Ta ciekawa tradycja wciąż jest żywa. Dziś o tym, że są zaszczuci, informują z rozmachem przechodzącym w monotonię czołowi publicyści dużej gazety, dziennikarze telewizyjni z własnymi programami, decydenci mediów publicznych oraz reżyserka znanych i emitowanych w telewizjach filmów dokumentalnych. Powstało nawet stowarzyszenie zaszczutych "Solidarni 2010 - Polska nieopisana", z czego wnoszę, że zaszczuwana wierchuszka mediów chciałaby o swoim stanie informować jeszcze usilniej. Zapewne im się to uda, bo mają sporo gazetowych łamów i telewizyjnych trybun. A wszystko pod hasłem: moja krzywda - krzywdą narodu.
To przekonanie o własnym koszmarnym losie nie wynika tylko z cech osobowościowych. Przejawia się w nim skarykaturyzowana forma kultu ofiary, celebrycki festiwal zaszczutych. Niektórym wciąż wydaje się, że Polacy lgną do tak umęczonych, zwłaszcza jeśli to umęczenie podkreśla się na każdym kroku. Ale umęczeni raczej męczą, niż emocjonują czy wzbudzają współczucie.
Nic dziwnego. Nasi zaszczuci całą energię i zainteresowania poświęcają sobie. W ich wypowiedziach, tekstach nie ma ani innych problemów, ani innych ludzi. Na zrozumienie może liczyć tylko ten, kto czuje się prześladowany za swój patriotyzm. Króluje więc w tym gronie życie wypłukane z rzeczywistości. A gdy realnego życia brakuje, rodzą się majaki. I tak heroiczny mit ofiary, który niegdyś jakoś odzwierciedlał rzeczywistość i dawał zbiorowości instrumenty trwania, przekształcił się w egocentryczny frazes separujący od społeczeństwa i jego problemów. A gala zaszczutych trwa, tylko klaskać muszą sobie sami.
Źródło: Gazeta Wyborcza