Pan Senka jest zdenerwowany. Stoi z Santnerovą przy stoliku, na którym wydawczyni prezentuje swój towar, trzyma w ręku książkę i pokazuje na nią palcem. Za wydawczynią kuli się jej gruby mąż z nosem czerwonym od whisky. Mała grupka wokół nich z zainteresowaniem słucha pana Senki.
- Proszę mi nie opowiadać takich rzeczy! - mówi pan Senka bardzo głośno. - Niech pani to sobie sama przeczyta, o tutaj, na stronie dziewiętnastej! - macha książką w niebieskiej okładce, na której po błękitnym niebie płyną jakieś cegły i z jednej z nich wyrasta zielone drzewo. - No, proszę! O, to: "Ja strzeliłbym nawet Matce Boskiej w tyłek, żeby tylko uratować swój łeb". Jak pani nie wstyd drukować takich rzeczy?!
- Przecież nie jestem cenzorem! - kręci Santnerova ewidentną peruką. Włożyła ją, bo nie zdążyła zrobić sobie ondulacji. Wygląda w niej lepiej niż z własnymi włosami, bo nigdy nie ma na nie czasu. Po piątej whisky jej mąż skarżył się na to w knajpie Mourków. Również na to, że żona nie ma czasu na inne rzeczy, i że praktycznie zajmuje się tylko tymi swoimi książkami. - Autor tak to napisał - broni swego - a ja nie jestem cenzorem, żeby mu coś skreślać!
Santnerovie wyemigrowali po sierpniu 1968 roku, pan Senka - po 1939. Wydawczyni nie domyśla się, że słowo cenzor nie ma dla przedhitlerowskiego pana Senki tego samego bogactwa znaczeniowego. Znałem ją trochę z Pragi. Niemal stała się tam pisarką. Niemal, ponieważ rękopis jej zbyt szczerych opowiadań z panieńskiego życia został przez cenzurę zatrzymany jako pornografia. Santnerova wydała to dzieło dopiero na emigracji, a ponieważ dołożyła tam jeszcze opowiadania, których w Pradze w ogóle nie odważyła się włączyć do książki, z całej gminy emigracyjnej nie zgorszyli się tylko emigranci ekonomiczni z lat dwudziestych, bo oni czytali już tylko kalendarze.
Obecnie malutki i łysy pan Senka poczuł się zgorszony książką, której Santnerova wcale nie napisała, tylko wydała.
- Nie jest pani cenzorem, ale powinna pani być! - krzyczy Senka. - To już naprawdę przekracza wszelkie granice!
- Powinien pan to czytać w kontekście - broni się Santenerova w sposób zbyt uczony. - Mówi to przecież członek antyhitlerowskiego ruchu oporu, który się boi, że go złapie gestapo. Kiedy ludzie się boją, nie zwracają uwagi na mocne słowa. Przecież to znana sprawa.
- Ale to jest w książce, moja pani! W książce!!!
Tego z kolei nie rozumie Santnerova. Jej słowo "książka" nie kojarzy się z cennym sprzętem domowym, który człowiek bierze do ręki tylko od wielkiego dzwonu, z wyjątkiem dawnych lat, kiedy w szkole musiał często brać do ręki czytanki. Mąż pochyla się nad nią i szepcze:
- Betty, nie kłóć się! - ale ją prowokuje to tylko do większej fachowości:
- Nic na to nie poradzę, że w kontekście jest to funkcjonalne. W takich sytuacjach ludzie tak mówią!
- Ale nie mówią tak w KSIĄŻKACH!!!
Oboje częściowo mają rację, każde zgodnie ze swym doświadczeniem. Do stołu podchodzi facet z pomarszczoną twarzą. Na rękawie ma opaskę organizatora. Sięga po książkę i kartkuje, szukając strony dziewiętnastej. Młodzik w dwurzędowej marynarce bierze w obronę Santnerovą:
- Pani wydawczyni ma rację, panie Senka. Niech pan na przykład weźmie "Szwejka". Tam przecież też są takie wyrazy.
Pan Senka garbi się i spogląda na apologetę spod okularów. Potem unosi palce:
- No tak, ale to jest "SZWEJK"!
- I co z tego - protestuje młodzian. Jest z demokratycznej opozycji, wyemigrował po sierpniu 1968. - Skoro wolno było Haszkowi, to dlaczego nie ma być wolno temu - stara się przeczytać nazwisko autora - Janowi Drobkowi. Drabkowi.
Pan Senka błyskawicznie podsuwa palec aż pod brodę młodzieńca, więc ten odruchowo się cofa.
- A jak by się panu podobało, gdyby ktoś napisał: "Ja strzeliłbym nawet panu prezydentowi Masarykowi w tyłek"? Jak by się panu podobało takie coś?
- Przecież to z tym nie ma nic wspólnego! Ja tylko powiedziałem, że skoro Haszek miał prawo, to dlaczego nie Jan Drabek
Źródło: Gazeta Wyborcza