Dorota Wodecka: Jak się czuje niespełna 40-letni mężczyzna, który zaprojektował najlepszy dom na świecie? Robert Konieczny: Najpierw nie dowierza. Bo jest na życiowym zakręcie. Po rozwodzie, bez
mieszkania, firmy i ludzi, którzy z nim pracowali. I bez pieniędzy, które pozwoliłyby mu się dźwignąć. Przychodzi do starej pracowni zabrać ostatnie rzeczy. Zimno jak cholera, bo nie ma na ogrzewanie. Kręci się po niej w czapce i w rękawiczkach, kiedy dzwoni telefon. Po drugiej stronie jakaś Brytyjka mówi, że międzynarodowe grono architektów i krytyków architektury uznało jego dom aatrialny za najlepszy dom świata. I pyta, czy on przyjedzie do niej do Londynu na
lunch.
A pan? - A ja rozmawiając z nią, w ogóle nie myślę o wyjeździe do Londynu, tylko przeliczam funty na złotówki i kalkuluję, czy będę mógł kupić piec do ogrzewania pracowni.
Nie pojechałem ani na ten lunch, ani po odbiór nagrody, bo nie miałem za co. Ale zmieniła wiele. Po pierwsze, zawodowo. Bo moja architektura jest niszowa, czyli podlega tym samym prawom co ambitne kino. Wszyscy się zachwycają, ale nie każdy chce oglądać.
Zrobiło się o mnie głośno, zaczęto traktować mnie i moje projekty poważnie, a nie z niedowierzaniem.
Po drugie, miała wpływ na nasze życie rodzinne. Potraktowałem ją jako nagrodę dla nas, że mimo braku kasy nie baliśmy się zdecydować na dziecko. Nie rozważaliśmy, że to nie jest dobry moment, bo trzeba poczekać na stabilizację ekonomiczną, zawodową. Żadnego kalkulowania, że to, że tamto, że sramto, tylko decyzja: jesteśmy zakochani i chcemy mieć dziecko. Zresztą nie byłem już dwudziestolatkiem, miałem 37 lat i to był ostatni dzwonek. Miałem czekać, aż będę miał sześć dych?! I zabraknie mi siły, żeby dźwignąć dzieciaka z kołyski?
Dlaczego to była odważna decyzja? - Byłem wtedy utrzymankiem mojej kobiety. Nic nie miałem, tylko samochód. Mieszkaliśmy z jej córeczką w jej trzypokojowym mieszkaniu, gdzie przeniosłem swoją pracownię. Zresztą mieszkamy tam do dziś. Żartowaliśmy sobie z tego, że jestem na utrzymaniu Patrycji, nie czuliśmy niepokoju. Mimo że niektórzy patrzyli na ten układ co najmniej z dezaprobatą, bo facet na utrzymaniu kobiety to wstyd. Jakiś nieporadny niezdara, który nie utrzyma rodziny. Ale Patrycja rozumiała, że ja robię specyficzne rzeczy, na które nie ma od ręki nabywców. Wierzyła we mnie.
Pan się nie wstydził? - Wtedy nie. Byłem przyzwyczajony, że z kasą różnie bywa, i nawet nie zdawałem sobie sprawy, że powinienem czuć się źle. Nie jestem samcem, który jeśli się nie wykaże i nie zdobędzie pieniędzy, uzna, że jest słabym zawodnikiem. Traktuję kobiety po partnersku i nie czuję dyskomfortu, że to one dają mi pieniądze.
Teraz może czułbym się źle. Mam rodzinę, jestem za nią odpowiedzialny i chcę jej zapewnić przyzwoite warunki, które pozwolą bezproblemowo pojechać na wczasy, zrobić w spożywczym zakupy bez patrzenia na ich cenę albo kupić kawałek ziemi, która nam się podoba.
Po doświadczeniach, kiedy nagle zostałem bez niczego, własna ziemia daje mi poczucie bezpieczeństwa. W razie gdy znajdę się na lodzie, mam coś, czego jestem pewny. Jakiś kapitał albo miejsce.
Rodziny nie jest pan pewny? - Nie szukam innej kobiety, nie chcę innej. Pragnę normalnego, rodzinnego życia bez przygód i kolejnych emocji. Ale jestem już po jednym rozwodzie, wiem, jak bywa. Patrycja powtarza, że gdyby mnie nie kochała, nie wytrzymałaby ze mną ani chwili dłużej (śmiech). Poza tym w horoskopie jest napisane, że będę miał wżyciu dwie żony albo kilka poważnych związków, więc trochę mnie to niepokoi.
Pan wierzy w horoskopy? - Pani się śmieje, że to bzdura? Też się kiedyś z tego śmiałem. Aż wpadł mi w rękę "Horoskop na każdy dzień" przedwojennego astrologa Jana Starży-Dzierżbickiego. Otwieram na dacie moich urodzin, a tam wszystko się zgadza!
Co się zgadza? - Wypisz wymaluj osobie czytałem: odważny, impulsywny, ambitny, niezależny. Duża aktywność umysłu i ciała oraz silne namiętności. Różni się w zdaniu z otoczeniem. Niezwykle wrażliwy, niespokojny, dążący do wolności. Ze swoimi talentami może być dobrym architektem.