Moje "ale" to wrażenie zamieniające się w niezachwianą, niepodważalną pewność, że w dyskusji toczącej się od wieków, ba! Od początku świata, o wyższości i niższości płci, ludzie krążą wokół problemu, a on sam nie pozwala dyskutującym ani przybliżyć się do sedna, ani oddalić od centrum.
Z tego, co widzę i wiem z doświadczenia oraz danych statystyczno-encyklopedycznych, po prostu jesteśmy: kobiety i mężczyźni, samice i samce.
Jeśli popatrzeć na zjawisko antagonizmów płciowych z punktu widzenia czysto biologicznego, na istotach rodzaju żeńskiego spoczywa przeważająca część ciężaru odpowiedzialności za trwałość gatunku. Ale czy z tego powodu samice żądają specjalnego traktowania? W okresie lęgowym czy popołogowym (narodziny młodych, okres ich karmienia i wychowywania) zdecydowanie tak. Ale potem? Pojedyncze osobniki, pary i stada żerują zgodnie lub mniej zgodnie bez względu na płeć.
Z punktu widzenia religii, opartych zresztą na obserwacji zjawisk przyrody i racjonalnych (choć często wyrażonych symbolicznie) wnioskach stąd wypływających, jest podobnie: mężczyzna i kobieta mają różne obowiązki. Zatem wyznając jakąś wiarę czy ideologię wypada się temu podporządkować, a jeżeli ktoś nie chce, to reformuje to, co jest, albo proponuje nowe.
Ale na tym najlepszym ze światów nic nie może być proste. Bo pojawia się bardzo medialny problem-samograj. Niby chodzi o to, że nie jesteśmy równi, że mężczyźni dyskryminują kobiety, ale tak naprawdę szukamy argumentów, by potwierdzić, że my, przedstawiciele takiej to płci, jesteśmy bardziej udanymi przedstawicielami gatunku ludzkiego, a tu nas się traktuje niewłaściwie.
Więc kto jest lepszy? Logika podpowiada: lepszy jest lepszy, bez względu na płeć. Wprawdzie dla mnie kobieta na ringu, na podeście czy w czołgu jest śmieszna, ale to nie znaczy, że kixbokserka nie położy mnie jednym ciosem (różne sposoby fizycznego pokonywania przedstawiciela swego gatunku znam na szczęście jedynie z filmów), Agata Wróbel na pewno podniesie więcej niż ja, a pułkowniczka w czołgu szybciej trafi we mnie niż ja w nią, jeśli ktoś powierzyłby mi na chwilę czołg albo armatę. Z kolei one nie dokonają lepiej niż ja rozbioru gramatycznego i logicznego wypowiedzenia wielokrotnie złożonego. Lecz czy to powód, by się wzajemnie wytykać palcami?
W moim rodzinnym domu były trzy kobiety i pięciu mężczyzn, ale to one częściej decydowały o czymś niż my. W mojej "dorosłej" rodzinie - żona, dwaj synowie, wnuk i ja - ona decyduje o wszystkim. Podobnie dzieje się wokoło nas. Jakoś nie udaje mi się wypatrzeć tych tysięcy pokrzywdzonych i wykorzystywanych niewiast - mówię o środowisku wiejskim i inteligenckim.
Przez lata pracowałem w szkołach (jestem polonistą-emerytem) i tam także nie zauważyłem hegemonii i tyranii mężczyzn. W naszej gminie funkcje najwyższe sprawowali naczelniczka, a po niej naczelnik, potem wójcina, a obecnie wójt. Ale w latach podległości kobiecie rodzina, szkoła czy gmina nie rozkwitała jak czarodziejski kwiat ani nie więdła pod niszczącą męską ręką.
Szanowni państwo, panie, panowie! Przyjmijmy lepiej, że istnieją dobrzy i źli ludzie, a nie dobre kobiety i źli mężczyźni, i przestrzegajmy tej zasady, byle trochę lepiej niż dziesięciorga przykazań.
Źródło: Gazeta Wyborcza