http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pana Tolka przepis na trwałe i życie

rozmawiała Aleksandra Kozłowska
2009-10-30, ostatnia aktualizacja 2009-10-30 09:36

Adolf skokowski (na zdjęciu w swoim zakładzie ze stałymi klientkami): - Recepta na uszczęśliwienie kobiety? Dobrze zrobiona trwała. Tak jak kobieta sobie życzy: gdy nie chce mocno skręconego baranka - krócej się paruje, ładne włosy, ładny kolor
Adolf skokowski (na zdjęciu w swoim zakładzie ze stałymi klientkami): - Recepta na uszczęśliwienie kobiety? Dobrze zrobiona trwała. Tak jak kobieta sobie życzy: gdy nie chce mocno skręconego baranka - krócej się paruje, ładne włosy, ładny kolor
Fot. Renata Dabrowska / Agencja Gazeta

Zofię poznałem 22 lipca 1948 r. Było święto. Na boisku, tu, u nas, festyn - orkiestra grała, kiełbaski i piwo było. Poszedłem z kolegą, w pewnej chwili mówię: "O, patrz jaka fajna babka. Ładne ma włosy. Ciekawe, jaką ma buzię?" Bo ona stała tyłem do nas. I wtedy jak na życzenie odwróciła się.

Adolf Skokowski
Fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta
Adolf Skokowski
Aleksandra Kozłowska: Jak to jest od 64 lat ścinać włosy?

Adolf Skokowski, fryzjer damski: Teraz już nie ścinam. W końcu mam lat 90 i pół. Żona mówi, że nadaję się już tylko do tarcia chrzanu i obierania cebuli (śmiech). Ale do 85. roku życia to byłem kozak. Teraz zresztą też płuca, nerki zdrowe, tylko z oczami problem. O, widzi pani, jaką lupą się posługuję? Dobra - ruska, tylko trochę ciężka. Dlatego córka prowadzi zakład. Bo ja 10 lat temu miałem wypadek. Na Toruńskiej najechał na mnie wóz dostawczy, przeleciałem przez maskę i głową rozbiłem szybę. Niech pani dotknie, czuje pani te nierówności? Chirurg zszywał mi skórę na czaszce z 23 kawałków. Spuchniętą potem miałem głowę tak, że na szerokość równa była z tułowiem. A wie pani, co mnie uratowało? Żywokost!

To jakaś roślina lecznicza?

- Tak. Korzeń trzeba zetrzeć jak chrzan na tarce i zmieszać ze świeżym masłem. Uformować placuszki i przykładać na rany. Żona przez tydzień tak mnie okładała, że raz-dwa i po opuchliźnie ani śladu. Fryzjer, co u mnie pracował, miał szwagra żużlowca. Raz ten żużlowiec miał okropny wypadek, noga mu się babrała, babrała, groziła amputacja. Poradziłem mu okłady z tartego żywokostu. Pół roku trwało, zanim rany się zagoiły, ale noga wyzdrowiała. Dziś jak mnie facet spotyka, to się w pas kłania. "Pan mnie od amputacji uratował" - powtarza.

Jak wspomina pan swój przyjazd tutaj?

- Do Gdańska przyjechałem w 1945 r. Najpierw otworzyłem zakład męski w centrum. Jeden Polak i czterech Niemców u mnie pracowało. Potem uruchomiłem zakład tu, na Biskupiej Górce. Wtedy w lokalu obok Rosjanie trzymali konie - masę gnoju musiałem wynieść, zanim można było zacząć tam gospodarować.

Ludzie zaraz po wojnie potrzebowali fryzjerów?

- O, tak. Dziewczyny chciały ładnie wyglądać, mężczyźni też dbali o siebie. Mężczyźni krótko się strzygli, na jeżyka. Wąsy były modne. Niektórzy nosili takie zakręcane do góry. Żeby tak wyglądały, trzeba było na noc taką specjalną gumkę zakładać, która przytrzymywała zakręcone wąsy, tak żeby rano już same się trzymały.

Kobiety nosiły włosy raczej krótkie, trwała była bardzo modna. Włosy się czesało w loki, z tyłu lekko podniesione. Robiliśmy też farbowanie, ale pasemek ani balejażu oczywiście wtedy nie było. W Sopocie fryzjerem był Kazik, on to nowoczesne fryzury robił. Ja już jako chłopak umiałem strzyc. Cała wioska do mnie przychodziła na strzyżenie. Podobnie było na Biskupiej. Zresztą byłem tu jedynym fryzjerem.

Kobiety pchały się pewnie drzwiami i oknami. Miał pan na nie jakiś sposób?

- U nas parowanie przy trwałej zajmowało najwyżej minutę, w innych zakładach nawet pół godziny. Ale ja miałem nowoczesny płyn, inni fryzjerzy nie. A długie parowanie parzy skórę, mimo że się stosowało takie filcowe podkładki. U nas więc zapracowana kobieta nie traciła wiele czasu i to je pewnie przyciągało. A poza tym byłem donżuanem (śmiech). Panienki same mi się oświadczały. Gdy zamieszkałem na Biskupiej, byłem młody, samotny. Do tego dobry zawód miałem - 12 osób zatrudniałem, własny zakład, nad nim mieszkanie. W latach 50. tylko dwa samochody tu były - ja miałem i taksówkarz. Mój to był Opel Adam, kupiłem go od księdza.

Z kobietami to trzeba umieć postępować - przede wszystkim grzecznie i uprzejmie, jak dżentelmen: w drzwiach przepuścić, ukłonić się, w rękę pocałować, krzesło przysunąć. Gdy klientka wchodzi do zakładu, nieraz bywa, że zmartwiona, smutna, jakieś może kłopoty ma w domu, a ja wtedy mówię: "Dzień dobry, jak ładnie pani dziś wygląda w tej garsonce". I wtedy ona się uśmiechnie, i rzeczywiście ładnie wygląda. Bo kobieta, nieważne ładna czy brzydka, pięknieje gdy się uśmiecha. I nigdy nie byłem natrętny. To znaczy gaduła. Ludzie nie lubią, jak się ich zamęcza gadaniem. Owszem, gdy ktoś zadał pytanie, odpowiadałem grzecznie i nieraz dowcipnie, mrukiem przecież nie jestem. Ale nie narzucałem się. Myślę, że to się mogło kobietom podobać. No i te komplementy. Dziś młodzi nie umieją ich mówić kobietom, nie pamiętają, że one tego potrzebują.

Kobiety potrzebują też zwierzeń. Siedząc u pana na fotelu, opowiadały o sobie, radziły się?

- Mnie radziły się w sprawach fryzury: który kolor lepszy, czy krótko czy długo. Starszym mówiłem, że lepiej krótko, po męsku. Bo rano, jak pani wstanie, wystarczy, że strzepnie głową i fryzura gotowa, nie trzeba tracić czasu na długie czesanie, zaplatanie. I dużo kobiet tak się strzygło. Do dziś przychodzą klientki, które od lat robią u mnie trwałą - sąsiadki z całej Biskupiej i okolicy. Teraz to już starsze panie, mają wnuki, prawnuki. Ale wolą nieraz poczekać nawet i dwa tygodnie - jeśli np. gdzieś wyjadę, niż iść do innego zakładu. Na ulicy im się kłaniam, właściwie kłaniam się wszystkim kobietom, bo tak słabo widzę, że nie wiem, która znajoma, a która nie. Wolę więc przywitać się z każdą.

Tyle kobiet pana odwiedzało. Jakie podobały się panu najbardziej? Brunetki, blondynki?

- Wszystko jedno, byle miały czym oddychać i na czym siedzieć (śmiech). Chociaż chyba bardziej podobały mi się ciemnowłose dziewczyny. Ale miałem też kiedyś rudą, fajna dziewczynka była.

A oczy, jakie pan lubi: ciemne, niebieskie?

- W oczy klientkom nie zaglądałem, bo w oczy patrzy się, gdy człowiek się zakocha. Ja patrzyłem tylko, czy zgrabna. A czy wysoka albo niska - nie miało znaczenia. Ani to, czy w spodniach, czy w sukience. Kiedyś, gdy moja mama był młoda, kobiety cały rok chodziły w spódnicy, dziś są spodnie - i dobrze - bo to wygodne. A wygoda najważniejsza.

Pana ideał kobiety?

- Gdy byłem młody, wszyscy chłopcy myśleli chyba podobnie - żeby była miła i niepyskata. Jak moja żona - dobrze wychowana, miła, ładna brunetka. Ale jeszcze przed wojną w Równym była Sara, Niemka, też brunetka. Ona mi się podobała, ja się jej podobałem, bo z dobrej rodziny - u nas tylko dwa razy do roku na stole pojawiało się pół litra: na Wielkanoc i na Boże Narodzenia; tak to żadnego pijaństwa nie było. Kiedyś Sara komuś powiedziała, że gdybym się z nią ożenił, z wdzięczności przeszłaby 50 km w tę i z powrotem. Ale wybuchła wojna, ich wywieźli na Syberię i z ożenku nici.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':