nie, po kremie gorzej się pracuje, więc może prosty, zwykły, bez niczego, tylko z tym lekkim lukrem, jak najmniej popękanym.

Kawa?

Może cappuccino.

W szkle czy w porcelanie?

Nie wiem, może w szkle.

Chiaro e cremoso, jasne i kremowe, ale dla żony ciemne i bez piany, w porcelanie.

Tak, z warstewką kakao.

A dla mnie kawa, z pianką z samej kawy, bez mleka i bez kakao.

Dla mnie lekko splamione, zhańbione (oczywiście mlekiem).

Dla tej pani bez kofeiny, a dla tamtej wyłącznie z nią.

A może marocchino?... Tak, marocchino.

Marocchino to najlepszy pomysł (marocchino to nieco wyższa, choć mocna kawa z dodatkiem mleka, posypana czekoladą, w szklanej filiżance z metalową opaską i rączką).

(...)

- Poznajesz mnie? Jestem Ciacco, Marco, Mario, Fabio

- Nie poznajesz? Tyle lat, zresztą byłem chory.

- Rozwiodłem się, ożeniłem...

- A pewnie, poznaję.

- Wciąż pracujesz w ratuszu?

- Jak atmosfera po wyborach? Sprawiedliwych jest więcej niż dwóch?...

  • 1
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':