O poważnej debacie nie było mowy także w kampanii 2005 r., gdy
PiS, PO i
LPR szły ramię w ramię do władzy pod hasłem rewolucji moralnej. Te trzy ugrupowania dały wtedy odrażający pokaz demagogii, kłamstw i prowokacji. Merytorycznie to może było na imieninach u cioci, ale nie w polityce.
A jeszcze wcześniej, w 2001 r., kiedy
SLD Leszka Millera obiecywało Polakom, że przestaną zamarzać na ulicach i pożyją wreszcie godnie i spokojnie? Albo w 1997 r., gdy AWS pod wodzą Mariana Krzaklewskiego (ktoś pamięta, że był taki?) urządziło kampanijną jazdę bez trzymanki w sprawie nowej konstytucji będącej, jak to pięknie określano, nową targowicą i bolszewickim rozbiorem Polski? A pamiętna "wojna na górze" Lecha Wałęsy? Jak widać, merytoryczne kampanie sypały się jak z rękawa, aż
Polska się od nich trzęsła. I, rzecz jasna, za każdym razem towarzyszyły tym ekscesom narzekania i połajanki, że konkurencja wyborcza jest wypłukana z poważnych treści.
Dziś też słychać takie żale formułowane tak, jakby kiedyś było lepiej. Ale nie było. Ta kampania różni się jednak od poprzednich: jak w żadnej w ostatnich kilkunastu latach, brakuje w niej emocji, nie zaś sztuczek czy niedorzeczności. Na razie PiS nie potrafi emocji podsycić, a PO je tonuje, wyczuwając, że duża część społeczeństwa ma dosyć gorącej wojennej propagandy. Toteż jak na razie w kampanii największe wydarzenia to PR-owskie złośliwości oraz wewnątrzpartyjne spory o miejsca na listach wyborczych. A ponieważ często chodzi o ludzi niezbyt znanych, więc i emocji mało.
Może więc w tym utyskiwaniu komentatorów i polityków na obecną kampanię przejawia się nie tyle żal, że nie ma dobrych debat, ile nostalgia za dawnymi emocjami. Że już nie jest tak gorąco, bo przecież sensownie nigdy nie było.