Z kochaną Jadwisią wszystko dobrze. Nie stwierdziłem pooperacyjnych komplikacji. Żyje dwoma światami. Raz jest ptakiem, raz zamieszkuje chatkę. Raz wzlatuje tak wysoko, że na zachodzie widzi Bałtyk, a na wschodzie - niedostępne puszcze, żeremia bobrów nad czarnymi rzekami, rozstaje leśnych dróg, do których nie dojeżdża żaden pekaes, i nawet celników mówiących po białorusku. A raz wygląda przez okno chatki, popija cappuccino i głaszcze kota, jeśli ten akurat raczy zejść z dachu. Pani Jadwiga opowiada wszystkim wokoło, co widzi. Szczęście rozpromienia jej twarz. Za parę dni wypiszę ją do domu.
Jakże nie czcić Tęczowej Wieloródki? Tylko skończony kretyn miałby jakieś wątpliwości. Tylko ktoś mieszkający całe życie w dalekim świecie mógłby to uznać za gawędziarską przesadę.
Inni pacjenci również opowiadają siebie na tysiące fantastycznych sposobów. Ja, na tysiące różnych sposobów, upewniam ich, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pani Zawilec, czterdziestolatka z zespołem suchego oka, widzi swojego męża pod postacią ryby. Gdy "tatuńcio" leży na tapczanie przykryty kocem - wygląda jak wielki sum zawinięty w poplamioną gazetę. Dłonie poruszają niemrawo pilotami do telewizora i satelity. To długie wąsy badające przestrzeń. Sum otwiera paszczkę - świszczy i pokasłuje, czasami zasypia na kwadrans. Przy kanapie - pusta butelka piwa, pestka po wygryzionej brzoskwini.
"Ma pani dwie drogi - oznajmiłem na obchodzie. - Pierwsza: wziąć rozwód i zająć się wyłącznie tym, co w pani ewidentnie kobiece. Chyba że lubi pani ryby. O, w takim razie proponuję pójść drugą drogą: łowić jak najwięcej kochanków. Oni z latami upodabniają się do siebie, ciągną przed telewizory i na tapczany. W konsekwencji założy pani spore gospodarstwo z sumami, śledziami, karpiami i okoniami. To oczywiście kwestia pani decyzji, żeby dalsza opowieść oczu biegła jedną bądź drugą drogą". Pani Zawilec wybrała pierwszą. W mojej obecności napisała anons do "Wiadomości Hutniczych": "Wykształcona (umie odróżnić faceta od suma), o dużej osobistej kulturze (choć wie, jak żmudna jest droga od kuchni do filharmonii), w odpowiednim wieku (prawie niezniszczona, ledwie dłonie od mycia garnków), materialnie zabezpieczona (mieszkanie własnościowe, choć z mężem sublokatorem) pozna towarzyszkę życia - kulturalną, z którą pragnie łowić mężczyzn na wędkę". Decyzja pani Zawilec wywołała aplauz pacjentów.
Z kolei pewien listonosz, cierpiący wedle oficjalnych formuł medycznych na dysleksję i wrodzone przemieszczenie soczewki, zamiast dwóch dłoni widzi dziesięć, i to lepkich. Nieszczęście listonosza polega na tym, że równocześnie zniknęła mu z oczu literka „p”. Nie umie jej ani napisać, ani wymówić. A zamierzał wygrać wybory do rady miasta. „W tym przypadku to nie schorzenie, lecz kopalnia wiedzy dla pańskiego komitetu wyborczego - oznajmiłem z emfazą. - Jednak na pana miejscu od razu oddałbym się w ręce policji. Proszę zauważyć, że »policja « też zaczyna się na »p «, tak jak »przeznaczenie «, »przesrane «, »prokurator « i »pierdel «. Tak jak »perspektywa ponura « i ostatecznie - »pieprzona porażka «. Jeśli umie pan pisać, może pan w pierdlu przemienić się w pisarza. Piękne powieści powinien pan pisać. O polityce i potędze pogardy” - poradziłem. Listonosz chyba zrozumiał, co mam na myśli. W jego oczach dostrzegłem smutek. Zadzwonił do żony, nalegając, żeby załatwiła kajdanki, bo nie ręczy za swoje ręce.
Jeszcze inny pacjent, brygadzista w hucie, stracił widzenie kolistych przedmiotów. Nie umiał wydmuchać zwykłej kuli, nie mówiąc już o słoniu czy baletnicy. Ilekroć tchnął powietrze w masę rozgrzanego szkła, pojawiał się trapez lub prostopadłościan. Po przyjęciu do szpitala wyznał, że Ziemia wygląda mu na równoboczny trójkąt, ludzie są gadającymi sześcianami, w których chrzęszczą kości, chlupocze krew. Ledwie spojrzy na niebo, już chmury układają się w kanciaste kształty geometrycznych brył, ledwie wieczorem zacznie sumować gwiazdy, już mu wychodzą matematyczne formuły, których nie zapamiętałby nawet Einstein. Zasugerowałem, żeby sięgnął po rozprawy z wyższej matematyki, jak również poznał, czym są różniczki i liczby pierwsze.
Dzisiaj pojawił się nowy pacjent - Andrzej Kolano. Oficjalna diagnoza stwierdza cukrzycową retinopatię, lecz ja z jego oczu, niczym z otwartej karty, wyczytałem coś zupełnie innego. Najpierw stracił posadę w "Wiadomościach Hutniczych", później imał się najróżniejszych zajęć, od Sasa do Lasa, aż skończył jak większość - w hucie. Od tego też czasu zaczęły go męczyć żółte plamki, co miało być niby wynikiem defektu siatkówki, która nie była w stanie absorbować nadmiaru gorąca i światła. Zaprosiłem pacjenta Kolano do siebie, poczęstowałem koniaczkiem i wytłumaczyłem, że żółte plamki to rozległe sady wiosennych drzew cytrynowych, z jednym zastrzeżeniem: wiszące cytrynki są piłeczkami do tenisa. Jeśli nie chwyci za rakietę, jeśli nie zacznie serwować, uderzać i strącać, obraz cytrynek będzie go męczyć do śmierci. A przecież nie idzie o to, żeby obraz prześladował człowieka, lecz żeby wzbogacał jego widzenie, obierając widzialność świata niczym cebulę z łupin.
Zaraz po obchodzie oddałem mu swoją rakietę. Poprowadziłem do świetlicy. I tak nikt do niej nie zagląda, od kiedy zepsuł się telewizor, a dyrektor co miesiąc obiecuje kupić jakąś plazmę na raty.
Kolano zamachnął się potężnie i trafił pierwszą cytrynkę. Piłeczka pomknęła w dal. Pacjent nabrał animuszu. Zaczął wywijać bekhendami i forhendami, dwuręcznie i jednoręcznie. Poczuł się na tyle dobrze, że postanowił odwołać wieczorny zabieg. "Panie doktorze, nie wiem, jak mam panu dziękować. To niesamowite! Odnalazłem w sobie Wojciecha Fibaka, odkryłem trawiaste korty Wimbledonu. Wprawdzie na zawodnika jestem za stary, ale zostanę trenerem" - postanowił. "Tak trzymać, panie Andrzeju! - wykrzyknąłem, zaraz dodając: - Jutro trening o tej samej porze! Rakietę niech pan zatrzyma".
Wady, wmawiane przez dyktat poprawnego widzenia, stanowią studnię bez dna nieodgadnionych wymiarów. Nie chcę leczyć pacjentów, szczerze mówiąc - popycham ich w piękne fantasmagorie, głosząc ideę powszechnej wolności oczu. Tradycyjna okulistyka ma coś z symbolicznej przemocy. A pierwszym przykazaniem Tęczowej Wieloródki jest: nie niszcz żadnej, nawet najlichszej barwy. Świat potrzebuje nowej widzialności.
Muszę wyznać, nie bez satysfakcji, że całe Miasto Szklanych Słoni uczestniczy w moim eksperymencie. Taki burmistrz Widzi w sobie Cezara i jest Cezarem. Radnych obwołał swoimi dworzanami. Mieszkańcy, mając do wyboru: wyimaginowane Bizancjum czy zapomniana mieścina, wybierają Bizancjum. Zawsze to lepsze i nic nie szkodzi, że wymyślone. Przeciwnie, wymysł czyni rzeczywistość bardziej subtelną, bardziej wyrafinowaną. Burmistrzowa, jako żona Cezara, rozdaje swoje gruszkowe wdzięki każdemu, kogo sobie upatrzy. Ma kilku kochanków, którzy - gdy skończy się zauroczenie - potracą posady, zasilą arystokrację i będą zbierać szkło. Cezarowa cieszy się wielkim poważaniem wśród żeńskiej części miasta. Wiele kobiet ją naśladuje. A i mężczyźni, nie powiem, chętnie przystają na taki układ.
Trzeba przyznać, że wierność jest piętą achillesową mieszkańców. Wieczorami, zwłaszcza w soboty i niedziele, Miasto Szklanych Słoni przemienia się w namiętny, rozgorączkowany świat schadzek, burzliwych romansów, alkowianych gier. Głębokie westchnienia wypełniają parkowe krzaki, wieczorne nieszpory pełne są czułych muśnięć i pocałunków. Nawet ksiądz, zamiast monstrancji, bierze zakonnicę na ręce i wielbi Miłość. Nikt nie wysyła listów do kurii, nikt nie domaga się infamii - mieszkańcy są zgodni, że sutanna nie może odbierać mu człowieczeństwa. Na poczcie dochodzi do ekstatycznych zbliżeń. Rachunki za gaz, prąd i telefon opadają na ziemię wraz z miękkim szelestem ściąganych sukienek, spodni i koszul. W Hiltonie słychać bieganie po piętrach, jęk sprężynujących łóżek, stłumione chichoty. Trudno wytłumaczalna kochliwość pochłania mieszkańców. Czasami jest tak wielka, że nie wiadomo, kto, z kim i dlaczego. Następnego dnia - jak ręką odjął. Powraca stateczna powściągliwość. O minionej nocy nie mówi się ani słowa.
Właśnie, randki - na dzisiejszym zebraniu personelu ordynator doszedł do wniosku, że trzeba ułatwić spotkanie panu Zenonowi z panią Klaudią. Oboje mają coraz mniej czasu. Pomysłem ordynatora najbardziej zachwycił się doktor Tomeczek - ten wazeliniarz! Zerwał się z krzesła i zaczął bić brawo. Jednak, jak przyszło co do czego, wymówił się nawałem operacji. Doktor Iwona obiecała przekonać Julię, że nie wolno jej zignorować być może ostatniej miłości. Na mnie wypadło, że mam załatwić jakiś samochód. Kochankowie powinni urządzić sobie przejażdżkę po mieście - też być może ostatnią. Od razu pomyślałem o czymś ekstra, czymś retro. Przyszedł mi do głowy Kazik - mój sąsiad z parteru.
Kazik jeździ trabantem. "Jeździ" to za dużo powiedziane. Wraca nim z pracy i zaraz otwiera maskę, by do późnego wieczora grzebać w silniku. Ciągle coś tam naprawia. Traktuję Kazika, pochylonego nad wybebeszonymi wnętrznościami auta, jako naturalny krajobraz podwórka. Czasem przystanie jakiś pies z kulawą nogą, łeb zwiesi, popatrzy smutno i pobiegnie dalej obwąchiwać ulice. Czasem wróble przysiądą na gałęzi. Poświergolą, a to o wzdęciach tłumika, a to o szczerbatym rozrządzie, a to o silniku, że astmatyk i gruźlik. A sąsiad obiecuje sobie wyrzucić grata na złom. Szeptem dodaje, że weźmie kredyt na mitshubishi pajero, choćby ostatnie raty miał spłacać w zaświatach.
Wyjaśniłem sąsiadowi, że wiekowa Julia, wiekowy Romeo, że między nimi iskrzy, że między nimi tentego Że ludziom trzeba pomagać, zwłaszcza gdy idzie o miłość. Kazik, poklepawszy maskę trabanta, obiecał zostać kierowcą kochanków. Przecież sam podkochuje się w kwiaciarce. Niestety, bez wzajemności. Kwiaciarka woli dresa Bogdana.
Auto ma być wyszykowane na sobotę. Będzie jak limuzyna, do której mogłaby wsiąść niejedna hollywoodzka gwiazda. Kazik kazał mi zajść do huty około piętnastej.
Znowu przegrałem zakład. Zaraz po obiedzie kurtyna poszła w górę i oczom pacjentki Kani ukazał się trup anioła stróża. A jednak, gdy umiera człowiek, umiera też jego anielski opiekun. Z opowieści Kani wynikało, że anielski trup był bardzo podobny do małżonka. Na eterycznych stopach miał nawet identyczne odciski - znak, że nie używał skrzydeł, tylko chodził za mężem krok w krok. I znowu musiałem gmerać rudą. Pod łopatką. I mruczeć: "Oj Zocha, ty ruda, ty niedobra!". Całe dwadzieścia minut przy pielęgniarkach. Zaczynam wątpić, czy kiedykolwiek wygram z naszą Pytią. Nigdy się nie myli. Teraźniejszość jest dla niej na tyle przezroczysta, że z łatwością odgaduje kolejne dni.
Czas gna przez wieczór. Zrobiłem przerwę w pisaniu, zjadłem kolację, a już dwanaście razy kuka kukułka, rozpościerając skrzydła nad ramieniem wahadła. Zegar, niczym puszczyk, obwieszcza łowy insomnii. W podłodze - chrobot i szmer. Za ścianą - pochrapywanie. Na dachu - ostatni, niezmordowany kot. Wymiaukuje jakąś balladę o biednym dachowcu, o pięknej kotce i jej złym ojcu, który przeznaczył córkę bogatemu persowi.
Najwyższa pora spróbować zasnąć. Butelka whisky pusta. Pięć kapitańskich gwiazdek już nic nie znaczy.
Mariusz Sieniewicz, Miasto szklanych słoni. Książka ukaże się w najbliższych dniach nakładem wydawnictwo Znak