http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

O czym tu gadać z facetami

Rozmawiała Dorota Wodecka
2011-01-31, ostatnia aktualizacja 2009-06-05 10:53

Przy mężczyznach trzeba udowadniać, że się jest mężczyzną. Kobiety mają ciut więcej zdrowego rozsądku i autoironii, które pozwalają się poruszać poza polem walki.

Marek Bieńczyk
Fot. AG
Marek Bieńczyk
ZOBACZ TAKŻE
Dorota Wodecka: Ile ma pan dzieci?

Marek Bieńczyk: A co pani tak od razu zagląda mi w beciki? Sprawdzić chce ilość pyszczków do wyżywienia?

Bo z taką czułością postawił pan na nogi tego chłopczyka, który przewrócił się na rowerku, że pomyślałam: fajny ojciec.

- Ojciec fajny. Wszak bezdzietny.

A dlaczego, jeśli wolno spytać?

- Widziałem niedawno zagraniczną reklamę. Rzecz dzieje się w supermarkecie, młody ojciec z synkiem robią zakupy. Chłopiec wrzuca do wózka paczkę cukierków. Chce drugą, ojciec się zgadza. Chce trzecią, odmowa. Dzieciak zaczyna wrzeszczeć, coraz bardziej, potwornie. Wpada w szał, zrzuca z półek puszki i słoiki, tarza się po podłodze. Klienci wpatrują się w ojca, który zamienia się w słup soli i patrzy tępo przed siebie spojrzeniem krowy przerywającej na chwilę przeżuwanie. Na ekranie pojawia się napis: "use condoms". Czy odpowiedziałem na pani pytanie?

Czemu pan nie chce drzewa posadzić? Odpowiedzialności się boi?

- Wprost przeciwnie. Byłbym zapewne bardzo dobrym papą. Czyli fatalnym. Mam skłonność do nadopiekuńczości. Troszczyłbym się jak diabli, z piaskownicy bym nie wychodził, ze sweterkiem biegał, jak dzisiaj biegam za moją bliską. Za późno się ustatkowałem, jak to się pięknie powiada.

Przestraszył się pan, a teraz pan żałuje? Im mniej czasu do końca, tym większy smutek, że się jest bezdzietnym?

- Raczej myślę, że byłem odważny. Albo inaczej: to, co było tchórzostwem, coraz bardziej okazuje się odwagą. Im jestem starszy, tym bardziej tak mi się zdaje.

Odważny, bo świadomy, że na starość nie będzie się kto miał panem zająć?

- Ciągle się negocjuje z czasem swego istnienia; próbuje coś jeszcze wyrwać. Dzieci to mocna karta przetargowa. Kiedy zasiewa się w kimś swój genotyp, coś się jednak sobie ułatwia. Coś się kombinuje z własną śmiercią, zostawia się zdjęcia, które może ktoś będzie nosił w portfelu, talerze, z których ktoś może zje jeszcze kotleta. Oczywiście starość jest tu istotna; ja kawał życia spędziłem jako kierowca, jeżdżąc po lekarzach z rodzicami. Brak dzieci społecznie i psychologicznie jest trudny do obrony, ale wyostrza widzenie własnego trwania. Tego zacieśniania się czasu z roku na rok. Myślenie o dzieciach jest zresztą mocno zmitologizowane i zafałszowane, dzieciaci często patrzą na bezdzietnych jak na kaleki, ze współczuciem, albo z poczuciem wyższości; bezdzietni mają wpojone poczucie winy. Bo wiadomo, szczęście i pełnia życia, mit spełnienia jego sensu. Ale z drugiej strony mamy inny mit, gnostycki, który ja uprawiam, mówiąc o odmowie prokreacji jako akcie odwagi. Tymczasem wiadomo, że stosunki między dziećmi a rodzicami są zawsze jakoś chore, nawet te najzdrowsze, a z kolei brak dzieci bywa jednak bolesny. Oczywiście, chwilami żałuję. Czytałem niedawno wiersze Piotra Sommera napisane dla synów. Piękne. Godne zazdrości. Przyjaciel, dobry filozof, powiedział mi po wódce, że doświadczenie trzymania własnego dziecka w ramionach nie ma sobie równego w życiu. Chętnie mu wierzę.

Ale pisarz przecież nie wszystek umiera.

- Pani jest łaskawa żartować. Bez fałszywej skromności, jaka dla mnie nieśmiertelność, z jakiej racji? I w ogóle dla pisarza dzisiaj? Nieśmiertelność zaczyna się, gdy parę egzemplarzy książki się rozejdzie, ewentualnie ktoś nas do telewizji albo do radia weźmie, w gazecie wspomni. Życie toczy się już wyłącznie w czasie realnym, czyli z minuty na minutę, a nie stąd do wieczności. Hrabia de Chateaubriand pisał w 1830 książkę dla czytelników z 1930 i wyobrażał sobie ich reakcje. Taki miał literacki plan: że za swego życia książki nie wyda, będzie dialogował z nimi zza grobu i że wiek później będzie ich powalał swym geniuszem. Chciałbym poznać dziś kogoś, kto pisze dla człekokształtnych z 2100...

A brak dzieci nie musi wynikać z oschłości serca, niekiedy pochodzi z nadmiaru uczuć. Bo równanie jest takie, że im mniej jest żywego, tym mniej jest martwego. Czuję, że bym wariował z lęku o smarkacza, wpadał w histerię, gdyby kataru dostawał. Tak jak w dzieciństwie, gdy w książkach coś złego się bohaterowi przydarzało.

Boi się pan straty? Czego?

- Panikuję ogólnie z nadmiaru uczuć.

Która śmierć literacka była dla pana najsmutniejsza?

- Winnetou. Winnetou był pierwszym i jedynym bohaterem książki, którego prawdziwie kochałem i z którym się w pełni utożsamiałem. W szkole kazałem się nazywać jego imieniem, ale jakoś się nie przykleiło do mojej bladej twarzy. Jego siostra wyzwalała fantazje erotyczne, on - otchłań tęsknoty. Zagłada wisząca nad nim i jego rasą orientowała nieubłaganie lekturę w stronę żałoby. Wiedziałem z historii, że strata już nastąpiła, że tamtego świata już nie ma i lektury książek indiańskich doprowadzały mnie za każdym razem do kresu tamtego życia, odgrywały raz jeszcze zanik i utratę. Paradoks i pewna perwersja tych lektur polegały na tym, że ciesząc się akcją, tysiącami wspaniałych przygód, przeżywało się zarazem stratę, która dopiero miała nastąpić. Wstępowało się w bajeczną przestrzeń, pełną egzotycznych uroków, i zarazem wiedziało się, że już jej nie ma - co tym bardziej czyniło ją magiczną i idylliczną... Tak, okropnie mnie martwiło, że nie ma już wolnych Indian.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':