Eseje Henryka Daski porywają nie tylko znakomitym warsztatem krytycznym, polszczyzną soczystą i precyzyjną. Jest w nich troska o jakość polskiej literatury, czyli - po prostu - o jakość polskości
Właściwie to nie był odlot. To był przerwany lot; przerwany przez okrutną chorobę. Henryk Dasko, ptak malowany polskiej krytyki literackiej, odleciał ze świata, zanim zdążył dobrze zamachać skrzydłami. A skrzydła miał piękne...
I „Trzeba być po trosze tułaczem i wygnańcem, niedobitkiem jednego z umarłych światów, których tyle już w naszym stuleciu, by zrozumieć w pełni »Lolitę «, by do końca odczytać Nabokova”.
Te słowa, zamykające esej Henryka Daski o pisarstwie Vladimira Nabokova, charakteryzują trafnie perspektywę duchową autora szkicu. "Tułacz, wygnaniec, niedobitek jednego z umarłych światów" - tak postrzegał Henryk Dasko samego siebie.
Był emigrantem z 1968 r., krytykiem i pisarzem niebanalnym, pełnym miłości nostalgicznej do świata Warszawy lat 50 i 60. To był świat, który ukształtował jego pamięć i wyobraźnię. "Jego nostalgia była nostalgią szczególną, albowiem tęsknił za czymś, czego nie sposób odtworzyć. (...) Intensywne, pełne pasji przywoływanie przeszłości jest przeto czymś więcej niż tylko poszukiwaniem ukojenia: jest próbą zachowania własnej tożsamości".
Tak pisał Henryk Dasko o Nabokovie - i o sobie.
II Poznałem go w 1966 r. Nazywał się wtedy Henryk Daszkiewicz, a pewnie i to nie było prawdziwym nazwiskiem jego ojca. Był studentem SGPiS-u, mówiliśmy na niego "Dachówa". Tak nazywałem go do końca. Potem przybrał nazwisko Dasko, może dla zaznaczenia swojej nowej tożsamości, a może po prostu po to, by Anglosasi nie łamali sobie języka.
Jego najbliższy przyjaciel, znany pisarz i eseista, napisał w jednej ze swych książek: "urodziłem się w Warszawie w 1946 roku. Moi rodzice byli od wczesnej młodości aktywnymi członkami partii komunistycznej". To samo mógłby napisać o sobie Henryk. Także i ja. Nie jest to okoliczność mało znacząca - dlatego pisanie o Henryku przychodzi mi z trudem. Zwłaszcza gdy mam w pamięci, że ci nasi rodzice byli polskimi komunistami pochodzenia żydowskiego.
Jak zapamiętałam Dachówę z epoki przedmarcowej 1968 r.? Młody, piekielnie inteligentny, bystry i wygadany; był szalenie przystojny, co dziewczyny natychmiast zauważały; trochę playboy, trochę marzyciel, trochę artysta zafascynowany pisarstwem Hłaski, Remarque'a, Tyrmanda, Hemingwaya, Marka Nowakowskiego czy Andrzeja Brychta. Najwyraźniej podobali mu się bohaterowie tej literatury: twardzi, niezależni, ironiczni. To upodobanie łatwo dostrzec w jego szkicach o literaturze.
Inaczej niż moi najbliżsi koledzy, Henryk nie miał żadnych ciągot rewolucyjnych, choć dorastał przecież w cieniu mitu rewolucji. Nigdy nie pozbył się tego cienia. Jego najbliższy przyjaciel zapisał w swojej książce migawkę z 1968 r.:
„12 marca 1968 roku po wiecu na Politechnice, odśpiewaniu »Jeszcze Polska nie zginęła « i »Międzynarodówki « oraz podjęciu szeregu podniosłych deklaracji przeciwko aresztowaniom, przeciwko biciu, przeciwko cenzurze i przeciwko partyjnej propagandzie antysemickiej, tłum studentów uformował się w kolumnę i ruszył w kierunku domu akademickiego.
Przeszliśmy nie więcej niż dwieście metrów, gdy zaatakowały nas grupy milicjantów i cywilów uzbrojonych w pałki. Kolega S. idący obok mnie zachrypiał z nienawiścią: »Precz z komunizmem! «. Drgnąłem przerażony. Dlaczego? Przecież komunizm, ten prawdziwy, ludzki, dla ludzi - jest przeciwieństwem nienawiści, jest swobodą dla dobra i prawdy. S. dostał pałą przez twarz, smarknął krwią i rozkrzyczał się na dobre: »Komuniści! Mordercy! Precz z czerwonym! «. »Prowokator! « - wrzasnął ktoś z tyłu. Odwróciłem się i dostałem drewnianą lachą po plecach.
Do domu wróciłem posiniaczony i z taką myślą: komunizm, który dla moich rodziców był spełnialną nadzieją braterstwa, dla mnie stał się sferą odruchu, miarą dobrego smaku, towarzyskiej przyzwoitości; rejestrem zasad oczywistych: że nie wolno kłamać, nie wolno kraść, wszyscy ludzie są braćmi, każdemu należy się wolność, praca i szacunek".
Henryk mógłby podpisać się pod tymi słowami. I nie tylko Henryk...
W marcu 1968 r. obu im - i jeszcze wielu innym - wybito z głowy komunizm raz na zawsze, nie tylko za pomocą pałek. Także za pomocą kampanii antysemickiej przeprowadzonej z wielką brutalnością przez partię komunistyczną. Ci młodzi ludzie z rodzin komunistycznych dowiedzieli się nieoczekiwanie, że są potencjalną V kolumną syjonizmu, Herrenvolkiem, dziedzicami terroru stalinowskiego. I powiedziano im jeszcze, że mogą wyemigrować z Polski - fora ze dwora!
Henryk należał do tych wielu tysięcy, którzy wybrali emigrację.
III Z krajów zwycięskiego komunizmu wyjeżdżało się "raz na zawsze". Tak uciekł spod władzy bolszewickiej Nabokov; tak opuszczali Polskę Jerzy Kosiński, Marek Hłasko, Leopold Tyrmand. Tak też opuszczał Polskę Henryk. Pozostawiał na zawsze kraj, który uważał za swą wspólnotę losu i życia; kraj swojej tożsamości najważniejszej. Teraz musiał szukać tożsamości nowej, tak jak przed nim szukali jej pisarze-wygnańcy.