http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zaburzenie

Thomasa Bernharda*
2009-04-13, ostatnia aktualizacja 2009-04-10 15:23

Wyłapali o brzasku połowę ptaków, najpierw te najpiękniejsze. Po fajrancie zabiją te, które jeszcze zostały - fragment nieznanej w Polsce powieści


Fot. Mria Drabecka
Młyn Fochlerów znajduje się w gminie Rachau. Raz w tygodniu ojciec musi właścicielowi zdejmować z owrzodzonej nogi opatrunek, wypuszczać ropę, która się tam tymczasem nazbierała, i na nowo opatrywać nogę. Może kiedy on będzie w pokoju młynarza, powiedział, sprawi mi przyjemność obejrzenie egzotycznych ptaków w dużej klatce znajdującej się za młynem.

Dopiero teraz, na wspomnienie klatki dla ptaków, zrozumiałem, co to za młyn, ten młyn Fochlerów. Obok młyna przechodził kiedyś, jak pamiętam, kondukt żałobny, który wyłonił się z wąwozu, myślę, że chyba z zamku księcia Sauraua, a wrzaski ptaków, w nieustannym przerażeniu rzucających się do kraty klatki, rozdrażnionych ludźmi mamroczącymi modlitwy, bez przerwy atakowały kondukt.

***

Jakże inny jednak był nastrój, gdyśmy przybyli do młyna. Dwaj młodzi robotnicy (mój ojciec powiedział: "synowie!") byli zajęci ładowaniem worków mąki na wóz drabiniasty. Na wozie stał trzeci młodzieniec, młodszy od dwóch pozostałych; wyglądał jak jeden z tych młodych Turków, których teraz wielu się u nas zatrudnia, i rzeczywiście był Turkiem. Zaczął zdejmować worki z pleców synów właściciela młyna i porządnie, jeden obok drugiego, ustawiać je na wozie. Był w moim wieku, ale nie dość silny, by wykonywać ciężką pracę młynarza, która dzisiaj wygląda w wąwozie dokładnie tak samo, jak od stuleci.

Pomyślałem, że Turek jest w wąwozie pewnie dopiero od kilku dni. Synowie właściciela młyna przez większość czasu będą się z niego naśmiewać, pomyślałem, było mi go żal. Zawsze będzie mu trudno między nimi, pomyślałem, jeśli się od razu nie zbierze i nie odejdzie, całymi latami będzie ofiarą ich humorów. Nie sprawiali wrażenia, żeby choć trochę chcieli ułatwić mu życie.

Niezauważony przez trzech robotników, poszedłem za młyn, gdzie spodziewałem się ujrzeć olbrzymią klatkę dla ptaków.

W rzeczywistości klatka była o wiele większa, aniżeli zachowałem ją we wspomnieniu. Bardzo jednak opustoszała, gdyż nie było w niej nawet w przybliżeniu połowy ptactwa, które widziałem tu za pierwszym razem. Czy istotnie większość okazów wyzdychała ptasznikowi? pomyślałem. Te nieliczne, które jeszcze mieszkały w klatce, może z 50 sztuk, na mój widok odfrunęły przerażone pod tylną ścianę. Nie miały pokarmu i chciało im się pić. Stojące pod murem koryto na wodę było puste. Wszystko w tej klatce wskazywało, że nie ma już człowieka, który do tej pory opiekował się ptakami.

Dwie papugi wrzeszczały do siebie ciągle to samo. Nie udało mi się domyślić, co krzyczą. Zauważyłem, że do znajdującej się przed klatką studni jest doprowadzony wąż, napełniłem więc koryto wodą. Ptaki od razu się do niej rzuciły. Ale wszystko w nich było wrogie. Skąd ta wrogość? pomyślałem. Miały również wrogie upierzenie, kolory, nieustannie zmieniające się wskutek rozdrażnienia. Jakiś szaleniec musiał stworzyć tę hodowlę, pomyślałem, i przez nią zmarnieć.

Przez chwilę miałem wrażenie, że ktoś za mną stoi, ale kiedy się odwróciłem, nie było nikogo. Szybko odszedłem od ptaków i wróciłem pod młyn, gdzie trzej młodzi mężczyźni, choć Turek nie jest jeszcze mężczyzną, uporali się już z ładowaniem worków. Turek właśnie zeskoczył z wozu, i zaskoczony moim widokiem, przystanął na chwilę pod murem domu, przyjrzał mi się badawczo, po czym momentalnie wbiegł do młyna.

***

Zawołał mnie nagle jeden z dwóch synów właściciela młyna. Poprosił, żebym się z nim udał. Poszedłem za młodszym synem młynarza do przybudówki.

W pierwszej chwili niczego w przybudówce nie dostrzegłem. Później jednak, gdy przyzwyczaiłem się do ciemności, do osobliwego smrodu, smrodu mięsa, stwierdziłem, że na długiej desce ułożonej na dwóch drewnianych kozłach leży stos martwych ptaków, jak natychmiast się zorientowałem, tych z klatki, to były najpiękniejsze z egzotycznych okazów. Piękne kolory zrobiły na mnie wrażenie. I rzeczywiście, zabito najpiękniejsze egzemplarze z klatki, odwróciłem się więc, kierując pytające spojrzenie na młynarczyka.

Wszyscy trzej, on, jego brat i ten nowy, młody Turek, zatrudniony w młynie dopiero od kilku dni, wyłapali o brzasku, jeszcze przed wschodem słońca, połowę ptaków z klatki, najpierw te najpiękniejsze, i zabili je, starając się nie uszkodzić cennego upierzenia. Jak? Z ogromną szybkością owijali sobie wokół palców wskazujących szyje ptaków i ściskali je. Ogółem naliczyłem 42 ptaki.

Po fajrancie zabiją również te, które jeszcze zostały w klatce, powiedział syn młynarza. Dodał też, że brat jego ojca mniej więcej przed 20 laty zaczął „wychowywać” te ptaki i żył wyłącznie dla nich. Zmarł trzy tygodnie temu i od tamtej chwili nie ustaje straszliwy wrzask tego ptactwa, przyprawiając ich niemal o szaleństwo. Początkowo myśleli, że krzyk ptaków spowodowany śmiercią ich opiekuna, z czasem przycichnie albo całkiem ustanie, ale się pomylili. Stawał się bowiem coraz bardziej nie do zniesienia.

***

Nikt nie zdoła się przyzwyczaić do takiego „straszliwego krzyku”, nie można też wymagać, aby ktokolwiek to wytrzymał. Dostali więc wczoraj od ojca, właściciela młyna, pozwolenie zabicia ptaków, mieli je uciszyć. Długo się zastanawiali, jak je zabić, aż wreszcie wpadli na pomysł, że nie odetną im łebków, jak kurom, tylko zabiją je, nie uszkadzając z zewnątrz. W ten sposób nie będą musieli się z nimi rozstawać, powiedział młynarczyk. Przywykli do tych wszystkich cudownych ptaków, chociaż nie byli, jak ich stryj, tak bez reszty w nich zadurzeni. Teraz sami zamierzają je spreparować, wypchać i wypełnić nimi cały pokój, pokój zmarłego brata młynarza. To on, powiedział młynarczyk, wpadł na pomysł urządzenia muzeum ptactwa w młynie Fochlerów.

Nie było łatwo zdobyć te ptaki. Kiedy zaczęli wyłapywać pierwsze i zabijać je, wrzask oczywiście jeszcze się wzmógł, ale z każdą chwilą ptaki coraz bardziej milkły. Gdy zabili ostatnie, reszta pozostałych przy życiu całkiem oniemiała. Teraz wyjaśniło się więc, dlaczego ptaki były tak przerażone, gdy podszedłem do klatki, już w pierwszej chwili bowiem pomyślałem, że reagują całkiem nienaturalnie.

Od tego wyłapywania ptaków z klatki wszyscy mają podrapane twarze, powiedział syn młynarza. Teraz, kiedy już nabrali wprawy, powiedział, wieczorem uda się im o wiele łatwiej i szybciej zabić wszystkie pozostałe, tak że już następnej nocy zapanuje absolutny spokój... Ich ojciec rozważał najpierw pomysł, czyby nie sprzedać żywych ptaków jakiemuś kolekcjonerowi, ale znalezienie takiego kolekcjonera zajęłoby im zbyt dużo czasu i do tej pory już by prawdopodobnie zwariowali. Trudno jest znaleźć preparatora, postanowili więc, że w czasie wolnym sami spreparują wszystkie ptaki.

Stryj, powiedział syn młynarza, miał w głowie wyłącznie te ptaki. Zostało całe mnóstwo notatek, które zrobił na temat swojej hodowli („Wszyscy lubimy robić notatki!”, powiedział młynarczyk), mających zapewne dużą wartość dla fachowców. Brał do ręki jednego czy drugiego pięknego ptaka i podnosił go tak wysoko, żebyśmy mogli mu się dobrze przyjrzeć, a następnie opisywał jego szczególne przymioty.

Pomyślałem, że ten młody człowiek całkiem nieźle zna się na egzotycznych ptakach. Najwyraźniej wszyscy tu w młynie Fochlerów koncentrowali się na nich. Umiał wszystkie poprawnie nazwać, jedne, mówił, pochodzą z krajów azjatyckich, inne z amerykańskich, a jeszcze inne z afrykańskich. Większość to wschodnioazjatyckie ptaki wyspowe, ani jeden nie pochodził pierwotnie z Europy. Brat młynarza często całymi godzinami przebywał w ich klatce, ale żaden ptak nigdy go nie zaatakował. Wszystkie miały imiona, jak Kalahari, Malemba, Mitwaba, Czing-tou, Koji-jang, Amoy, Druro, Drirari, Cochabamba, Carrizal itd. Z książek o ptakach, z setek książek leżących na stosach w pokoju stryja, on wie najdziwniejsze rzeczy o każdym z osobna. Ja jednak nie mogłem już dłużej wytrzymać w tej przybudówce, gdzie zabite ptaki leżały na desce jak na katafalku, dłuższe przebywanie tam uniemożliwiał mi przede wszystkim odór ptasiej padliny, wyszedłem więc.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':