http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Męskość kobiety wyczuwają szybko

Rozmawiała Dorota Wodecka
2010-07-16, ostatnia aktualizacja 2010-07-16 20:28

Kończę swoją płytę i dużo pracuję, co wymaga skupienia. I choć zmieniam pracownię na mieszkanie, zostaję w tej pracowni mentalnie. A w mieszkaniu rządzą zupełnie inne prawa. Trzeba przygotować fasolkę, odkurzyć, porozmawiać o tym, co się wydarzyło w ciągu dnia. Czasami nie radzę sobie z tym przeskokiem

Andrzej Smolik
Fot. Marta B?aNejowska / AG
Andrzej Smolik
Dorota Wodecka: Wojciech Waglewski, z którym pan gra, twierdzi, że "muzyk to wojownik". Pan jest wojownikiem?

Andrzej Smolik: W tym fachu trzeba mieć w sobie precyzję samuraja czy rycerza. I wykazać się swoim kunsztem, dobrą formą, groźną, połyskującą, gotową do ataku bronią i oczywiście wielkim sercem. Wyjść na scenę, zaproponować siebie i nie pozwolić się zgładzić przez tę krótką chwilę. Zawalczyć o chwilę uwagi i wzruszenia.

A wojownikiem jestem szczególnie w pojedynku z samym sobą i z muzyką. Kiedy czuję, że wiem, jak ma być, niechętnie idę na kompromis.

Skąd pan wie?

- Intuicja. Wbrew zasadom i głosom sprzeciwu angażuję się we wszystko, czego prawdziwość i słuszność czuję pod skórą. Tak było choćby przy płycie z Krzysztofem Krawczykiem. Koledzy uważali, że będę skończony, jak w to wejdę. On śpiewał o rejsie parostatkiem, a ja tworzyłem wtedy muzykę klubowo-elektroniczną i nie cool było robienie czegoś razem. Gdy spotkaliśmy się, poczułem, że to jest superfacet, który w dodatku świetnie śpiewa. Ciepły, bogaty w doświadczenia, swój człowiek z wielkim sercem. Zrobiliśmy płytę, a kumple schylili czoła.

Jakie jeszcze cechy ceni pan w mężczyznach?

- Prawdziwość, bez względu na konsekwencje. To lepsze niż konformistyczny model środkowoeuropejski, gdzie ogólnie jest miło, byleby tylko zbytnio nie zagłębiać się w szczegóły. Lubię wiedzieć, kto kim jest. Lubię ludzi z pasją. Szczerych, otwartych, spontanicznych, inteligentnych. I silnych na tyle, że są w stanie pociągnąć mnie za sobą albo zetrzeć się ze mną. Dobrze jest równać w górę. Mówienie o tym nie jest może cool, ale my, faceci, też ze sobą konkurujemy. Tylko w przeciwieństwie do kobiet nie walczymy ze sobą plotką, nie staramy się swojego rywala ośmieszyć, tylko wiemy, że i tak we dwóch jesteśmy silniejsi niż w pojedynkę. W kobiecej naturze jest trochę więcej zawiści.

Skąd się bierze solidarność facetów?

- Może z poczucia słabości? Może jest umocowana w dalekiej przeszłości, bo łatwiej w dziesięciu zapolować na mamuta niż samemu, chociaż zostaje mniej mięsa na jednego. Mam wrażenie, że kobiety czasem wolą wszystko zachować dla siebie. Choć ostatnio płcie się przecież przebiegunowują. Byliśmy jakiś czas temu z Anią w Berlinie. Niedzielne popołudnie i mnóstwo facetów z dziecięcymi wózkami. Brak kobiet aż rzucał się w oczy. Skąd taka zmiana? Może mężczyźni, chcąc zapomnieć o historii i nazistowskim kontekście, starali się przez ostatnie dekady nie afiszować się ze swoją męskością, odwagą, dominacją. Więc kobiety przejęły męską energię. To one stały się silne, pracują, zarządzają korporacjami, robią to, co przynależało do mężczyzn, a kolesie opiekują się dziećmi. W Polsce też. Mam sporo znajomych, których kobieta pracuje, jest superaktywna i walczy o byt, a koleś wychowuje dzieci i gotuje obiad. Coś się po prostu zmienia.

To dobrze?

- Nie wiem. Kobieta, która dostaje tak dużą władzę i moc, często czuje się trochę bezradna i nieszczęśliwa, i trochę samotna na tak rozległym terytorium. Mężczyzna, który ustąpił pola, obrywa od niej nieustanne klapsy za to, że nie jest taki, jakby naprawdę chciała. A chciałaby mieć pewnego siebie partnera, który zapytany: "Kochanie, dokąd pójdziemy coś zjeść?", nie odpowie: "Nie wiem. A gdzie byś chciała?". Umiejętność podejmowania przez mężczyznę decyzji prowadzi moim zdaniem do większego szczęścia w związku. W końcu jesteśmy ewolucyjnie przystosowani do tego, by podjąć decyzję, zdobyć pożywienie i ochronić potomstwo. O utrzymaniu ciągłości gatunku nie wspomnę.

Ale z wygodnictwa przestaliśmy się wystawiać na ostrzał, stając się coraz bardziej miękcy, zniewieściali i słabi. No, ale jeżeli ktoś nigdy nie dostał w twarz, nie walczył, to potem nie wie, jak trzeba się bić, i ze strachu nie będzie wystawiał się na ciężkie próby.

A może nie ma już o co walczyć?

- Zawsze jest o co zawalczyć. Zaczynając od domu i siebie. Tutaj leży źródło dużych zmian. Wszyscy się trochę różnimy, mamy inne potrzeby i czasem, by je zaspokoić, trzeba stawić czoła przeszkodom. Dobrze jest przeżyć życie według własnej recepty i małymi krokami osiągać małe cele, a ostateczny bilans wyjdzie zaskakująco dobrze.

A pana hartowały razy?

- Nie byłem chowany pod kloszem. Miałem sporo wolności, z której różnie korzystałem. Ocierałem się o bardzo skrajne klimaty. Kiedy dorastałem, nie było izolacji i pomiędzy środowiskami, i klasami społecznymi. Miałem oparcie w domu, ale na podwórku panowały surowe zasady. Trzeba było sobie radzić. Za imprezowanie wyrzucono mnie z akademika i waletowałem przez dwa lata. Studiów nie skończyłem. Marzyłem o życiu muzyka i rodzice mnie wspierali. Kupowali wymarzone instrumenty. Woleli jednak, bym skończył studia, a muzykę traktował jak hobby. W naszym otoczeniu nie było nikogo, kto by z tego żył, pomijając muzyków dancingowych oczywiście, więc perspektywa wydawała się nieco przerażająca.

Pierwsza gitara?

- Miałem ich siedem czy dziewięć, choć marnej jakości. Rosjanie stacjonujący w Świnoujściu, skąd pochodzę, mieli zakaz wstępu do Peweksu. Najtańsze papierosy kosztowały tam 30 centów, więc kiedy dostawałem od ojca dolara, miałem na trzy paczki. Za każdą paczkę fajek, takich długich brązowych cygaretek, dostawałem od Ruskich gitarę. To nie był żaden dryg do biznesu, bo ten to miał mój kolega. Za parę paczek zahandlował żywego konia. Niezapomniane wspomnienie. Siedzieliśmy wtedy u kumpla w pokoju, na parterze, i oglądaliśmy rybki w akwarium, gdy nagle przez okno zajrzał Norbert w wielkim peruwiańskim sombrero. Konia wtedy nie widzieliśmy, tylko samo popiersie Norberta. Jak przyszli rodzice z pracy, to zostawiliśmy tego konia na trawie między blokami i się po prostu pasł. Ktoś go potem zabrał.

Ojciec dawał panu dolary?!

- Tato był szefem przedsiębiorstwa połowów dalekomorskich, poważnej instytucji. Jeździł po świecie i danie synowi dolara nie było wielkim problemem. Przelicznik dolara do złotówki był wówczas astronomiczny, a ponieważ w Polsce wszystkiego brakowało, to i wszystko mnie cieszyło. Nie musiał przywozić mi motoroweru. Wystarczyły owoce, gumy do żucia, jakieś spodnie i przez miesiąc była jazda i radość w szkole. Marynarze, którzy jeździli na półroczne wymiany, wracali do kraju czarterowym samolotem. I tego dnia na szkolnych korytarzach było widać, czyj tato wrócił. Jeden święty dzień wypasu. Tu pasek ze zdjęciem zespołu, piórnik lub banan. Wszyscy chwalili się artefaktami od starych i chodzili z podwiniętym rękawem, by było widać nowego elektronika z kalkulatorem. Po moim rocznym pobycie z rodzicami w Peru przestały mnie te dobra zachwycać. Stały się normalnością, mimo że powrót do kraju okupiłem depresją. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego w Polsce jest tak szaro, marnie. Dlaczego w szkole wiszą jarzeniówki, śmierdzi, a ludzie kradną wszystko, co się błyszczy i ma inny kolor niż szary.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':