http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak zginął Następca

Ismail Kadare*
2008-11-22, ostatnia aktualizacja 2008-11-21 17:17

Czy gdziekolwiek na świecie popełniono samobójstwo z broni z tłumikiem? Fragment nowej powieści albańskiego pisarza

- Spotkamy się znowu - powiedział minister beztrosko, prawie radośnie.

Te słowa wysokiego urzędnika, który zajmował się najważniejszą wizją lokalną w historii komunistycznego państwa albańskiego, bardziej można by uznać za wypowiedziane przy pożegnaniu z przyjaciółmi po sutym obiedzie w którejś z restauracji na wzgórzach wokół sztucznego jeziora w Tiranie: "Ryba była wyśmienita, spotkamy się tu znowu, zgoda?".

- Rozwiążemy ten problem, nieprawdaż?

Petrit Zallherri, lekarz sądowy, szedł Wielkim Bulwarem w kierunku hotelu "Dajti" i odtwarzał w pamięci słowa ministra, które z każdym krokiem wydawały mu się coraz bardziej dziwne.

Architekt słuchał słów ministra z rozgorączkowanymi oczami, co mogło świadczyć zarówno o niezdrowej ciekawości, jak i o żądzy sensacji, trochę jak w tłumie gapiów na targu, którzy zacierając ręce, wołają: "Ale się będzie działo!". Czy oni obaj są ślepi, czy takich udają?, zastanawiał się lekarz, gdy widział ich przekomarzających się jak mali chłopcy.

On sam doskonale pamiętał chwilę, kiedy oficjalnie go poinformowano, że przeprowadzi niezwykle ważną autopsję. Chodziło o zwłoki Następcy.

Przez chwilę niczego nie słyszał. Cały świat zamilkł, a w nim wszystko znieruchomiało: serce, mózg, oddech. Później w jego mózgu pojawiła się myśl: klamka zapadła.

Po takiej sekcji zwłok życie tego, który ją przeprowadził, jest równie niemożliwe jak życie na Księżycu.

W przygniatającej ciszy, przerywanej jedynie wydawanymi przez ministra poleceniami, lekarz mimowolnie i na zimno podsumowywał swoje życie. Żył uczciwie, na ile to możliwe, co nie było łatwe w tym niebezpiecznym zawodzie. Poddany lekkiej krytyce za "półburżuazyjne" pochodzenie rodziny, uniknął kary za udział w tak zwanej grupie lekarzy intelektualistów w Tiranie - oskarżonych o ignorowanie radzieckich doświadczeń, ponieważ w tamtych czasach był jeszcze studentem. Potem szczęśliwym trafem nie wplątał się do grupy studentów i profesorów oskarżonych o żartowanie z bosonogich chińskich lekarzy w okresie przyjaźni z Pekinem.

Słowa ministra były twarde, zdecydowane, pełne złowrogich obietnic. Zaniedbano to, co jest obowiązkiem wobec każdego obywatela, a zwłaszcza wobec Następcy: wizji lokalnej.

Lekarz próbował się skupić, ale czuł, że ma coraz większy zamęt w głowie... - Wizja lokalna zostanie przeprowadzona, choć z opóźnieniem - ciągnął minister. - Prawda musi zostać odkryta, mimo że może się ona komuś nie spodobać.

Oczy ministra płonęły szczerym oburzeniem.

- Wszystko odbędzie się zgodnie z wszelkimi regułami sztuki - ciągnął z niezmiennym oburzeniem. - Prócz wizji lokalnej zostanie przeprowadzona próba z bronią. Pocisk zostanie wystrzelony w sypialni z broni, której użyła ofiara. Sprawdzimy, czy strzał był słyszalny na zewnątrz. W ogrodzie willi, gdzie stali wartownicy. W korytarzach. W sypialniach, w których spali pozostali członkowie rodziny. Wszystko zostanie dokładnie przebadane. Wizja będzie przeprowadzona w deszczową i wietrzną noc, jak wtedy 13 grudnia. Pocisk zostanie wystrzelony z broni bez tłumika, a następnie z tłumikiem.

Mimowolnie oczy lekarza i architekta spotkały się. Czy gdziekolwiek na świecie popełniono samobójstwo z broni z tłumikiem? W oczach architekta zamiast przebłysku niedowierzania wciąż była taka sama euforyczna gorączka.

Czy rzeczywiście on nic nie rozumie, czy w ten sposób się broni?

- Zostanie więc wypróbowana broń z tłumikiem - powtórzył minister, ale chwilę potem, jakby czytając myśli lekarza, dodał: - Nie muszę panom przypominać, że cała ta sprawa jest ściśle tajna.

Po zakończeniu tej pracy nie pozostanie nic innego, jak ogłosić, że śmierć Następcy zostanie uznana za morderstwo, on sam za męczennika rewolucji i wszystkie podejrzenia, które przesłoniły jego imię jak czarne chmury, rozwieją się w jednej chwili. Ten fakt doprowadzi bezpośrednio do ukarania tych, którzy posłali go do grobu.

- Ale kluczem do wszystkiego jest autopsja - podsumował minister, spoglądając prawie z czułością na lekarza.

Oczywiście, pomyślał Petrit Zallherri.

Zawsze czuł, że prędzej czy później autopsja go zgubi.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':