http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Poeta w wieku męskim

Dorota Wodecka
2011-01-31, ostatnia aktualizacja 2009-11-13 10:52

Związek mężczyzny i kobiety jest jak wiersz. Wiersz nie potrzebuje zbyt wielu komentarzy, albo jest dobry, albo nie jest, działa albo nie. Inaczej staje się męczarnią


Fot. Grazyna Makara / AG
ZOBACZ TAKŻE
Dorota Wodecka: Dopadła już pana klęska wieku dojrzałego? Podobno to dla was typowe w okolicach czterdziestki.

Tomasz Różycki, poeta: Najpierw trzeba by uznać siebie za dojrzałego - a to już jest jakaś akrobacja umysłowa - żeby mieć poczucie klęski. Chyba że najpierw przychodzi poczucie klęski i to ono daje znać o tym, że czas upływa, a nasze życie nie jest takie, jakie miałoby być. Ale ja myślę, że wszystko jest dobrze.

To znaczy?

- Mam momenty zwątpienia, ale poczucie klęski jest mi obce. Dopóki wiele rzeczy uważam za możliwe i dopóki możliwe są marzenia, a tęsknoty niezrealizowane, dopóty jest dobrze. Nawet powiedziałbym, że wręcz przeciwnie - mam poczucie niekoniecznie zasłużonego, ale bardzo upragnionego szczęśliwego życia, tego, że po strasznych czasach nadchodzą piękne. Chciałbym umieć się nimi cieszyć bez żadnego warunku, być może w sposób dziecinny i niedojrzały właśnie, bez tej dziwnej świadomości, że to się skończy, że los się może odmienić.

Ja mam w naturze niemal tak dużo pesymizmu jak optymizmu, a to gwarantuje dobrą zabawę umysłową i emocjonalną na wiele nocy. Te dwie natury walczą we mnie wciąż i nie ma zgody. Zdaje się, że poczucie klęski przychodzi wtedy, kiedy nasze wszystkie marzenia spełniają się wreszcie. Kiedyś jakiś mądrala powiedział, a Jurij Andruchowycz zapisał, że wszystko, o czym marzymy i do czego dążymy, kiedyś się spełni i będziemy to mieć, ale będzie to już ciut dla nas za późno.

Za czym pan tęskni?

- Nie wiem, czy potrafię odróżnić marzenia od tęsknoty. Może marzenie powinno być skierowane w przyszłość, a tęsknota w przeszłość? Ale dla mnie te dwa kierunki gdzieś tam się ze sobą spotykają. Ta moja melancholijna strona natury czasem tęskni za czymś, ale pozwólmy temu pozostać w stanie takiego nieokreślenia, niech tam sobie czasem tęskni. Wydaje mi się, że wszelkie przedmioty tej tęsknoty należą do nierealnego, takiego fantastycznego raczej porządku. To taka "literacka", ale bardzo realna tęsknota za czymś, co tak naprawdę nie istnieje i być może nigdy nie istniało w takiej formie, o jakiej ta tęsknota daje mgliste wyobrażenie. Większość tego, co piszę, bierze się z tego właśnie. Trudno jeszcze o tym opowiadać.

Czy to tęsknota za światem dziadków i rodziców? Za Kresami?

- To już sprawa mitologii bardziej niż jakichś prawdziwych tęsknot. Pojawia się ten świat w moich wierszach czy w "Dwunastu stacjach", ale mimo że starałem się napisać prawdę, to jest to przecież kraina fantastyczna, która nie istnieje naprawdę i nie wiem, jak naprawdę wyglądała. To, co opisuję, to życie ludzi już po przeprowadzce stamtąd, a raczej moje fantazmaty na ten temat. Ale oczywiście istnieje we mnie ten mit, tamte strony mają dla mnie szczególne znaczenie. Czuję się kimś stamtąd, mimo że to nie powinno dotyczyć mojego pokolenia, ale jakoś tak na przekór wszystkiemu jeślibym miał wskazywać na mapie jakiś obszar przynależności duchowej, pewnie wskazałbym bardziej Lwów niż Opole, choć wiem, że wskazuję mit i literaturę, tradycję i dziedzictwo właśnie bardziej niż prawdziwe, rzeczywiste, istniejące w tej chwili miasto. W ten sposób jestem pogrobowcem tamtego mitu. W żaden sposób nie mogę wziąć na siebie śląskiej albo niemieckiej mitologii Opola. To coś, czemu przyglądam się z zaciekawieniem i sympatią, ale tylko przyglądam. Być może przyjdzie czas, że stworzę mitologię Opola i wtedy będę mógł tu naprawdę zamieszkać jako jeden z mitologicznych stworów.

Idealizuje pan tę swoją arkadię.

- Oczywiście, że tak, ale dlatego właśnie, że nie mam ambicji opisania rzeczywistości, raczej chcę opowiedzieć baśń na ten temat. Chcę napisać, dlaczego mi tego żal. I chcę, żeby to zaświeciło jakimś blaskiem, chcę się wytłumaczyć ze swoich uczuć wobec tego, dlaczego to było mi tak bliskie. Zresztą, jeśli mówimy o literaturze, to zdaje mi się, że nie idealizuję przesadnie, próbowałem pisać to na tyle lekko, na ile możliwe - nie wyszło mi przecież nic śmiertelnie poważnego, może nawet zupełnie przeciwnie.

Dlaczego żal?

- Bo tamte ziemie to był raj, prawda? We Lwowie przed wojną zima była zimna, a lato gorące, złodziej naprawdę kradł, a policjant naprawdę go łapał. Wszystko było większe, na polach rosły olbrzymie buraki, z jednego można było nagotować barszczu dla kompanii wojska, w ogródkach olbrzymie kalarepy, które się nie mieściły w grządkach i trzeba było połowę oddawać sąsiadowi, bo wystawały na drugi ogródek. Wszystko było tanie: kilo marchewki kosztowało minus piętnaście groszy, a za kilka złotych można było imprezować przez trzy dni z całą ulicą. A dziadek kolejarz zarabiał sto dwadzieścia. Ryby były takie w rzekach i w stawach, że żeby jedną wyciągnąć, trzeba było czterech chłopa, a woda była tak czysta, że w ogóle jej nie było widać. Błoto było takie, że wszyscy gubili w nim buty, a jak wóz z koniem wpadł, to tonął na amen. Wszy były wielkie jak kury i napadały stadami przy wejściu do łóżka na wakacjach, a kury były takie mądre, że mówiły czterema językami: po polsku, ukraińsku, po swojemu i w jidysz. Dziadek jeździł lokomotywą i zatrzymywał czasem przy domu pociąg, żeby babci przynieść sarnę, która wpadła pod koła oślepiona przez reflektory. A drugi dziadek był batiarem i chodził z ferajną po Łyczakowie, ale pewnego dnia, jako bajbus jeszcze, wpadł do komina lokomotywy nogami do góry i się tam zaklinował i trzeba go było ratować. Może to ta sama lokomotywa była. A sąsiadka nagotowała galirety, która stała trzy dni, nikt do ust nie wziął, taka była pyszna. Aż w końcu Franek w nocy wrócił pijany i wszystko zeżarł. I tak dalej, można bardzo długo. No i było wesoło poza tym. Właśnie dlatego.

Ważne miejsce, za które pan czuje się odpowiedzialny?

- Ważne jest tak samo, jak ważne dla każdego jest jego własne dzieciństwo - w dobrym czy w złym sensie. Przynależy więc do mojej mitologii, w tym mogę odnaleźć część własnej tożsamości, właśnie dlatego cennej, że dość fantastycznej.

To nie jest kwestia odpowiedzialności, raczej chęci. A jeśli odpowiedzialności, to może bardziej odpowiedzialności pisarza, jeśli taka jest, bo ja jestem raczej zdania, że możemy mówić o odpowiedzialności pisarza tylko w takim stopniu: ma pisać, i to dobrze. Pewne tematy wybierają nas i stają się uciążliwe, dopóki nie napiszemy czegoś o nich. Nie wiem, czy kiedykolwiek ktoś będzie czytał tę książkę i znajdzie przyjemność w przebywaniu w tamtym świecie. Jeśli tak, to rzeczywiście stanie się to jakąś misją, przenoszeniem czegoś w przyszłość. Ale nie o tym myślałem, pisząc, raczej o tym, że jeszcze kilka lat i z tego świata nie zostanie nic, umrą już wszyscy z tamtego pokolenia i nikt już nie będzie opowiadał takich historii, dlatego musiałem napisać to dla siebie, żeby się z nimi jakoś pożegnać. Albo spróbować spłacić jakiś dług? Ale niech pani nie myśli, że pisałem requiem.

Dług wobec kogo?

- To trudne pytanie. Zawsze wydawało mi się, że częściej słucham, niż mówię. Nasłuchałem się historii i te historie stały się trochę opowieścią o mnie. Zawsze miałem poczucie wobec bliskich, że - skoro być może potrafię pisać - to tylko tak jestem w stanie z nimi rozmawiać i podziękować im za to, że byli, że tyle od nich dostałem. To niemożliwe - jak podziękować komuś za miłość, za lata bezwarunkowej miłości - bo właśnie to dostałem od moich dziadków i od moich rodziców, a ponieważ nie żyją, a moi rodzice nie zdążyli się przed śmiercią zestarzeć, piszę, bo czegoś mi brakuje. Prawdopodobnie jest to też jakieś koślawe podziękowanie. Inaczej nie umiem, nie mogę z nimi rozmawiać.

Pan pisze o tożsamości. Czym ona jest?

- Oj, nie cierpię tego słowa ostatnio, jest wszędzie i stało się takim fetyszem intelektualnym, dość paskudnym. Pisanie jest też pytaniem o tożsamość. Jest jej poszukiwaniem. Człowiek przez całe życie poszukuje jej, ale mam na myśli jakąś wiedzę o sobie, samoświadomość raczej niż to, co teraz nazywa się identity. Zresztą to niebezpieczne słowo, przecież od poszukiwania tożsamości biorą się podziały, bierze się podział świata na: ja i inny/inni, my i obcy. Często zaczyna się od poczucia wykluczenia. Można na różne sposoby określać swoją tożsamość i bardzo często określa się ją przeciw komuś. Najpierw bowiem dowiadujemy się, kim nie jesteśmy, kim nie chcemy być - taka tożsamość buduje się z poczucia buntu wobec innych, których nie chcemy zaakceptować.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':