Anka sama jest zdziwiona tym, co mówi. Bo uważa, że romanse są głupie, a ona jest mądra. Prócz tej niezachwianej pewności Anka ma jeszcze: - 47 lat, - małe wydawnictwo, - dom z sadem w Kotlinie Kłodzkiej, - dwie córki, - byłego męża, - niedoszłego męża - i konkubenta, dla którego nie jest rodziną.
Nienawidzę słowa patriotyzm
Witek był jak z romansu wyjęty. Codziennie, od kiedy się poznali w ogólniaku do ślubu na studiach, dawał Ance kwiatki. By zdobyć na nie pieniądze, sprzedawał swoje ciuchy na bazarze. Przez trzy lata, dzień w dzień, róża, tulipan, goździk, konwalie. Kolacje rozkładał przy świecach. Nic szczególnego - chleb, pokrojony w plastry ser, jajecznica. Ale umiał przystroić stół. Pisał wiersze: "Miła ma dziewczyno, czemu płaczesz powiedz mi".
Chciał, by należała tylko do niego. Dlatego się nie malowała, bo "dla niego jest najpiękniejsza i nie potrzebuje malunków". Starała się też nie rozmawiać z kolegami na dyskotekach. Bo był zazdrosny. - Imponował mi ten mój maczo. Czułam, że jestem dla kogoś naprawdę najważniejsza - wspomina.
Studia: pierwsze dziecko i ślub. Ona na geografii, on na AWF. Wymieniali się przy córce. Witek miał więcej wolnego, wstawał w nocy, przewijał, kąpał, wychodził na spacery, nosił na rękach i śpiewał kołysanki. Anka prała i prasowała i miała pamiętać, by szafka z jedzeniem była pełna, i jedno mleko na zapas - gdyby coś się stało. Tak mówił. Gdy nie kupiła, powiedział, że jest nieprzewidująca.
Nie dyskutowała.
- Coraz mniej chciało mi się z nim rozmawiać. Bo nic się w jego życiu nie działo ponad to, co sama widziałam - mówi Anka. - Że Agatka przeszła dziś z kuchni do przedpokoju albo że kolejny ząb jej wychodzi. Widziałam to bez niego sama.
Po trzech latach druga córka. I to samo. Ona przygotowuje się do magisterki, on zajmuje się dziećmi. Wtedy otwarcie zaczyna narzekać, że do niczego z niej żona. Bo to na jego głowie dzieci i dom. - Już dość miałam kolacji przy świecach. On chciał tylko siedzieć i razem gapić się w telewizor, a ja leciałam na nos - przyznaje.
Jej rodzice byli Witkiem zachwyceni. Koledzy też. Taki dobry ojciec. No i Anka przy "wspaniałym ojcu" wpędzała się w poczucie winy. Bo kiedy mówił do córek "chodź do tatusia, mamusia musi się uczyć", nie czuła zrozumienia, tylko przyganę. Że dla niej nauka jest ważniejsza od zabawy lalkami z córką. Myślała, że musi być do dupy matką.
Przenieśli się z akademika do ciotki pod Wrocławiem. Witek skończył studia i żeby uciec przed wojskiem, poszedł do milicji, bo ojciec mu powtarzał, że to też patriotyczne. Od tej pory Anka nienawidzi słowa "patriotyzm" i mundurów, nawet straży miejskiej.
Wstydziła się, że Witek pracuje w MO. Że wspiera komunistów.
- No i lubił władzę. Powtarzał: lepiej być młotkiem niż gwoździem, że załatwi tego czy innego skurwysyna, który myśli, że jak ma szklarnię, to już wszystko może. Z pracy wracał pijany i wściekał się, że nie ma kolacji - opowiada Anka.
Śmiał się z niej, że zarabia grosze, i niech rzuci wiejską szkołę i porządnie zajmie się domem.
Oprócz słowa patriotyzm Anka nie lubi też słowa "porządnie".
Gdy powiedział jej, że jest flejtuchem, już nie chciała się z nim kochać. - Jak kochać się z mężczyzną, który nie widzi w tobie kobiety, tylko traktuje cię jak swoją własność - mówi.
W końcu ją uderzył. Na odlew, aż upadła. Nawet nie pamięta za co. Był pijany w sztok. Talerze, lampy, taborety łatały po kuchni. Zadzwoniła po szefa Witka, żeby sobie go zabrał. Przyjechali radiowozem. Ten sam radiowóz zawiózł ją nocą do rodziców.
Cyrograf od księdza to za mało
Potem - klękał, obiecywał, że nigdy więcej. I że zwolni się z milicji. Rodzice powtarzali, że dla dobra dzieci powinna mu wybaczyć. To taki dobry ojciec.
- Mogłam mu wybaczyć, że mnie uderzył. Ale nie to, że przez dziewięć lat nie uczynił nic, bym z zamkniętej w sobie nastolatki stała się kwitnącą kobietą - wyrzuca z siebie Anka. - Że wmówił mi to wszystko. Że jestem do niczego matką i do niczego gospodynią. Że jestem do niczego kobietą i żaden mężczyzna nie może się mną zainteresować. Gdy patrzyłam wtedy w lustro, to widziałam babsztyla w trwałej ondulacji.
Te dwa samotne miesiące u rodziców były jak lekarstwo. Czuła dumę, że się nie rozkleja. Że znalazła czas i siły na pracę i dzieci. Nawet na zabawy lalkami. Spodobało jej się, że potrafi być sama, odpowiedzialna za siebie.
Źródło: Gazeta Wyborcza