http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dlaczego jestem feministą trochę innym niż Stefan Chwin

Robert Kozłowski, feminista*
2009-06-23, ostatnia aktualizacja 2009-06-23 18:17

Stefan Chwin w swoim ''równościowym'' manifeście wielokrotnie, gładkimi słowy, podkreśla potrzebę zachowania idealnej równości w traktowaniu mężczyzn i kobiet. Brzmi to zgrabnie i elegancko, jednak spod tej powierzchownej troski o równość przeziera dużo już mniej eleganckie, staranne ignorowanie faktu, w którą stronę wahadło nierówności jest dzisiaj wychylone i głęboka, a małostkowa troska o to, żeby czasem tym zachłannym kobietom nie dostało się zbyt wiele.

ZOBACZ TAKŻE
Przeczytaj manifest Stefana Chwina ''Równo, czyli po połowie''.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Tymczasem, jeśli ma być po połowie, czyli po równo, to powinniśmy oddać kobietom jakieś 90 proc. miejsc w parlamencie na najbliższe 20 lat za to, że w poprzednich 20 latach 90 proc. miejsc zajmowali tam mężczyźni, jak też 100 proc. miejsc na uczelniach na najbliższych kilkaset lat za to, że przez kilkaset lat kobiety nie były do studiów wcale dopuszczane (np. na terenach dzisiejszej Polski, w Galicji, pozwolono kobietom studiować dopiero w 1897 roku). W zamian sami powinniśmy zająć ich miejsce przy pralce, kuchni i dzieciach. Nawet nie chcę mówić na jak długo...

Trudno się nie zgodzić, kiedy p. Chwin pisze, że uważa że "mężczyzna, który jest mniej utalentowany i gorzej pracuje niż kobieta, powinien zarabiać gorzej niż kobieta, kobieta zaś, która jest mniej utalentowana i pracuje gorzej niż mężczyzna, powinna zarabiać gorzej niż mężczyzna". Jednak po choćby pobieżnym rozejrzeniu się dookoła, nie sposób nie zapytać, która z tych sytuacji ma miejsce częściej w naszej rzeczywistości i dlaczego tak się dzieje. A najważniejsze: co należy zrobić z pracodawcami łamiącymi te zasady i jak pomóc kobietom, które są przez nich dyskryminowane. Jak dowiadujemy się z dalszej części tekstu, bynajmniej nie należy wymuszać na pracodawcach (i pracodawczyniach) stosowania żadnych parytetów, a na ojcach - brania urlopów na opiekę nad dziećmi po równo z kobietami, ani żadnych innych tego typu "nierównościowych" technik.

Jednocześnie jakoś nie mamy skrupułów w korzystaniu z parytetu np. przy obsadzaniu stanowisk w instytucjach unijnych, zamiast cierpliwie czekać, aż dokona się zmiana pokoleń wśród unijnych urzędników i "nasi" pracownicy zajmą tam należną, proporcjonalną ilość miejsc. Ba! Nie wzbudza sprzeciwu pomysł prowadzenia rozpraw rozwodowych przez parę sędziów różnej płci, bo wszak wyrok dotyczy po równo mężczyzny i kobiety. Czemu więc pomysł posunięcia się na ławach władzy i zrobienia na nich trochę miejsca kobietom, wywołuje natychmiast gromkie sprzeciwy - również u ludzi deklarujących wrażliwość na kwestie równości? Wszak decyzje tych władz także dotyczą zarówno mężczyzn, jak kobiet. Natychmiast staje przed oczami jedno ze zdań wyżej zamieszczonej wypowiedzi p. prof. Osiatyńskiego na ten sam temat: "nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne". Tak, trzeba się trochę rozejrzeć, a przede wszystkim - chcieć zobaczyć.

Trudno nie zgodzić się też z inną tezą p. Chwina: "mężczyzna, który mówi językiem dyskryminującym kobiety, jest godny potępienia w równym stopniu jak kobieta, która mówi językiem dyskryminującym mężczyzn". Tylko ile pan słyszał tych kobiet, mówiących językiem dyskryminującym mężczyzn? W Polsce jesteśmy w środku tak głębokiego konserwatyzmu, że łatwiej jest już raczej znaleźć kobietę, używającą języka dyskryminującego... kobiety. Co wcale nie jest takie szokujące, jeśli się przeczyta cokolwiek o psychologii społecznej. Ale znów - trzeba chcieć zobaczyć, kto naprawdę wymaga ochrony przed dyskryminującym językiem.

Jeszcze bardziej groteskowo ta pozorna równość wygląda w następnym akapicie wypowiedzi p. Chwina, w którym pisze on: "uważam, że mężczyzna, który stosuje przemoc psychiczną i fizyczną wobec kobiety, powinien być karany równie surowo jak kobieta, która stosuje przemoc psychiczną i fizyczną wobec mężczyzny". Tak, kobiety stosujące przemoc zasługują na takie same kary za te same winy. Tylko że te winy bynajmniej nie są rozłożone "równo, czyli po połowie". Fakty są niestety takie, że gdzieś z 90 proc. przypadków przemocy fizycznej to przemoc mężczyzn wobec kobiet. To o kogo tutaj się należy zatroszczyć? Ale tak naprawdę?

Hipokryzją już natomiast olbrzymią - bo u człowieka z minimum wiedzy o świecie to nie może być przypadkowe przeoczenie - jest dzielenie po równo między mężczyzn i kobiety odpowiedzialności za edukację pro-wojenną. Jak świat światem wojna była zabawą męską i pojedyncze przypadki, jak np. żołnierki izraelskie, czy choćby kobiece bataliony w AK podczas II W.Ś. w żadnym razie tej regule nie zaprzeczają. Trzeba się więc ograniczyć do uderzania we własne, męskie piersi, jeśli się potępia promowanie wśród dzieci (a ściśle - chłopców) militarnych zabaw i zabawek. Nawet jeśli ostatecznie zakupu takich zabawek dokonują ich mamusie.

Podsumowując - taki "feminizm", jak zaprezentowany w tym manifeście, uważam za tchórzliwy i małostkowy. Brakuje w nim odwagi do przyznania się do korzystania z ułatwień i przewag, które nam, mężczyznom, patriarchalna rzeczywistość funduje. Bynajmniej bez jakichś szczególnych zasług z naszej strony. Jak też odwagi do przyznania, że to my, mężczyźni, jesteśmy odpowiedzialni za trochę niestety więcej, niż połowę zła na tym świecie. Dlatego być feministą szczerym, to być gotowym do zrobienia trochę miejsca kobietom, do dania im paru ułatwień np. w starcie do kariery zawodowej, czy politycznej - bez konieczności wykazywania się przez nie a priori jakimiś szczególnymi umiejętnościami. Aż staną się im te ułatwienia niepotrzebne, bo obudzimy się w świecie bez "żadnej nierówności, pogardy, przemocy i dyskryminacji płci".

*Robert Kozłowski, podpisany pod manifestem prof. Osiatyńskiego.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':