Od kilkunastu lat kolejne rządy próbują zapewnić Polsce bezpieczeństwo gazowe, a wielu polityków zrobiło kariery na głośnych lamentach o braku bezpieczeństwa gazowego. "Zagraża" nam
Gazprom - który skądinąd nigdy nie przerwał dostaw do Polski, choć kilka razy dostawy były zakłócone z powodu krajów tranzytowych. Jeszcze bardziej "zagraża" straszny gazociąg budowany pod dnem Bałtyku przez Rosjan i Niemców dla ominięcia krajów tranzytowych, nazwany przez ministra Sikorskiego nowym paktem Ribbentrop-Mołotow. Polska dyplomacja podejmowała - zarówno za rządów Kaczyńskiego, jak i za Tuska - gigantyczne i bezskuteczne wysiłki, by nie dopuścić do budowy gazociągu, a część społeczeństwa jest przekonana, że niepodległość Polski rzeczywiście jest przez bałtycką rurę zagrożona.
Przez lata negocjowaliśmy kontrakt z Norwegią na dostawy gazu i rząd Kaczyńskiego planował zbudowanie rury łączącej Morze Północne z Polską. Nie wiem, czy plany te jeszcze są aktualne. Rząd Tuska ma zamiar wydać miliardy złotych na budowę gazoportu i zawarł długoterminowy kontrakt na dostawy gazu płynnego z Kataru, godząc się na horrendalnie wysoką cenę. Wreszcie,
Waldemar Pawlak wynegocjował z Gazpromem (który skądinąd Polsce "zagraża") nowy wieloletni kontrakt na dostawy gazu do Polski, gdy tymczasem kraje Unii Europejskiej ograniczają odbiór gazu rosyjskiego. Wolą kupować tańszy gaz, którego jest na rynku nadmiar.
Wszystko to rzecz jasna w imię bezpieczeństwa gazowego Polski.
Obsesja polityków na punkcie gazu jest tym dziwniejsza, że jesteśmy bardziej samowystarczalni pod względem dostaw surowca niż wiele innych krajów europejskich. Mamy pokaźne własne wydobycie. Ale na obsesje nie ma rady. Potrzebny jest dobry lekarz. Rolę tę wzięła na siebie Komisja Europejska.
W liście do polskiego rządu zarzuciła łamanie unijnych zasad dotyczących rynku gazu. Wezwała Polskę do umożliwienia "trzecim stronom" (na przykład europejskim koncernom) dostępu do Jamału, którym gaz mógłby płynąć w dwie strony, a więc także z Niemiec do Polski.
"Dobrze funkcjonujący, uregulowany, przejrzysty i połączony interkonektorami rynek jest kluczowy dla zapewnienia konkurencyjności i bezpieczeństwa dostaw" - tłumaczy KE polskim politykom.
Od lat pisałem w "Gazecie" to samo. Domagałem się otwarcia Jamału dla konkurentów i szukania bezpieczeństwa gazowego na rynkach europejskich, a nie w egzotycznych kontraktach. Prezes PGNiG i ministrowie, z którymi rozmawiałem, pukali się w głowę. - Przecież w gazociągu jamalskim płynie gaz rosyjski, więc jak ktoś inny może przesłać nim gaz? - mówili, patrząc na mnie jak na mało rozgarnięte dziecko.
Teraz, gdy KE domaga się otwarcia Jamału i polskiego rynku gazowego dla konkurencji, rząd będzie musiał w końcu zareagować. W szufladzie ma niezły pasztet (coraz bardziej zepsuty) w postaci wynegocjowanej i niepodpisanej umowy wieloletniej z Gazpromem. Być może to ona tak wzburzyła Komisję, że postanowiła ostro upomnieć Polskę, że tolerancja dla łamania unijnych dyrektyw właśnie się kończy. Tusk, który przed paru miesiącami określił umowę z Gazpromem jako "perfekcyjnie wynegocjowaną", jest w głupiej sytuacji. Ciekawe jak z niej wyjdzie.