Choć z czwartą pieśnią "Boskiej Komedii" schodzimy do właściwego Piekła, choć krawędź czeluści "ciemna i głęboka była i chmurna", a sam Wergiliusz zbladł, wprowadzając Dantego do "ślepego świata", nikogo tu jeszcze nie szturchają, nie smagają wiatrem czy ogniem.
Ci, którzy trafili do pierwszego kręgu, nie spodziewają się ciosów. Ich męką jest niezasłużone odrzucenie. Są w Piekle, bo nie zostali ochrzczeni.
Wyjaśnia Wergiliusz:
Oni nie grzeszyli, a jeśli mają zasługi, to nie wystarczy, bo nie przyjęli chrztu, który jest bramą wiary, którą wyznajesz. A skoro byli przed chrześcijaństwem, nie wielbili należycie Boga: i do nich ja sam należę. Przez taką wadę, nie przez inne winy jesteśmy zgubieni, i tylko tak cierpimy, że bez nadziei żyjemy w pragnieniu
Kogóż tu nie ma, wśród szlachetnych, którzy przewinili tym, że nie urodzili się w dobrym czasie, czyli po edykcie mediolańskim! Jest Homer, Horacy, Owidiusz, Juliusz Cezar, Marcja, Kornelia, Arystoteles, Sokrates, Platon, Hipokrates, Seneka, Cyceron, Orfeusz. Wydaje się, że kwiat antyku wyznaczył tu sobie spotkanie, żeby trwać - wielcy wśród wielkich, dumni wśród dumnych, lecz tak naprawdę spotkanie i miejsce wyznaczył tu wszystkim Bóg - Bóg Dantego i Bóg papieży, nowy Bóg Rzymu.
Bóg ekumeniczny, skoro obok wielkich duchów starożytności umieścił i tych wielkich, którzy co prawda urodzili się po edykcie, lecz wyznawali inną wiarę: Saladyna, Awicennę i Awerroesa. Bóg miłosierny, skoro w tym miejscu wybitnym zgromadził też dzieci, dusze ludzieńków niewinnych, zmarłych bez chrztu. Jakich bogów zastąpił?
Pisze Giulio Giannelli (w przekładzie Janiny Kosińskiej):
Religia rzymska nie znała obrzędów ani modlitw za konających, które towarzyszyłyby im w trudnej i tajemniczej drodze w zaświaty. Nie wyobrażano sobie, aby w życiu pozagrobowym mogły istnieć nagrody lub kary zależne od ziemskiego trybu życia zmarłego. Dusze zmarłych, przez sam fakt, że były duszami zmarłych, uważano za byty święte i czyste (Manes = dobrzy), które swoją obecnością uświęcały miejsce, gdzie pochowano zmarłego. Na cmentarzu nie wznoszono żadnej kapliczki ani żadnej podobizny bogów. Można go było jedynie rozpoznać po kamieniach przywołujących pamięć zmarłego i często zawierających inwokacje do Cieni ( ). W świadomości ludu rzymskiego w najdawniejszych czasach jedno było pewne - że dusza wzgardziwszy ciałem przyjmuje naturę boską. Cycero powiada: "Wiedz, że jesteś bogiem" (deum te igitur scito esse).
Nie trzeba się długo rozglądać, by znaleźć w Rzymie odpowiednik najwyższej części Piekła, z wieloma z wymienionych przez Dantego postaci - Kapitol. Kapitol jest Akropolem. Jest samotnym szczytem, jest wyspą. Ludzką głowę (caput) znaleźli tu budowniczy Świątyni Jowisza, natchnieni głową nazwali go więc Kapitolem, wzgórzem głowy lub czaszki, głową Rzymu i świata (caput mundi). O pejzażu Kapitolu i innych wzgórz, o tym jak odcina się od Kwirynału i Palatynu będzie przy innej okazji, tymczasem Pieśń IV "Boskiej Komedii" przywodzi na myśl niezasłużone wykluczenie.
Ciężko się zmierzyć z wykluczającym znaczeniem chrztu, ale taki charakter nadaje mu Dante i jego Bóg. Kiedy otrzymujemy chrzest, zostajemy włączeni do Kościoła. Bywamy łajdakami, ale przez całe życie mamy szansę się zbawić, nawet w godzinie śmierci. Ci, którzy przeżywają swoje odrzucenie w pierwszym kręgu Piekła, i setki ludzi uwięzionych w kapitolińskich posągach, grzeszyli mniej pewnie niż my, ale zasady są jasne - poza Kościołem nie ma zbawienia.
Nie zostałeś ochrzczony, nie zostaniesz zbawiony. A oto i święci Kapitolu, potępieni przez swoje przedwczesne narodzenie lub zaniechanie, zebrani z różnych miejsc rzymskiego świata i poustawiani w salach Muzeów Kapitolińskich. Kiedy wejdziesz, wędrowcze, na wzgórze, wiedz, że czekają na ciebie w Palazzo dei Conservatori, po prawej stronie, a także w Palazzo Nuovo po lewej, i pod twoimi stopami, w podziemnym Tabularium. Marek Aureliusz siedzi na koniu na szczycie Kapitolu, ale nawet tak wybitnych polityków wolę nie zaliczać do świętych.
Dzieci, z całą ich niewinnością, ruchliwością i zabawą, reprezentuje najwdzięczniej dziewczynka z gołębicą. Otulona długą chustą przekręca głowę w dół, w lewo, obserwując wspinającego się po jej nodze węża. Wąż ma utrąconą głowę, więc nie do końca widzimy, jaka groza rozgrywa się między ich spojrzeniami, lecz wygląda na to, że dziewczynka, zanim ochroni siebie, chce uratować gołębicę. Ukąsił ją? Zmarła od jadu, nie doczekawszy czasu, w którym mogłaby przyjąć chrzest?... Oto Marsjasz, rozpięty na drzewie, o twarzy ściągniętej w dół, umęczony jak Chrystusy konające na krzyżu w kościołach i muzeach u stóp Kapitolu.
Mocno przywiązany do drzewa dokładnie odarty ze skóry
- pisze Zbigniew Herbert, i trudno sobie wyobrazić, by jego źródłem nie była rzeźba kapitolińska, skamieniały artysta, który pojedynek z Apollem przypłaca bólem o skali, od której posiwiało drzewo. Jest umierający, nagi Gall, wsparty na prawym ramieniu nad rozsypanymi atrybutami walki, z raną na piersi, bliski śmierci. Można spojrzeć mu w twarz i przyjrzeć się upokorzeniu i pięknu młodego i silnego, powalonego mężczyzny. Jest Antinous, ukochany cesarza Adriana, piękny w sposób inny niż Gall, bardziej kruchy, nieuwikłany w życie jako walkę. Jest stara, pijana kobieta, nie widząca wytrawionymi oczami nawet granic własnego wstydu. Są ślepe, natchnione Homery, skupione Sokratesy, dumne Cycerony...
***
Nic nie przeszkadza, by uznać, że w hierarchii Saturna i Jowisza, którym kolejno był poświęcony Kapitol, dantejskie honory nie mają żadnego znaczenia. Temu, kto zszedł ze wzgórza, święci antyku, kościołów i ulic wydają się jednorodni. Stare cierpienie jest nowe i aktualne, podobnie jak melancholia, duma, kruchość i trud przemijania.