Szósta pieśń "Boskiej" to trzeci krąg Piekła, krąg żarłoków. Taplają się w błocie, sieka ich grad, trzema paszczami ujada nad nimi Cerber i pazurami drze im skórę na strzępy. Dogadzali sobie za życia, więc po śmierci dogodzi im bestia. Na widok Dantego jeden z potępionych siada i woła:
rozpoznaj mnie, jeśli umiesz,
ciebie zrobiono zanim ja się skończyłem.
Kiedy Dante nie rozpoznaje rozmownego żarłoka, woła (w zapomnianym przekładzie Juliana Korsaka):
Przez ziomków twoich przezywany Ciakko.
Za chuć obżarstwa niską i nikczemną,
Jak widzisz leje wieczny deszcz nade mną.Po krótkiej wymianie skarg z jednej i wyrazów współczucia z drugiej strony zabierają się do rozmowy, rzecz jasna o polityce.
To jedna z moich ulubionych pieśni, i to nie tylko dlatego, że skończę kiedyś tuż obok Ciacca, i jak on będę babrał się w błocie.
Jest w niej dynamika barowej zaczepki, początkowa nieufność tego, który nie rozpoznaje, do tego, który zaczepia, szybkie spalenie dystansu w chwili, kiedy tożsamość nabiera imienia, i błyskawiczne porozumienie co do upadku politycznej klasy. "Jest tylko dwóch sprawiedliwych", mówi Ciacco, i kto wie, kogo ma na myśli. Jest w tej rozmowie - choć dotyczy ona Florencji, nie Rzymu - rzymska skłonność do ujmowania polityki w twarde i krótkie osądy pomiędzy jednym kęsem a trzecim, pomiędzy aperitifem a winem.
Bary rzymskieTo nie są zwykłe bary, takie jak bary w Mediolanie, Palermo czy w Mediolanie, choć o barach mediolańskich, palermitańskich, a zwłaszcza neapolitańskich można by powiedzieć to samo - że nie są jak bary rzymskie, florenckie, weneckie. Tyle że "Rzymska komedia" ma być o Rzymie, więc o innych barach tutaj nie będę. Co więcej - bary rzymskiego Zatybrza (gdzie nie wiadomo, czy swoista lepkość blatów nie jest turystyczną stylizacją), nie są jak bary na Pigneto (które wyróżnia skromna schludność mebli odzyskanych ze strychu) czy w dzielnicy EUR, gdzie dekoratorzy barowych wnętrz nie mogą się otrząsnąć z soc-real-faszystowskiej estetyki. Są bary, do których rzymianie prowadzą powiadając, że są najlepsze w mieście. Najsłynniejsze to pewnie
Sant'Eustachio za Panteonem, gdzie podaje się lepką i świetną kawę według własnego przepisu, oraz Giolitti, w którym ze względu na bliskość siedziby rządu i parlamentu łatwo spotkać takiego czy innego polityka (w Piekle Dantego polityków też jest bez liku). Poszukajmy jednak, co w rzymskich barach jest wspólne.
Po pierwsze - barman. Barman, którym w Polsce na ogół się bywa i którego to zajęcia prawie wypada się wstydzić, jest tutaj zawodowcem, który w swoje rzemiosło inwestuje życie i wizerunek.
Barman rzymski ma swoją godność, jest klientowi niepodległy, a wręcz bawi się nim z rozbawiającym poczuciem wyższości. Jesteś u niego po raz pierwszy - gruntownie cię przetestuje, czy masz poczucie humoru, czy masz coś do powiedzenia, z jakiego przyszedłeś świata. Jesteś po raz drugi - kiedy tylko staniesz w drzwiach, zamówi ci na zapleczu to samo, co wziąłeś poprzednio, żeby udowodnić, że cię przejrzał i zapamiętał. Taki jest Mario, szef barmanów, kawiarzy i kelnerów w
barze Antonini (dawniej Ruschena) u wylotu mostu Cavoura od watykańskiej strony, na Prati. Gada bez przerwy, żartuje - to do ciebie lub z ciebie, to do kogoś za twoimi plecami, podwładnym rzuca ostre uwagi, narzeka, że cię długo nie było, albo że przychodzisz za często. Jest jak rozszczekany, trójgłowy Cerber nad cieniami żarłoków, których kąsa zębami i pazurami docinków.
Tak, tak, kategoria obżarstwa Czyli rzucająca się w oczy przesada w trosce o smak, ta nadmierna chęć dogodzenia sobie w stopniu, który sprawia, że krok dalej jest chyba już koniec świata - przychodzi na myśl nie w restauracjach, lecz w barach. O restauracjach, trattoriach, osteriach nie mam ochoty tu mówić, nie ten moment. O kuchni mówią dziś wszyscy - o tym, jak podgrzać, podsmażyć, jakim sosem podlać, czym i kiedy posypać. Nie czuję, żeby to było dziś ważne, a to, co stanowi o tradycyjnej kuchni rzymskiej wydaje mi się jakoś dalekie aktualnej estetyce miasta. Ale sprawdzę to, obiecuję, czy ludzkie autentyki rzymskie wciąż, jak przez wieki, jedzą resztki ze stołu książąt i prałatów - krowie ogony, flaki, drobnicę w sieci zarzucanej na grube ryby - jaką to ma estetykę i jaki sens. Coda, pagliata - to wszystko jest w kartach, ale czy w życiu? Nie wiem. Zobaczę, opowiem. Przy innej pieśni.
Tym, co widzę na co dzień i teraz, są bary, i tam dokonuje się codzienny, poranny dopust i odpust, pieśń szósta Piekła na żywo.
Zaprzyjaźniony poeta Piotr M. mówi, że obserwując ludzi w barze widzi same penisy. Ja bywa, że widzę penisy, lecz rano częściej widzę bobasy. Inżynierowie, karabinierzy, adwokaci, prokuratorzy - bez względu na status społeczny i na zbroję, którą postanowili założyć, rzymianie w drodze do pracy wchodzą do baru i tracą wszelkie hamulce.
Rogalik - z kremem, koglem-moglem, czekoladą? Może z rodzynką?
Albo sam, suchy, z cieniutką, lekko popękaną warstwą lukru.
Albo z miodem, z mąki grubo zmielonej, z dodatkiem otręb, integrale.
Nie ma integrale? Co za pech! Co robić, co robić...
Opada zbroja, przyłbica unosi się jeszcze wyżej, karabinier przepoczwarza się w dziecko. Z kremem, zamiast
integrale?... No może. Ale nie, po kremie gorzej się pracuje, więc może prosty, zwykły, bez niczego, tylko z tym lekkim lukrem, jak najmniej popękanym.
Kawa? Może
cappuccino.
W szkle czy w porcelanie?
Nie wiem, może w szkle.
Chiaro e cremoso, jasne i kremowe, ale dla żony ciemne i bez piany, w porcelanie.
Tak, z warstewką kakao.
A dla mnie kawa, z pianką z samej kawy, bez mleka i bez kakao.
Dla mnie lekko splamione, zhańbione (oczywiście mlekiem).
Dla tej pani bez kofeiny, a dla tamtej wyłącznie z nią.
A może
marocchino?... Tak,
marocchino.
Marocchino to najlepszy pomysł (
marocchino to nieco wyższa, choć mocna kawa z dodatkiem mleka, posypana czekoladą, w szklanej filiżance z metalową opaską i rączką).
(...)
- Poznajesz mnie? Jestem Ciacco, Marco, Mario, Fabio
- Nie poznajesz? Tyle lat, zresztą byłem chory.
- Rozwiodłem się, ożeniłem...
- A pewnie, poznaję.
- Wciąż pracujesz w ratuszu?
- Jak atmosfera po wyborach? Sprawiedliwych jest więcej niż dwóch?...