Pieśń trzecia należy do najlepiej znanych fragmentów "Boskiej Komedii", a do Rzymu prowadzą już pierwsze wersy - ciemny napis na bramie, który zaczyna się od "Przeze mnie się idzie do obolałego miasta" , a kończy "Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy wchodzicie!" (Lasciate ogne speranza, voi ch'intrate'). Nie brak w tej pieśni innych słynnych fragmentów, jak spotkanie z "tym, kto z tchórzostwa dokonał wielkiej odmowy", a jest nim pewnie papież Celestyn V, człowiek co prawda święty, lecz i potępiony, ponieważ stchórzył przed trudnym wyzwaniem i abdykował, a tym samym wpuścił na tron Bonifacego VIII, o którym mowa była dwie pieśni wstecz.
Tchórzostwo jest dla przedpiekla słowem kluczowym, ponieważ przebywają w nim ci, których nie chce ani piekło, ani niebo, bo nie są gorący, zimni, a nawet letni. Są żadni. A raczej byli żadni, ponieważ za karę muszą być tacy, jakimi nigdy nie byli, czyli tak ożywieni po śmierci, jak byli martwi za życia.
Opisem, który zwraca największą uwagę, są dusz
"westchnienia, płacz i głośne jęki / /, różne języki, straszne narzecza, słowa bólu, akcenty złości, głosy wysokie i nikłe, i bicie rąk o siebie"
Jak to brzmi po włosku?
Wśród takiej właśnie wrzawy Dante widzi nagle rzecz kapitalną - wirujący zawrotnie proporzec. Żadnego tam chorążego ze sztandarem - sam sztandar, który wierci się tak szybko, że "wydaje się gardzić wszelkim spoczynkiem". W Piekle, gdzie męki wymierzane są na zasadzie odwetu za winy, odwrócenia życiowej dynamiki, ruchliwość, "straszne narzecza" i "bicie rąk o siebie", czyli oklaski, są karą za nijakość. W Rzymie, tak sztandarowa nadaktywność wybija się w dwóch środowiskach: kibiców i księży.
Na Stadionie Olimpijskim, jak pewnie na każdym, najbezpieczniej jest na lub pod trybuną honorową, albo naprzeciw niej, na środku. Zanim zacznie się mecz, ci, którzy tu siedzą, patrzą głównie na zakola, zazdrośnie, ale nie mają odwagi zająć na nich miejsca. Tam siedzą wojownicy. Znam kilku z nich, na co dzień zajadają się rogalikami z kremem, a zamawiając cappuccino proszą, by było w szkle i bez pianki.
Na meczu, na którym jesteśmy z córką, odwróceni plecami do Monte Mario, po lewej siedzą kibice Lazio, naprzeciw nich Juventusu. Zwierają szyki jak starożytne wojska przed bitwą. Ci z Lazio mają swojego Hektora - Gabriele Sandri, który zginął od kuli policjanta na stacji benzynowej pod Arezzo. Ci z Juve mają swój wyrzut - to oni przepychali się z kibicami Lazio, kiedy policjant trafił Gabriele.
Pogrzeb Gabriele Sandri
Portret zmarłego kibice z Lazio rozwiesili na ogrodzeniu, jak herb. Pomiędzy grupami nabrzmiewa niezałatwiona sprawa. Jest wielką bańkę mydlaną, którą można tylko rozdmuchać lub przekłuć, zbyt ciężką, żeby dało się ją odpędzić. Inicjatywa należy do kibiców Juve - są gośćmi na ziemi zmarłego. Zanim się zacznie rozgrzewka, wypuszczają trzech swoich żołnierzy z dużym wieńcem. Żegnają posłańców brawami, potem w ciszy patrzą, jak przemierzają bieżnię wolnym krokiem, w kierunku tych z Lazio, jak kładą kwiaty pod portretem Gabriele.
Zobacz tę scenę na youtube.com
Trybuny środka biją brawo, kibice Lazio wydają mdły pomruk, jak oswojone, ale wciąż groźne zwierzę. Jeden, nieoswojony, siada okrakiem na parkanie, zasłaniając nogą czoło Gabriele. Unosi rękę. Ci z Juve wracają rozluźnieni, pozdrawiają oklaskujących. Są uśmiechnięci, sympatyczni. Zaraz zasiądą na swoim zakolu, przywdzieją barwy wojenne, będą krzyczeć, pohukiwać, śpiewać. Nie raz zatrzęsą się jak mrówki na suchym, iglastym kopcu mrowiska. Kiedy się skończy rozgrzewka, rozplączą "straszne narzecza" i "bicie rąk". Dusze łagodnych zjadaczy rogalików z kremem odpłyną w setki zwariowanych chorągwi.
Pytam nazajutrz barmana z Monti Parioli, który jest kibicem Lazio i był na meczu, czy gest tych z Juve to gest pojednania. "Nie ma mowy o pojednaniu - zaprzecza. - Ale martwy kibic należy do wszystkich. Jest świętym wszystkich kibiców, choć kapłani są z jego klubu. Okazało się, że ci z Juve to rozumieją. Fajne chłopaki. Zresztą wszyscy to rozumieją". "A kibic na płocie? Co miał oznaczać jego gest?" Barman nie wie. Ja wiem swoje - kibic ma dumę Marka Aureliusza, drży od napięcia przed walką.
Księża są niby podobni, też wymachują chorągwiami na Placu świętego Piotra, choć zataczają nimi znacznie dłuższe łuki. Jak na kibicach, tak na nich, wiwatujących przed Bazyliką, niewidzialna ręka sprawiedliwości dopuszcza się odwetu za codzienną powolność. Gdyby i dziś, jak przez wieki, pielgrzymi z północy szli do świętego Piotra przez Monte Mario, ich pierwsze spojrzenia padłyby na plac przed Bazyliką i Stadion Olimpijski. Z bliska od razu wyczuliby różnicę, a z czasem i jej istotę...
Podjąłem próbę, ale nie da się ich połączyć. O księżach będzie przy innej pieśni.