Rozmowa z pisarzem Mariuszem Sieniewiczem*
Grzegorz Giedrys: Nazywasz się feministą. To stwierdzenie budzi trochę mój językowy sprzeciw, wyczuwam w tym modną pozę.
Mariusz Sieniewicz: Nie, ja siebie tak nie nazywam. Tak mnie nazywają. Czasem. Wtedy nie protestuję. Co więcej, traktuję tę etykietkę jako komplement. Staram się być feministą offowym (śmiech), to znaczy nie narzucam swojego feminizmu i być świętszy od papieżyc. A językowy sprzeciw? To zależy, o którym języku mówisz, bo ich jest wiele. Język Polaka, Katolika, Mężczyzny, Cejrowskiego, bohatera filmów Pasikowskiego być może się sprzeciwia. Ale on zawsze ma takie problemy, gdy musi dźwignąć coś, co go przerasta i narusza jego terytorium. Jeśli czuję, że we mnie ten patriarchalny język wierzga, wtedy muszę tym bardziej iść z im na wojnę. Tego domaga się nie pamięć Ojców, lecz pamięć Czarownic.
To kto to taki ten Sieniewicz feminista?
- O, jest bardzo dużo feministów, zwłaszcza w ostatnim czasie. Są neofici na klęczkach, są politycznie poprawne lisy, są feminiści biblioteczni, feminiści kawiarniani i zwyczajni pantoflarze, którzy pod pozorami feminizmu wybierają łatwe życie bez brania za nie odpowiedzialności. Cynizm pojawia się wtedy, gdy mężczyzna zachwala wbijanie gwoździa przez kobietę, mimo że towarzyszy temu demolowanie całej ściany. Moja definicja feminizmu jest dosyć prosta. Skoro zostałem wychowany na człowieka w spodniach, który do śmierci powinien być dumny z tych spodni, choć coraz bardziej kusych i przetartych, warto dostrzec walory sukienki, warto w kobiecie ujrzeć Innego i pozwolić, aby ten Inny - na równych prawach - zaczął współtworzyć mój świat. Jestem to winny swoim babkom, matkom, siostrom i tym wszystkim kobietom, które budowały moje człowieczeństwo. Nic oryginalnego.
W jednym z opowiadań ze zbioru "Żydówek nie obsługujemy" opisujesz ciało panny młodej, które przypomina palimpsest - pisały po nim ciała innych mężczyzn. Ona też jest inna?
- Jest inna, ale jest przede wszystkim przedmiotem, obiektem. Nadal ciało kobiety w relacji z mężczyzną jest zdobywanym kontynentem. Obowiązuje zasada podboju, poetyka kolonialna. W knajpach, na imprezach, w relacjach pracowniczych, rodzinnych. Kolumbowie rządzą. Czyżbym się zagalopował?
Proszę bardzo, nie krępuj się, galopuj.
- Dobrze, Kolumbowie rządzą we wszystkich relacjach budowanych na hierarchii i zależności. Choć kryje się w tej postawie niekonsekwencja. Zawołany kolonizator domaga się od swej wybranki czystości, podczas gdy to ciało było podbijane i plądrowane przez jemu podobnych. No i wtedy popada w paranoję. Budzi się w nim moralista, etyczny czyścioch. Mężczyźni pilnie strzegą granic swojej cielesnej autonomii, często czynią z niego temat tabu, oczywiście poza fallusowymi przechwałkami. Tymczasem ciało kobiety jest świadectwem swoich zdobywców. Sfera nienaruszalności jest w świecie kobiecym o wiele mniejsza. Te wszystkie "czary przepełnione", "naczynia ufne i otwarte" To wychodzi na wierzch między innym podczas polskich wesel.
Panna młoda odsłania kolanka, zdejmuje podwiązki, przetacza jajko przez nogawkę pana młodego?
- Tak. Te zabawy z panną młodą budzą społeczną aprobatę. Wuj, świeżo upieczony szwagier, kuzyn żywiołowo zachęcają do zabawy. Trochę przerysowując, ale tylko trochę, można w tym dostrzec jakąś formę społecznego, rytualnego gwałtu. Po nim ciało panny młodej jest prawdziwie ciałem społecznym! A kwintesencją tej zabawy jest taniec z panną młodą za wrzucony do koszyczka grosik. Wziąć w ramiona pannę młodą może każdy Rysiek, Zdzisiek i Tadzik, panna młoda odmówić nie może. Nie rozumiem tego braterstwa fallusów.
Z kolei mężczyźni chętnie mówią o solidarności jajników.
- No, mówią. Zamiast wspólnego pobrzękiwania kluczykami od wypasionych bryk, zamiast buńczucznego wymachiwania szabelkami, wolę obraz świata, w którym nad makowcem gawędzą sobie panie Stasia, Krysia i Zosia. Kobiety, te kobiety niezagarnięte przez dewocję i purytanizm tworzą przestrzeń nieinwazyjnego pacyfizmu, a czasem nawet anarchii, błędu w systemie. Dlatego wolę solidarność jajników niż braterstwo fallusów zbudowane na pokrzykiwaniach: Bóg, Honor, Ojczyzna! To jest groteskowa zabawa chłopięca, i bezkarna. Gdy widzę ponad trzystu gości w Sejmie, to dostrzegam małych chłopców w gatkach, którzy idiotycznie, ale z niezmienną powagą demiurgów przebierają nóżkami. Jest w tym coś niepojętego: nasz los zależy od chłoptasiów, z których zdecydowana większość nie wyrosła jeszcze z zabaw w wojnę i którzy psotnie, z lubością zaglądają dziewczynkom pod sukienki.
Co masz na myśli?
- A problem aborcji na przykład. A in vitro na przykład. A społecznie restrykcyjny problem macierzyństwa. Ale niech który napisze ustawę, nakazującą wszystkim posłom rodzaju męskiego poddawać się obowiązkowym badaniom prostaty i uzyskiwać jej regulaminowe rozmiary, to podniesie się larum. Bo ciało mężczyzny jest tabu. Nie umiemy o nim mówić normalnie, zawsze w tle widać zarysy jakiegoś Kamieńca Podolskiego albo antycznej tragedii. Tak się pięknie ustawiliśmy.
Kiedyś przyznałeś, że patriarchat jest koszmarnym sennym koszmarem, który nie może się skończyć.
- Chyba przesadziłem, choć na prowincji tatuśkowo-wąsate Chincyki trzymają się mocno. Czuję jednak, że ten świat powoli dogorywa, że dotknął już własnych bebechów, a jego twórcy robią dobrą minę do złej gry. Patriarchalne warunki są nie do zniesienia również dla wielu mężczyzn.
Dlaczego? Doskonale sobie w tym świecie radzimy.
- Naprawdę? A mnie się widzi, że mężczyźni gonią w piętkę. Są mentalnymi zawałowcami i kowbojami z westernu klasy C. Kasa, samochód, praca, zawód, wykształcenie, siła fizyczna, wpływy i te wszystkie banalne emblematy testosteronu, który czasami aż się wylewa uszami, a czasami tyle go, co kot napłakał. Ale gdyby nas z tego wszystkiego brutalnie odrzeć, zostanie tylko język. Tylko i aż. Język tradycji i kultury, który ustanawia społeczne hierarchie, wpycha kobiety między kuchnię a sypialnię, a nam każe wypychać portfele kartami kredytowymi. To stereotypy, które przedrzeźniają nas samych. Jesteśmy mocni w gębie. Ale tak naprawdę ta sfera językowej hegemonii powoli się kurczy.
Źródło: Gazeta Wyborcza