Rozmowa z
o. Maciejem Ziebą*, dominikaninem
Dorota Wodecka: Dlaczego mężczyznom tak trudno przychodzi mówienie o miłości? Maciej Zięba OP: Bo trudno racjonalnie wyjaśnić, czemu kochamy, a jeśli czegoś nie umiemy nazwać, nie wiemy, czy to realnie istnieje. Średniowieczny kaznodzieja Bernard z Clairvaux bezradnie wyznaje: "Kocham, bo kocham - kocham, by kochać". Każda próba wytłumaczenia jest utylitaryzmem, zarazem więc śmiercią miłości.
Ale w gestach też nie jesteście zbyt wylewni. - Mężczyźni zazwyczaj nie rozumieją, jak one są ważne. To nie gadulstwo, kiedy mówi się kobiecie kolejny raz, że się ją kocha, lecz nam się wydaje, że jak już raz się to powie, to nie ma o czym więcej gadać. A przecież jeśli wypowiada się słowo "kocham" całym sobą, to za każdym razem jest to nowe wyznanie i, co więcej, stwarza ono coś nowego, jest twórcze.
W miłości i w przyjaźni ważne też są komunikaty pozawerbalne. Spojrzenie, gest, pamięć, że ona lubi taki a nie inny deser, kupienie biletu do kina. To jest bezcenne, to codzienne wysyłanie do siebie sygnałów: "Szanuję ciebie, staram się wejść w twój świat, być z tobą. Może robię to niekiedy nieudolnie, ale widzisz moją intencję: chcę być przy tobie, pragnę, by było ci dobrze".
Znacznie gorzej niż wy, kobiety, radzimy sobie z uczuciami. Nadal funkcjonuje stereotyp Marlboro-mana i samca alfa. Mężczyzna boi się poruszeń emocjonalnych, boi się, że straci kontrolę. Dlatego często "grzebie uczucia żywcem", eksponując silnego, zdecydowanego faceta, który się niczego nie boi. Pod spodem jednak często jest niepewny siebie, potrzebuje bliskości innych i ich wsparcia, ale obawia się tego, a najczęściej nawet nie umie tego wyrazić.
Kształcenie emocji jest sztuką trudną, tak naprawdę możliwą jedynie, gdy obok jest ktoś, kto pomaga nam spojrzeć na siebie z boku.
Dlaczego? - Gdy pierwszy raz po wstąpieniu do zakonu przyjechałem do domu, odwiedzili mnie moi wychowankowie. Wydawało mi się, że jest sympatycznie, lecz gdy wyszli, mama zapytała mnie, dlaczego tak oschle się z nimi witałem i żegnałem. "Przecież nie widzieli cię od dwóch lat" - dodała. Byłem zdziwiony. Przecież jak zawsze podałem im rękę. Zapytałem więc: "Co według ciebie mam robić?". ,,Przytul ich" - odpowiedziała. Aż się wzdrygnąłem, bo to wbrew mojej nienadmiernie wylewnej naturze. A teraz przytulam. Wiem, że byłbym gorszym księdzem, gdybym nie umiał wyrażać uczuć. Oczywiście, nie jestem wulkanem emocjonalności, ale bardzo się zmieniłem i uważam, że każdy mężczyzna musi zrozumieć, że ciepło i delikatność są także nam przynależne. Mężczyzna z jednej strony najczęściej nie docenia znaczenia uczuć, z drugiej prawie zawsze się boi, że utraci nad nimi kontrolę. To nieprawda. Straci ją, gdy będzie nadmiernie się samokontrolował, bo one wcześniej czy później wybuchną.
Czy ojciec przyjaźnił się z kobietą? - Wchodziłem z dziewczynami w różne związki, ale - dziś widzę to lepiej - miały one głównie kontekst erotyczny. Nie mogę mówić o doświadczeniu przyjaźni, bo zacząłem je odkrywać dopiero po wstąpieniu do zakonu. Przed wstąpieniem sądziłem, że w relacjach z kobietami wystarczało, że byłem z nimi uczciwy. Dopiero kiedy rozwinąłem się poprzez budowanie przyjaźni, zobaczyłem, jak potwornym byłem egoistą. Niepostrzeżenie sytuowałem dziewczynę jako satelitę, która ma prawo krążyć wokół Słońca, tzn. możemy być razem, ale na moich - nawet sensownych - warunkach. Nigdy im tego tak brutalnie nie powiedziałem, ba, nawet sam w pełni tego nie byłem świadomy, ale wtedy w dużej mierze tak konstruowałem relacje.
Przyjaźnił się z nimi ojciec w zakonie? - W zakonie unikałem przyjaźni z kobietą. Bałem się, że mogę się emocjonalnie pogubić. W sytuacji zakonnika, który ślubował życie w celibacie, przyjaźń z kobietą tworzy okazję do wprowadzenia fałszu w powołanie oraz okazję do zranienia drugiej osoby. Nam, kapłanom, stosunkowo łatwo jest doprowadzić do emocjonalnej reakcji ze strony kobiety, bo ona widzi w nas często jakby przybysza z innej planety, który w tym przepełnionym seksem świecie nie grozi jej łapczywością erotyczną, a zarazem reprezentuje świat wartości. Łatwiej jest wtedy otworzyć serce. Potem gdzieś nas przeniosą, a one pozostają samotne. Unikałem takich przyjaźni. Tym bardziej że w relacji z kobietą nie potrafię rozdzielić sfery przyjaźni od erotyki. W małżeństwie jest to bezcenne dopełnienie, poza nim bywa niebezpieczne. Być może jest różnie dla różnych ludzi, ale wydaje mi się, że w realnym życiu nie da się tych sfer od siebie odseparować. Dla zakonnika, przyzna pani, nie jest to dobra kombinacja.
Pozostaje tylko męska przyjaźń? - W dzisiejszych czasach jest ona i rzadsza, i trudniejsza. W naszej prymitywnie rozerotyzowanej kulturze ludzie nie wyobrażają sobie nawet, że istnieje przyjaźń. Gdy mężczyzna czuje coś do kobiety, to z pewnością - tłumaczy mu nasza kultura - stoi za tym pragnienie seksu, podobnie jeśli czuje się coś do innego mężczyzny. I nic, że nie czuję pociągu erotycznego; znaczy to jedynie, że go w sobie tłumię. To podobnie jak wykryta przez sowieckich psychiatrów u zamkniętego w psychuszce Władymira Bukowskiego "schizofrenia bezobjawowa". Im bardziej nie ma symptomów, tym bardziej znaczy to, że mamy do czynienia ze szczególnie niebezpieczną, skrywaną postacią choroby. Dlatego dziś każda relacja męska musi przejść przez podejrzenie, czy jej podłożem nie jest homoseksualizm. A przecież miłość jest czymś większym i głębszym niż erotyka. Ona potrafi się z nią łączyć, ale wcale się z nią nie pokrywa.
Dzisiejsza kultura próbuje brutalnie zniszczyć głębsze relacje międzyludzkie. Nie istnieje dla niej przyjaźń, miłość, sympatia, ale wyłącznie erotyzm. Według niektórych środowisk gejowskich - ponieważ nie istnieją inne relacje niż erotyczne - to właśnie ona ma być podstawą bliskości Jezusa i św. Jana czy starotestamentalnych przyjaciół Jonatana i Dawida. Smutne to i żałosne. Okropne prymitywizowanie i zubażanie ludzkiej głębi. Nie dziwmy się więc, że wychowani w naszej kulturze mężczyźni często, mając poznawczy dysonans, boją się głębszych relacji. Czują się bowiem heteroseksualni i zarazem pragną przyjaźni z mężczyzną. Mają jednak w głowach kliszę, że pod spodem zawsze kryje się seks. Dlatego uciekają od głębszych relacji.
Ojciec też obawiał się zaprzyjaźnić z mężczyzną? - Wstąpiłem do zakonu, mając 27 lat, i dopiero wówczas zacząłem poważnie się zastanawiać, co to znaczy, że
Bóg jest miłością, a człowiek jest stworzony na jego podobieństwo. Pytałem więc samego siebie: czy w życiu zakonnym do jego pełni wystarczy przestrzeganie reguł? I jaki to ma związek z miłością? Zacząłem czytać na ten temat, bo jestem racjonalistą i potrzebuję rozumowych uzasadnień, i nagle okazało się, że od antyku przez średniowiecze powstało wiele mądrych tekstów o przyjaźni. We współczesności ich liczba maleje, ale też można znaleźć ciekawe rzeczy. Śmieszne to, lecz dopiero po lekturze tych tekstów przestałem się bać pragnienia bycia z kimś bliżej i głębiej. A potem empiryczne doświadczenie przyjaźni zmieniło moje myślenie. Po pierwsze, było dowodem, że miłość realnie istnieje, po drugie, że - pomimo moich lęków i poranień - potrafię kochać, a po trzecie, że - pomimo moich lęków i poranień - jestem wart czyjejś miłości. To są fundamentalne sprawy, bo prawie wszyscy wątpimy, czy umiemy kochać, czy możemy być kochani, a także czy miłość istnieje w realnym świecie. A ona jest esencją człowieczeństwa.