Z Mustafą Barghoutim spotkałem się w Ramallah w Gazie, w wieżowcu, w którym mieszczą się biura fundacji Barghoutiego, reprezentanta jednego z najbardziej wpływowych rodów palestyńskich. Lekarz medycyny i biznesmen, wykształcony w ZSRR i USA, był delegatem na palestyńsko-izraelską konferencję pokojową w Madrycie w 1991 r. oraz rywalem Abu Mazena w wyborach na prezydenta Autonomii; był drugi, zdobył 20 proc. głosów. Jest liderem Narodowej Inicjatywy Palestyńskiej, formacji opozycyjnej wobec Fatah i Hamasu. Jego kuzynem jest Marwan Barghouti, wielka nadzieja wielu Palestyńczyków, zwłaszcza świeckich przeciwników Hamasu.
Marwan walczył w pierwszej i w drugiej Intifadzie; był przywódcą Tanzimu, zbrojnych oddziałów Fatah. Skazany w Izraelu na pięciokrotne dożywocie za podżeganie do mordów i terroryzm. A jednak wszystkie wróble w Palestynie i w Izraelu ćwierkają, że niebawem wyjdzie z więzienia i - być może - zostanie kolejnym prezydentem Autonomii. Dla Palestyńczyków jest bohaterem, który może powstrzymać religijnych fundamentalistów. Dla Izraelczyków - choć wielu mówiło mi, że bezsprzecznie ma krew na rękach - może okazać się wiarygodnym partnerem do rozmów pokojowych.
Nie siedzi w zwykłej celi, nie chodzi w pasiaku, ma fax, telefon, kontaktuje się ze światem zewnętrznym. Już z więzienia założył nową partię "Przyszłość", złożoną z młodszej generacji Fatah, jako odpowiedź na skorumpowanie dotychczasowych liderów. Jest ważnym graczem w rozmowach między Fatahem a Hamasem. Odwiedzają go żydowscy członkowie izraelskiego parlamentu; z niektórymi jest zaprzyjaźniony. Powiada o sobie: - Nie jestem terrorysta, nie jestem też pacyfistą. Jestem zwyczajnym facetem z palestyńskiej ulicy, który walczy o swoje, jeśli nikt inni nie chce walczyć o jego prawa.
Mustafa Barghouti to człowiek światowy; właśnie wrócił z podróży do Stanów, gdzie mówił sytuacji na Bliskim Wschodzie w m.in. audycji CNN. Lekko po pięćdziesiątce, elegancki garnitur, cienkie oprawki okularów, kręcone, szpakowate włosy. Pijemy słodką, arabską kawę z małych, podaną w malutkich, kruchych filiżankach.
Lobby i korytarze biurowca, gdzie urzęduje Mustafa Barghouti, zawieszone są zdjęciami ilustrującymi izraelską interwencję w Gazie. To najbardziej zatrważające: zakurzona główka małego dziecka, wystająca ponad rumowisko domu. Na fotografiach widać krew i nędzę, strach i cierpienie. Mam poczucie, że to lekko dwuznaczne: wieszać takie zdjęcia na tle białych, polerowanych marmurów.
Mustafa Barghouti recytuje zdecydowanym, mocnym głosem. W jego opowieści wszystko jest logiczne i spójne, nie pozwala sobie przerwać i chyba nie lubi dyskusji. Uległem jego stylowi, choć nie przekonały mnie argumenty. A jednak wolałem słuchać, niż spierać się. Może po to, żeby usłyszeć więcej.
Paweł Smoleński: - Jak pan postrzega dzisiejszy Izrael?
Mustafa Barghouti: - To kraj apartheidu, represjonujący miliony Palestyńczyków, skręcający nie tylko na prawo, lecz posługujący się rasizmem i kwestionujący zasady demokratyczne. Izrael nie respektuje porozumień międzynarodowych, nie respektuje własnych porozumień, np. w sprawie zawieszenia broni w Gazie. Izrael oszukuje sąsiadów, nie tylko nas, ale też np. Egipt. Izrael nie tylko nie chce pokoju z Palestyńczykami, ale nawet nie pozwala na pomoc charytatywną, która jest w Gazie niezbędna; mnie, lekarzowi, nie wolno tam wjechać. Taki mam obraz Izraela; przykry, lecz niestety prawdziwy.
A wyniki ostatnich wyborów?
- Chce pan, bym doszukiwał się jakiś różnic, lecz ja ich po prostu nie widzę. Nie umiem zrozumieć, czym różni się izraelska prawica od lewicy, dlaczego ma być lepszy Bibi Netaniahu od Ehuda Baraka, Cipi Livni od Awigdora Liebermana, albo odwrotnie.
Jedni mówią o pokoju i ustępstwach, o dialogu z Palestyńczykami. Inni - o bezpieczeństwie Izraela, za czym chowa się niechęć do negocjacji.
- I nikt z nich nie chce zawrzeć prawdziwego pokoju. Negocjujemy z Izraelem od wielu lat. W 1993 r. w Oslo podpisaliśmy porozumienie. Czy zostało wdrożone? Czy Izrael spełnił jego warunki? Nie. Dla mnie proces pokojowy nie jest celem samym w sobie. Celem są konkretne rozwiązania. A tych brakuje.
Dla Palestyńczyków nie ma wielkich różnic w izraelskiej elicie politycznej. Są z grubsza tacy sami: za apartheidem, przeciwko uznaniu prawa uchodźców do powrotu, zgadzają się na rozbudowę osiedli na Zachodnim Brzegu. Odbijamy się od nich jak od ściany.
Dzieje się tak, bo Izrael to inny kraj, niż kiedyś. Są skorumpowani, zepsuci okupacją. Na eksploatowaniu Palestyńczyków i Palestyny w Izraelu wyrosła nowa klasa ludzi. To kraj, w którym armia zajmuje się polityką, co kilka lat pojawiają się nowi generałowie, którzy dopiero co zrezygnowali z wojska. Izrael ma czwartą ekonomię wojenną na świecie. Czy taki kraj chce pokoju? Nie chce. Zobaczyliśmy to w Gazie, izraelskim poligonie wojskowym.
Jeśli jestem zdziwiony, to reakcją światowej opinii publicznej na okrucieństwo w Gazie. Może nie reakcją zachodniej ulicy, ale rządów, parlamentów, poszczególnych polityków. Siedzieli cicho, jakby bali się Izraela. Dlaczego? Czy was, Europejczyków, ciągle trzyma w szachu Holocaust i niegodziwości, które wyrządziliście Żydom? Czy dlatego, że wy zawiniliście, im więcej wolno? Dziwi się pan, że z Gazy ostrzeliwano Izrael? A jakie szkody wyrządzono? Ilu zabito? Z Gazy strzelano w Izrael, bo Palestyńczycy walczą z Izraelem o wolność.
Wyobraża pan sobie wolność pod rządami Hamasu? Nawet w Gazie, skąd Izrael wycofał osadników kilka lat temu? Gazą rządził Hamas. Hamas ostrzeliwał Izrael.
- Celem Palestyńczyków jest rząd jedności i Hamas to rozumie. Znam ich i wiem, że są gotowi przyjąć rozwiązanie: dwa narody - dwa państwa. Hamas nie jest problemem. Problemem jest izraelska okupacja. W okupacji tkwią korzenie konfliktu. Póki będzie trwała, póty konflikt nie zniknie.
Hamas deklaruje zniszczenie Izraela. A już z pewnością o tym marzą ich irańscy mocodawcy.
- To nie jest konflikt ideologiczny. Nie mówmy o starciu cywilizacji. To konflikt humanitarny, ludzki. Nie wolno mi pojechać do Jerozolimy. Nie wolno mi wjechać do Gazy. Po co gdybać o ideologii, skoro rzecz dotyczy życia pięciu milionów ludzi.
Izraelska brutalność w Gazie to też wiadomość dla nas i dla świata. Pięć tysięcy całkowicie zburzonych domów. Dwadzieścia tysięcy zburzonych w części. Zniszczone fabryki i warsztaty. Inwazja była świadomym aktem destrukcji.
Niby Izraelczyków nie ma w Gazie, ale kto kontroluje tam granice lądowe i morskie, kto włada przestrzenią powietrzną? To permanentne oblężenie. W Gazie potrzeba wszystkiego: szkła, cementu, lekarstw. Wszystko jest racjonowane przez Izrael; mogą wpuścić ciężarówkę z materiałami do odbudowy, a mogą nie wpuścić.
W 1967 r. zablokowano Eilat, co Izrael uznał za żywotne zagrożenie i wybuchła wojna. A przecież miał port w Hajfie i w Tel Awiwie. Oblężenie Gazy jest czymś o wiele gorszym, straszniejszym. Nie znam podobnych precedensów w historii. I świat to jakoś akceptuje. W końcu dojdzie do tego, że jeśli nie rządy to zwykli ludzie będą bojkotować Izrael. Młodzi ludzie w Palestynie nie wierzą, że jakikolwiek rząd w Izraelu chce porozumienia. Ostatnim człowiekiem chcącym coś zrobić był Icchak Rabin. I co? Zabili go.
A Ariel Szaron, który wycofał osadników z Gazy?
- Szaron był zbrodniarzem wojennym. Jeśli Izrael zatrzyma osadnictwo na Zachodnim Brzegu, jeśli zlikwiduje punkty kontrolne, zmniejszy codzienne represje, pozwoli pomóc Gazie, wtedy będzie to znak, że się zmienili. Nie jest w interesie Izraela być postrzeganym jako apartheid. Ale na razie jest tylko gorzej.
Może coś zmieni nacisk Stanów Zjednoczonych. Może Obama wytłumaczy Izraelczykom, że tak dalej się nie da. To jedyna nadzieja, że przetrwa idea dwóch państw dla dwóch narodów. Choć coraz mniej Palestyńczyków ma na to nadzieję.
Co to znaczy?
- To znaczy, że jeśli Izrael nie ustąpi, czeka nas długa, wieloletnia walka z apartheidem. Z tym rządem, z kolejnym i jeszcze z kolejnym. Będziemy organizować protesty non violence, pomożemy naszym ludziom przetrwać z dnia na dzień, powstanie w końcu międzynarodowy ruch solidarności z Palestyną, a my sami staniemy się jednością.
I w końcu wydarzy się to, co musi się stać, jeśli Izrael nie zmądrzeje: dopuszczą nas do głosu. Nikt wtedy nie będzie pamiętać o jakiś pomysłach z sufitu, jak osobne państwa dla nas i dla Żydów. A przecież wszyscy wiemy: za parę lat będzie nas więcej niż Żydów. Kto wtedy wygra wybory?