Uwielbiam kiedy ona ma długie, proste włosy, kiedy poprawia je niedbałym gestem, kiedy przemierza z gracją gazeli rozpalone do czerwoności miasto. Ale każda, najmniejsza nawet, próba zmniejszenia dystansu skazana jest z góry na niepowodzenie. Ucieka spłoszona, pozostawiając po sobie zapach perfum i po raz kolejny utwierdzając mnie przekonaniu, że daleko mi do zręczności lamparta. I kiedy wreszcie udaje mi się zapędzić ją w kozi róg, zadaję jej to odwieczne pytanie: czego właściwie ode mnie oczekujesz? Ona odpowiada wtedy: dobrego serca, żebyś miał dobre serce. Deklaracja, przyznacie Państwo, co najmniej dziwna w ustach, przeglądającej się w moich kocich, lekko zmrużonych oczach, gazeli. A potem już następuje istna litania: że partnerski związek, że poczucie misji, że wspólnota duchowa i, a jakże, majątkowa, że szczerość aż do bólu, ze miłość aż po grób, że Ale ja już wtedy jestem myślami daleko stąd, wewnętrzna projekcja podpowiada mi słowa, słyszę wyraźnie - to Artur Żmijewski z nienaganną dykcją mówi: "Jak to załatwimy, reszta jest łatwa jak kobiety".
Koniec końców scenariusz ten, z nielicznymi wyjątkami, powtarzał się niemal od początku. Za każdym razem, kiedy przekraczam próg jej cielesności, czeka mnie niemiła niespodzianka - ona chce żebym miał dobre serce, ona chce, żebym ja kochał jak dotąd jeszcze nikt. A wtedy, w to lipcowe popołudnie wyglądała tak zjawiskowo, nie przymierzając jak wspomniana tu już gazela. "Boże, jaki byłem głupi!"
Przyznaję, nie rozumiem ani świata, który mnie otacza, ani tym bardziej czasów, w których przyszło mi żyć. Śmieszą mnie te wszystkie modliszki, kokietujące niezgrabnie swoją pozorną niezależnością, odmieniające to słowo przez wszystkie znane im przypadki, próbujące zaklinać rzeczywistość. W gruncie rzeczy - miałem okazję przekonać się o tym na własnej skórze - to tylko gra pozorów, maska, pod którą kryje się kobiecość: niedoceniona, spragniona pieszczoty, niepewna swojej wartości.
Obiecuję sobie nie od dziś, że wyciągnę ostateczne wnioski z popełnionych błędów. Przede mną długa droga. Wciąż jeszcze daleko mi do cyrkowych akrobacji lamparta, w moim mentalnym słowniku w zasadzie nie istnieje słowo "empatia", w relacjach z kobietami zbyt często kierowałem się stereotypami. Owszem, mają one w sobie narkotyczny wdzięk, z łatwością organizują życie, w ostatecznym rozrachunku jednak to ślepa uliczka. Bo kobieta to zjawisko - niepowtarzalne, zapierające dech w piersiach, umykające wszelkim porównaniom.
Wierzę, że któregoś pięknego, letniego dnia uśmiechnie się do nas szczęście. Odrzucę precz przesądy, strach, stereotypy, płytę z filmem Pasikowskiego spalę. Wierzę w przeznaczenie, w swoją nadwrażliwość, która akurat na tym polu może okazać się nie do przecenienia. Wierzę w nasze spotkanie w jednym z tych rozpalonych do czerwoności miast. O jedno, wszakże, tylko Cię proszę. Niech tym wymarzonym miejscem nie będzie Sarajewo. Niech to będzie każde inne miasto, tylko nie ono. Wszędzie, tylko nie tam. Sama rozumiesz
Źródło: Gazeta Wyborcza