Rozmowa z Michałem Kochańczykiem*, podróżnikiem
Bożena Aksamit: Zaczęło się od.. Michał Kochańczyk: Od książek. Wszystko przez te książki. Wciągałem je jak odkurzacz: "Przygoda w Arktyce" Petera Freuchena, "Zdobycie bieguna południowego" Rolanda Amundsena, "Człowiek zdobywa Himalaje" Dorawskiego, Centkiewiczowie, Szklarski. May. Były ich dziesiątki. Czytałem na okrągło, a gdy rodzice kazali gasić światło, kończyłem pod kołdrą z latarką. Część Mama przywiozła z Krosna, pięknie wydane encyklopedie i przedwojenne powieści. Być może są jedyną pamiątką po żydowskim notariuszu, u którego pracowała w czasie wojny - podarował je Mamie, gdy zabierali go do getta. Książki podróżnicze dostarczała mi w hurtowych ilościach przyszywana ciotka, przyjaciółka rodziców, właścicielka antykwariatu. Siedząc w swoim pokoiku, poznałem cały ówczesny świat. Ja, chłopiec z domu na skraju Lasów Oliwskich, uwierzyłem, że kiedyś opłynę świat i wejdę na Mount Everest.
Nie buntowałeś się? - Nigdy w życiu się nie buntowałem, zawsze robiłem to, na co miałem ochotę.
Dlatego wymyśliłeś podróż psim zaprzęgiem? - To było wielkie marzenie. Każdy chłopak ma marzenia, ja chyba nie bałem się za nimi podążać. Pierwszy rok studiów, moi koledzy chodzili na prywatki, a ja szykowałem pierwszą ekspedycję.
Robiłeś to wszystko w tajemnicy? - Tak. Od sierpnia do lutego ćwiczyłem psy sąsiadów - podwórkowe burki, brałem po jednym i biegałem po lesie. Gdy były w kupie, to się gryzły, więc zrobiłem im kagańce, obwiązywałem szmatami łapy, żeby się nie poraniły. Na początku ciągnęły wózek od mleczarza obciążony kamieniami. Nansenowskie sanie według zdjęcia z książki zrobił stolarz z dzielnicy. Poszedłem nawet do dyrektora zoo, bo wyczytałem, że baty robiono ze skóry fok. Suszone ryby, bo takimi karmiono na dalekiej północy psy, kupiłem u rybaków na Helu. I ruszyłem moim zaprzęgiem w podróż przez pola, lasy aż do Koszalina. Wracałem brzegiem Bałtyku. To było ważniejsze niż zaliczenie roku. Dookoła śnieżna zima, a ja gnam z psami przez tę przestrzeń, bez ograniczeń. Czułem się absolutnie wolny. Szczęśliwy. Pierwsze marzenie chłopca się spełniło.
Skąd miałeś pieniądze? - Wstyd przyznać, startowałem w konkursach wiedzy politycznej, wykorzystywałem swoją pamięć. Wygrałem nawet z kolegami ogólnopolski turniej wiedzy o Leninie.
Nie bałeś się tej pierwszej wyprawy? - Tej na saniach? Coś ty, byłem absolutnie szczęśliwy. Bałem się rok później w grudniu '70. Z ciekawości pojechałem do Gdyni. Pamiętam moje przerażenie, gdy strzelali, i widziałem po raz pierwszy rannego człowieka. Kule świstały, a ja uciekałem, aż się kurzyło.
Pierwszy raz wypłynąłeś... - W rejs na legendarnym "Korsarzu", jachcie Polskiego Klubu Morskiego, do Anglii. Świat zwalił mnie z nóg. U nas siermiężne czasy gomułkowskiej smuty, a w Londynie kolorowe ulice, roześmiana, pogodna młodzież. Nie mogłem się napatrzeć na panów w ładnych uniformach, którzy układali asfalt. Zatkało mnie, te kolory, zapachy. Mieliśmy pięć dolarów na dwa miesiące rejsu. Trzy poszły na opłaty portowe, a dwa wydaliśmy z kolegami na striptiz w Soho. W Rotterdamie siedziałem na nabrzeżu, piłem wodę i żułem nadgnity chleb z konserwą, a po drugiej stronie ulicy w restauracjach pili
wino i zagryzali winogronami. Obiecałem sobie, że jak tu kiedyś jeszcze trafię, to zaproszę kogoś na prawdziwy
obiad. I zaprosiłem. W '78 załatwiałem formalności wizowe w Rotterdamie w związku z wyprawą do Afryki. Zaprosiłem na kolację sympatyczną pielęgniarkę z Malezji. Miałem satysfakcję, że mnie stać.
Poznałeś w końcu ten wielki świat? - Pochłonęło mnie wspinanie, zaczarowały góry. W Polsce prawie każdego dnia wspinałem się po ścianach zerwanych mostów, z kolegami urządzaliśmy długie nocne marsze po morenowych wzgórzach z czterdziestokilogramowym pakunkiem cegieł w plecaku, wynajdując po drodze jak największe podejścia. Rano sprawdzaliśmy wytrzymałość, wchodząc na kilkanaście wysokich sosen. Po dwóch sezonach wspinania w Tatrach zaproponowano mi udział w wyprawie w Hindukusz. Ruszyłem.
Co jest takiego we wspinaczce, że tyle osób traci dla niej głowę? - Jak wytłumaczyć, co czuje człowiek, który dwa lata szykował ekspedycję, kilkanaście dni wisiał na ścianie szarpany wiatrem? Marzł, walczył ze zmęczeniem, zwątpieniem, z kawałkami lodu. I wygrał. Jak opowiedzieć o śmierci kolegi po drodze, pogrzebie, i zdobyciu szczytu kilka dni później? Bo gdy tam już jesteś, na nagrzanym słońcem wierzchołku, czujesz nieziemską radość, przepełnienie, satysfakcję, której nic nie odda.