Pojechałem do Izraela w drugiej połowie lutego 2008 r., dwa dni po ostatnich wyborach, a kilka tygodni po interwencji w Gazie, zwanej też wojną z Hamasem. Zdawało mi się dotychczas, że znam ten kraj; oglądałem już krajobraz po kilku izraelskich elekcjach i niejednej wojnie.
Widziałem Izrael żyjący nadzieją po traktatach pokojowych z Oslo. Widziałem zrozpaczony po zabójstwie premiera Icchaka Rabina. I znów radosny, gdy odchodził premier Benjamin Netaniahu, a premier elekt Ehud Barak niósł odnowienie nadziei na pokój. Widziałem Izrael rozdarty na dwa wrogie sobie obozy, jak podczas ewakuacji osadników z Gazy latem 2005 r. Oraz dotknięty traumą drugiej wojny libańskiej, która - choć z militarnego punktu widzenia była zwycięstwem - w oczach ulicy jawiła się jako dotkliwa klęska.
Lecz nigdy nie widziałem Izraela tak bardzo bezradnego i sfrustrowanego. Przerażonego rozmiarami własnej interwencji wojskowej w Gazie, która - zapewniano mnie - była jednak nieunikniona. Miotającego się od skrajnego populizmu po ekspiacyjne wyznawanie win, prawdziwych i domniemanych. Podzielonego konfliktami, które dotychczas zdawały się uśpione.
Źle, bardzo źle, niewyobrażalnie Pierwszy raz usłyszałem pełne pesymizmu zdanie "Dobry scenariusz to taki, gdy będzie źle. Realny scenariusz - będzie bardzo źle. Zły, lecz równie prawdopodobny jak optymistyczny - stanie się coś, czego sobie nie wyobrażamy".
• Bo do drzwi puka światowy kryzys, a gospodarka Izraela jest nań całkowicie nieodporna.
• Bo nader ważni w izraelskiej polityce stali się ludzie, którzy posługują się jawnym rasizmem i tęsknią za autorytarną władzą.
• Bo nie wiadomo, jak ułożyć się z Palestyńczykami i czy w ogóle można się jeszcze z nimi ułożyć.
• Bo niby trwa zawieszenie broni z Hamasem, lecz na południowy Izrael ciągle lecą rakiety.
• Bo Iran i bomba atomowa, Bractwo Muzułmańskie w Egipcie, syryjska niewiadoma, terroryści z prawa i z lewa.
Pierwszy raz moi znajomi i przyjaciele mówili z żalem, że może nadszedł czas, by wyemigrować z kraju, do którego jechali ich dziadkowie i rodzice.
Co takiego się stało? Partia Nasz Dom Izrael, utworzona przez rosyjskojęzycznych Żydów, zdobyła 15 mandatów w Knesecie; jest trzecim ugrupowaniem po centrowej Kadimie i prawicowym Likudzie. Nie ma w tym nic dziwnego, skoro Rosjan jest w Izraelu półtora miliona. Lecz fakt, że w parlamencie zasiądzie 15 posłów otwarcie odwołujących się do rasistowskich haseł, budzi wielki niepokój.
Przeczytaj moją rozmowę ze Stasem Meseżnikowem, najbliższym współpracownikiem lidera partii Avigdora Liebermana >> Dodajmy do tego czterech deputowanych skrajnej prawicy nawiązujących do ideologii rabina Meira Kahane (jego partia Kach została zdelegalizowana za rasizm i nawoływanie do przemocy wobec Arabów). Dodajmy ugrupowania religijne.
A z drugiej strony - jedenastu przedstawicieli izraelskich Arabów, coraz częściej zerkających w stronę islamskiego fundamentalizmu.
Przeczytaj rozmowę z Ahmadem Tibim, byłym doradcą Jasera Arafata, posłem do Knesetu ze Zjednoczonej Listy Arabskiej >> Znajomy prawnik powiedział mi, że prosta
matematyka wyborcza wskazuje, iż kilkadziesiąt procent izraelskiego społeczeństwa obraziło się na demokrację.
Na centrowej Kadimie ciążą oskarżenia korupcyjne wymierzone w byłego premiera Ehuda Olmerta. Prawicowy Likud chce osiągnąć z Palestyńczykami tzw. pokój ekonomiczny (co to ma być, nikt nie wie), podczas gdy Izraelowi potrzebny jest pokój bez przymiotników. Lewica w totalnej rozsypce. Amos Oz, pisarz, człowiek lewicy i orędownik porozumienia z Palestyńczykami, ogłosił w izraelskim
radiu, że Partia Pracy odegrała już swoją rolę. Zresztą - wielu moich rozmówców uważa, że Partię Pracy od centrum i lewicy różnią dziś tylko personalia.
Przeczytaj rozmowę z Nitzanem Horowitzem, deputowanym do Knesetu z lewicowej partii Merec >> Pat po palestyńskiej stronie granicy Interwencja w Gazie osłabiła tamtejszy Hamas, ale co z tego, skoro wzmocniła fundamentalistów na Zachodnim Brzegu. Prezydent Autonomii Abu Mazen przedłużył o rok swoją kadencję, ale wydaje się całkowicie pozbawiony politycznej inicjatywy.
Kiedy w Ramallah rozmawiałem z wysokimi urzędnikami Autonomii, ale też z politykami opozycji, odniosłem wrażenie, że nie mają żadnego pomysłu na negocjacje z Izraelem prócz powtarzania wytartych formułek, że to Izrael nie chce negocjacji. Zdaje mi się, że obie strony cierpią na brak przywódcy z polityczną wizją przekraczającą doraźny horyzont.
Izrael, który jawił mi się cudem zbudowanym przez 60 lat na jałowej, bezwodnej pustyni (cuda, co widać w Izraelu, nie muszą być doskonałe), sam czeka na cud. Może przyniesie go Barack Obama, jeśli postawi sobie za punkt honoru ustanowienie pokoju na Bliskim Wschodzie? Może pojawi się jakiś izraelski polityk, który będzie mieć charyzmę Menachema Begina, doświadczenie Szymona Peresa, wojskowe dokonania równe Arielowi Szaronowi i Icchakowi Rabinowi, a nade wszystko wizję pierwszego premiera Dawida Ben Guriona, który nigdy nie pytał, czego lud chce od niego, lecz wiedział, co ludowi potrzeba. A może kraj zaskorupieje i nic się nie stanie, choć w tym regionie świata "nic" może oznaczać równie dobrze sukces, jak i kompletną porażkę.
Moje rozmowy O to wszystko pytałem moich izraelskich znajomych polityków, pisarzy, publicystów, ale też ludzi, którzy spekulowanie o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości mają na swój prywatny użytek. Ile głosów - tyle opinii, co akurat w Izraelu jest niezmienne i aksjomatyczne jak definicja prostej w geometrii. Pozwalają więcej zrozumieć, co nie znaczy, że izraelski puzel chce się jakoś ułożyć.
I. Rozmowa ze Stasem Meseżnikowem, najbliższym współpracownikiem lidera partii Avigdora Liebermana >> II. Rozmowa z Ahmadem Tibim, byłym doradcą Jasera Arafata, posłem do Knesetu ze Zjednoczonej Listy Arabskiej >> III. Rozmowa z Nitzanem Horowitzem, deputowanym do Knesetu z lewicowej partii Merec >> IV. Rozmowa z Mustafą Barghoutim, jednym z najbardziej wpływowych liderów Palestyńczyków >>