http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Amerykańska lodówka

Dubravka Ugresic*
2008-07-26, ostatnia aktualizacja 2008-07-25 19:09

Obfitość istnieje tylko w raju. Cała reszta to substytut, prawdziwy albo sztuczny jedwab, na jedno wychodzi



Obfitość - opulence - opulenza - opulencia.

O - obfitość. Usta zaokrąglone w kształcie litery O. Opulence. P - drzwiczki, które nadymają się od naporu od środka. Usta pełne smacznych kąsków. O-bfi-tość. B - wargi pieszczą jedna drugą. O-p-ulenza L-n-z - dzwoni niczym wesoły dzwonek. O-pu-lencia! - słowo nadyma się, a potem tryska niczym fontanna, z której wydobywają się strugi złotych neologizmów Obfitość: miód i mleko płyną rzekami, a z nieba spadają pieczone kurczaki.

- Jakie skojarzenie wywołuje w tobie słowo "obfitość"? - pytam swojego o pokolenie młodszego przyjaciela i krajana.

- Amerykańska lodówka! - wali jak z karabinu.

Amerykańska lodówka jest dla wielu wschodnich Europejczyków - zwłaszcza dla Jugosłowian, którzy od wczesnego dzieciństwa napatrzyli się na amerykańskie filmy - w miarę dokładną prezentacją mitycznego „rogu obfitości”. Obraz ogromnej amerykańskiej lodówki, z której wskutek przeładowania wypadają rozmaite produkty żywnościowe; fridge (jakie ciepłe i uspokajające słowo!), z której zaspany Amerykanin wyjmuje nocą wielkie plastikowe butelki mleka czy też soku pomarańczowego i wlewa w siebie płyn; albo wyjmuje gigantyczny pojemnik z lodami, bierze łyżkę do zupy, siada ze skrzyżowanymi nogami na wygodnej sofie, włącza telewizor i pełną łyżką zajada lody z pojemnika, jakby to była zupa - ten obraz wrył się w mózgi kilku pokoleń wschodnich Europejczyków jako najprecyzyjniejsze i najatrakcyjniejsze wyobrażenie obfitości.

Ile ludzi, tyle idei związanych z tematem obfitości! Żebyście wiedzieli, czym jest sytość, musicie najpierw być głodni; żebyście wiedzieli, czym jest bogactwo, musicie najpierw zaznać biedy. W jednym z odcinków "Dynastii", dzisiaj już zapomnianej, mamuciej amerykańskiej telenoweli, Alexis (Joan Collins) i jej kochanek Dexter siedzą w jacuzzi i piją szampana. Dex łyżką do zupy nabiera coś z miski i zjada z apetytem.

- Zwolnij trochę z tą łyżką - mówi ironicznie "wulgarna" Alexis - to kawior!

Ponieważ najazd kamerą na kawior wydał się pewnie reżyserowi niestosowny, a jednak widzom należało wyjaśnić, że chodzi o scenę luksusu, Alexis wypowiada swoją niestosowną kwestię. Niestosowną w takiej scenie oczywiście. Szampan, kawior, jacuzzi - są to proste wyobrażenia obfitości, które media wprowadziły w imaginacyjne pole amerykańskich biedaków, a także ich braci na całym świecie. Jeśli chodzi o kawior, to w czasie czerwonego rewolucyjnego głodu wielu Rosjanom wychodził on uszami, bo nie było nic innego do jedzenia prócz kawioru. Z braku łyżek kawior jadło się palcami.

A więc i kawior, dla niektórych symbol luksusu, dla innych jest symbolem biedy.

(((

Biedacy jednak najlepiej wiedzą, czym jest bogactwo. Może dlatego warto się poszwendać po magazynach, pchlich targach, wielkich sieciach centrów handlowych dla biedaków, po ubogich dzielnicach miasta i zobaczyć ten stos "śmieci", na które ludzie biedni wydają swoje pieniądze. Bo też właśnie te "śmieci" najlepiej obrazują powszechne wyobrażenie obfitości właściwe biedakom. Tylko w ten sposób będziemy mogli zrozumieć, dlaczego rodzina Vanderbilt przewoziła kawałek po kawałku bogate włoskie komnaty z XVI wieku i wbudowywała je w swoje "dacze" i dlaczego bogaci Rosjanie robią olbrzymie wycinki na bujnie zalesionych czarnogórskich górach i budują tam wille, które przypominają Muzeum Guggenheima, oraz baseny, z których pływak swoim orlim spojrzeniem ogarnia wspaniałe Morze Adriatyckie.

Trzeba więc zajrzeć do biednego mieszkania, gdzie największa ściana cała jest pokryta tapetą, z której przygląda nam się zachód słońca i jakieś bajeczne morze. Trzeba spojrzeć na te małe miejskie betonowe ogrody pokryte plastikową trawą, w których stąpa dumnie stado plastikowych flamingów, a w małej plastikowej fontannie pływają plastikowe żabki. Trzeba na moment wejść do magazynów, gdzie sprzedaje się cudowne materiały: złoty nylonowy brokat, nylonowe koronki, jedwab i satynę z poliesteru. Trzeba skoczyć do wschodnioeuropejskich uzdrowisk z ciepłymi źródłami budowanych w czasach komunizmu i poobserwować wymęczonych zachodnioeuropejskich emerytów, którzy kupują sobie rozkosze odpowiednie na ich kieszeń: pływanie w lekko podupadłych basenach, masaż u hotelowego masażysty, pedicure u hotelowego pedikiurzysty.

Wyobrażenie obfitości to meeting point biednych i bogatych. W pewnym sensie wszyscy spotykamy się właśnie w tym miejscu, jak na starej opuszczonej stacji, na którą pociągi nigdy nie przyjeżdżają i nigdy z niej nie odjeżdżają. Znaleźliśmy się na tej stacji pewnie wtedy, gdy Bóg wygnał nas z raju. Albowiem obfitość istnieje tylko w raju. Cała reszta to substytut, prawdziwy albo sztuczny jedwab, na jedno wychodzi.

W chorwackiej telewizji (zaraz po porozumieniu w Dayton) chodziła popularna reklama kawy Franck. Statek kosmiczny z załogą. Niespodziewana turbulencja. Przerażone twarze członków załogi sygnalizują, że statek nigdy już nie wróci na Ziemię. Stewardesa w kostiumie Gagarina wchodzi do kabiny kapitana i uśmiecha się pogodnie: "Kapitanie, kawy mamy pod dostatkiem!". U dołu ekranu pojawia się tekst: "Pierwsza chorwacka podróż w kosmos". Reklama anonsowała nową chorwacką przyszłość, w której kawa zawsze będzie na rynku, a jednocześnie uruchamiała niemalże nostalgiczne wspomnienie czasów, kiedy dochodziło do silnych turbulencji na rynku jugosłowiańskim, czasów niedostatku. Trzy rzeczy symbolizowały wówczas dostatek: kawa, proszek do prania i oliwa. W zorganizowanych jednodniowych autobusowych wycieczkach Jugosłowianki przeskakiwały granicę, udając się do Triestu albo Grazu, by zrobić zapasy. Z całkowicie mistycznego powodu kobiety dodawały do swojej listy rzeczy absolutnie niezbędnych także rodzynki. Szafa mojej mamy w pewnym momencie omal nie pękła od natłoku małych torebeczek z rodzynkami, a ja z powodu smutnego współczucia dla mamy oraz poznania, że obfitość w przypadku biedaków, ale i bogatych jest bezsensowna.

(((

Obfitość najlepiej trzymać zamkniętą w sferze imaginacji. Albowiem w obfitości zwykle czai się śmierć (Mole to zjedzą! Myszy zeżrą! Ogień zamieni w popiół! Ludzie rozkradną! Banki zbankrutują! Pieniądze zje inflacja!). W biedzie nie czai się nic prócz konieczności przeżycia.

Kiedy byłam dzieckiem, mieszkaliśmy w małym miasteczku niedaleko Zagrzebia. Od głównej autostrady Zagrzeb - Belgrad oddalone było góra trzy kilometry. Latem autostradą sunęły kolumny tureckich i greckich gastarbeiterów, którzy z Europy Zachodniej jechali w dół do swojej ojczyzny. Pewnego dnia do naszych drzwi zapukała policja i zażądała od mojej mamy translatorskiej pomocy. Tego dnia bułgarski ambasador w afrykańskim państwie Mali jechał do Bułgarii na zasłużony coroczny odpoczynek. I dokładnie tam, gdzie od autostrady odchodziła szosa prowadząca do naszego miasteczka, ambasador uderzył swoim samochodem w inny. Jego żona zginęła na miejscu, on i dwie dziewczynki wyszli z wypadku bez obrażeń. Trzeba było nie tylko załatwić mnóstwo formalności, które i tak przekraczały kompetencje małego miejscowego posterunku policji, ale też zadbać o nieszczęsnego człowieka oraz jego dzieci. I tak Bułgar i jego dwie dziewczynki przez kilka dni byli naszymi gośćmi. A potem Bułgar wyjechał, zostawiwszy po sobie dwa duże worki z orzeszkami ziemnymi, które w bagażniku swojego samochodu wlókł z Mali do Bułgarii. Zapewne wydawało mu się niestosowne przywieźć do domu wraz z wieścią o śmierci żony dwa worki orzeszków ziemnych. A może zostawił te worki na znak wdzięczności, bo akurat niczego innego nie miał pod ręką? Nikt z nas nie widział wcześniej orzeszków ziemnych. Moja rodzina i wszyscy nasi sąsiedzi miesiącami piekliśmy orzeszki ziemne w piecu, obieraliśmy niepozorne łuski i pogryzaliśmy osobliwe, owalne ziarna. Z rogu obfitości spadły na nasze głowy orzeszki ziemne.

Od tamtego czasu nie cierpię orzeszków ziemnych, pod żadną postacią. Obfitość trzeba pozostawić tam, gdzie jest niegroźna, w sferze imaginacji. Staram się, jak mogę, by nie słyszeć syreniego śpiewu, który dochodzi z rogu obfitości. Tamto zawołanie: "Kapitanie, kawy mamy pod dostatkiem!" całkowicie mi wystarczy do codziennego szczęścia.

Tłumaczyła Dorota Jovanka Ćirlić

*Dubravka Ugresic - ur. w 1949 r., chorwacka powieściopisarka, autorka esejów i książek dla dzieci. Mieszka w Holandii. W Polsce ukazały się jej powieści "Forsowanie powieści rzeki", "Stefcia Ćwiek w szponach życia", "Ministerstwo bólu", opowiadania "Baba Jaga zniosła jajo", eseje "Kultura kłamstwa", "Amerykański fikcjonarz" i "Czytanie wzbronione". Nakładem wydawnictwa Znak ukaże się w tym roku najnowszy tom jej esejów "Nikogo nie ma w domu"

www.dubravkaugresic.com

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':