Dorota Wodecka: Czy pan
Mikołaj Mikołajczyk, tancerz, choreograf*: Nie zgadzam się na "pan". Jak ma być "pan", to ja wszystko wycofuję, bo zaraz zrobi się z tego uroczysta, nadęta trochę sytuacja. Rozmawiamy kilka godzin, jest luźno, a ty nagle z "panem" wyskakujesz. Wyobrażasz sobie, że ja obcej "pani" opowiadałbym swoje historie wszystkie? Przecież nie jestem jakimś tam frustratem.
I nie rób też czasem ze mnie Billy'ego Elliota, bo to angielska historia. Ja jestem Mikołajem z Kutna. Z rodziny kolejarzy. Tata, dziadek i wszyscy wujkowie byli nimi lub są. Mama też przez chwilę pracowała, jako kaowiec w kolejowym domu kultury. Geny podróżnicze mam wdrukowane w głowę, w ręce, w kręgosłup, w nogi, więc być może stąd ruch, taniec i potrzeba ciągłego przemieszczania się.
Bez powrotów do domu.
- Bez powrotów do domu, bo i gdzie? Nie czuję się gorszy od innych, dlatego że nigdzie nie mieszkam. Meldunek u przyjaciółki w Poznaniu, kartony z rzeczami w Kutnie u mamy. Śpię wszędzie, najczęściej u przyjaciół, czasem w służbowych mieszkankach teatralnych, cudacznych hotelach, dziwnych miejscach. Wszystko, co potrzebne, wożę w samochodzie. Ale zaczyna mnie to poważnie wkurwia już.
Czyli co jest potrzebne?
- Trzy walizki ubrań, 200 płyt i komputer, na którym ich słucham. W nim mam zdjęcia. Jakby mi ktoś go ukradł, to pozbawiłby mnie pamięci. Innych pamiątek nie mam. Upominki otrzymywane po premierach od artystów, z którymi pracowałem, daję znajomym, a pluszowe miśki Loli.
Zabawka zamiast Mikołaja.
- Dała mi do zrozumienia, że ma dość tego cygańskiego życia. Dziewięć lat byliśmy razem, ale od niedawna jest u mojej przyjaciółki nad morzem. To dla niej matka zastępcza.
Trudno zbudować gniazdo w wozie Drzymały.
- A to tylko pod stałym adresem można się kochać? Ludzie sobie różnych rzeczy nie potrafią wyobrazić, ale kiedy spadnie na nich pożoga, to sobie wyobrażą. Choć właściwie wtedy nie ma już na to czasu, tylko trzeba znaleźć się w sytuacji, w jakiej się znalazło.
Jak po wypadku udało ci się wrócić do tańca?
- Długo nie wierzyłem, że to będzie możliwe. Dosięgnęła mnie kontuzja, która nie zdarza się praktycznie nigdy albo bardzo rzadko. Nie złamałem nogi, nie rozleciało mi się kolano, nie pękła łękotka, nie wymienili mi rzepki, kręgosłup się nie rozpadł, tylko rozwaliła się prawa pięta. Przesunięte nerwy zaczęły na siebie nachodzić. Operacja nie wchodziła w rachubę, ponieważ można naprawić jeden nerw, a przy okazji spieprzyć drugi. Wtedy kulałbym do końca życia. Za duże ryzyko. Mam za sobą osiem miesięcy rehabilitacji i walenia się młotkiem w głowę. Bo straciłem perspektywę. Zostałem zwolniony z Teatru Wielkiego w Poznaniu, bo moja nieobecność zdaniem dyrektora zdestabilizowała pracę zespołu. Kiedy straciłem pracę, straciłem mieszkanie w domu aktora. Nic nie miałem. To był dramat. Płacz, psychotropy, psychiatra, bo koniec i kariery, i tańca, i wszystkiego.
Czym jest taniec?
- Dla mnie jest życiem. Cokolwiek rozumieć pod tym słowem. Nic innego nie umiem.
Po ośmiu miesiącach procesowania się z teatrem, depresji, niechęci do życia, znalazłem na nie sposób. Postanowiłem tańczyć pod chorą nogę, na chorą nogę i dla chorej nogi. I pokazać, że taniec nie jest przynależny tylko młodym, zdrowym, silnym, zwartym i gotowym, ale również tym, którzy mają potrzebę sensownego wypowiedzenia się w jego języku.
Zrobiłem spektakl "Waiting", o czekaniu. Chora noga, niepotrzebny artysta, publiczność, która przychodzi i czeka na jakiś występ, i artysta, który też czeka.
Na co?
- Na wrażenia, na sukces, na to, że będą go kochać, nosić na rękach, zrozumieją, o czym myśli, marzy i co jest dla niego ważne.
Źródło: Gazeta Wyborcza