"Populizm", redakcja naukowa Olga Wysocka, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego 2010 Ilu polityków, tylu populistów. Populistą nazwano już zapewne każdego, kto czynnie uprawia politykę. Jest więc w tej podejrzanej rodzince prezes Kaczyński i premier Berlusconi, premier Tusk i kanclerz Merkel, każdy na swój sposób i w różnym natężeniu. Ale czy słowo "populista" cokolwiek znaczy, skoro da się nim określić i Tuska, i Kaczyńskiego? A, doprawdy, różnicę między nimi chciałbym mieć we frankach szwajcarskich. Czujemy jednak, że termin ten coś opisuje, nawet jeśli służy także do przykładania konkurencji, jak to się kiedyś mówiło, bez dania racji.
Czym jest ten nieszczęsny populizm, badacze spierają się od kilkudziesięciu lat i nie widać na horyzoncie zgody między nimi. Niedawno otrzymaliśmy arcyciekawą książkę zbierającą teksty z Europy Zachodniej i
USA od lat 50 zeszłego stulecia po współczesność; nazywa się "Populizm", a opracowała ją Olga Wysocka.
Każdy może z tej książki wybrać własne pojęcie populizmu, ale choć różnice między poglądami badaczy są jaskrawe, wyłania się też niemało wspólnej diagnozy. Jej trzon sformułował ponad pół wieku temu znakomity socjolog Edward A. Shils. Populizm - pisze Shils - to nie tylko cecha rozmaitych ruchów protestu. Nie ogranicza się do lewicy, radykałów czy niższych klas. "Populistyczny punkt widzenia mogą przyjąć klasy rządzące, reprezentanci szanowanych profesji, warstwy społeczne, które same nie tworzą poglądów populistycznych". A wyraża się on w przekonaniu, że sama "wola ludu jest nadrzędna wobec wszelkich innych standardów, (...) wobec tradycyjnych instytucji", ich autonomii oraz "wobec woli innych warstw".
Ale, jak przypomina Shils, populizm niekoniecznie wywodzi się z postaw autorytarnych. W USA zapoczątkował go "postępowy radykalizm wiejski", tworzony przez reformatorów humanistów, którzy "próbowali w społeczeństwie zwrócić władzę ludowi - dając mu prawo do referendum, inicjatywy ustawodawczej oraz procedur odwoławczych, umożliwiając kontrolę kolei i innych instytucji użyteczności publicznej".
Dziś w USA i zwłaszcza w Europie, gdzie populizm wywodzi się głównie z autorytarnych oraz antyrepublikańskich korzeni, dominuje mroczne oblicze tego zjawiska. Jednak wciąż w demokracji dają o sobie znać obie jego funkcje: naprawcza i niszczycielska. Właśnie owego dwoistego ducha populizmu przywołuje Shils, sporządzając jego listę intencji. „Czy populizm nie stanowił zapowiedzi demokracji »oddolnej «? Czy nie dążył do podporządkowania rządu woli ludu, do zrzucenia możnych z ich wysokich stołków, do przekształcenia ustawodawców w rejestratorów woli ludu? Czy nie dążył do wyzwolenia świata z pętających go więzów starego świata, z jego hierarchicznością i dynastycznymi ambicjami? Czy populizm nie mówił o »interesach «, »koteriach «, »klikach «, »lobby « i »kręgach «, które trzymają lud w łańcuchach i pozbawiają go owoców jego własnej pracy? Czy populizm nie utrzymywał, że chroni lud i jego rząd przed spiskami, przed konspiratorami, którzy mogą zdobyć władzę nad społeczeństwem wbrew woli ludu i w zmowie z rządzącymi lub wykorzystując ich nieudolność?”.
Shils pokazuje na współczesnych mu przykładach, jak populistyczny protest w intencji naprawy systemu wyradza się w rewoltę nie tylko przeciw demokracji liberalnej, lecz także przeciw zróżnicowanemu społeczeństwu. Jeśli przyznamy, że wola ludu rzekomo jednolitego jest zawsze słuszna, wtedy musimy zwalczać wszelakie instytucje ograniczające i kontrolujące władzę, w tym procedury konstytucyjne, oraz tradycje. Populizm opowiada się za "prawdziwą" sprawiedliwością, traktując skomplikowane prawo jako pułapkę zastawioną na lud i jego przywódców. Nie cierpi niezależności uniwersytetów ani osób "przeedukowanych". Dokonując wiwisekcji populizmu, Shils precyzyjnie opisał IV RP.
Jednak populizm nie zna granic ideologicznych. Współczesny badacz Paul Taggart zauważa: "Populizm może stanowić narzędzie zarówno postępowców, jak i reakcjonistów, demokratów i autokratów, lewicy i prawicy". Nie jest przywiązany do podstawowych wartości, jak równość czy sprawiedliwość, więc łatwo wnika do wszelakich nurtów ideologicznych. Ale przede wszystkim - pisze Taggart - buduje "rdzenną krainę", wyidealizowaną "wersję swego ludu wybranego". I "wyklucza elementy, które postrzega jako obce, zepsute, pozbawione wartości". Owe "rdzenne krainy" są różne, ale zawsze populizm, gdy nadchodzi kryzys, mobilizuje swój lud do ich obrony. Toteż "naturalne skłonności populizmu to izolacjonizm i zaściankowość".
Paradoksalnie, populizm, choć odwołuje się bezpośrednio do swego ludu czy narodu, wcale nie żąda od niego mobilizacji lub działania. W "normalnych" ruchach protestacyjnych czy emancypacyjnych rządzi postulat: "więcej uczestnictwa, mniej przywództwa", w przypadku populizmu obowiązuje przeciwna skłonność: "mniej uczestnictwa, więcej przywództwa". Populizm domaga się jedynie przyzwolenia na działanie wodzów, nie zaś debat i mobilizacji. Odwołuje się bowiem do tzw. zwykłych ludzi, którzy na ogół nie chcą, by sprawy publiczne angażowały ich bezpośrednio.
Toteż - jak wywodzi Pierre-Andre Taguieff - żądanie demokratyzacji przez populistów jest wtórne wobec obrony zamkniętych tożsamości. Tak czy owak, wygrywa ksenofobia.
Badacze populizmu zgadzają się, że zwalcza on demokrację liberalną, w tym instytucje pośredniczące między władzą a obywatelem - prawo, partie, stowarzyszenia, czyli społeczeństwo obywatelskie. Polityka staje się w tym myśleniu drogą na skróty, poza prawem i regułami. Jasne, nie każda krytyka partii to populizm ani groźba dla demokracji. Daleko do tego. Taka krytyka z naprawczej staje się groźna, gdy neguje się sens istnienia partii, bo przywódca sam najlepiej porozumiewa się z ludem czy narodem, zawsze zjednoczonym i jednogłośnym. Wyrasta z tego manichejska ideologia - pisze Cas Mudde - dzieląca społeczeństwo na dwie jednolite grupy: nieskażonego ludu i zepsutych elit. W tej wersji, dla mnie najpłodniejszej, populizm jawi się jako ideologia przekraczająca dotychczasowe podziały ideowe i zmieniająca ich sens.
A skąd się bierze? "Demokracja jest ideą zbyt inkluzywną, by pozwolić trwać niezmiennej hierarchii" - wywodzi Lawrence Goodwyn. "Nowoczesna polityka toczy się w napięciu między ideą demokracji a elitarną rzeczywistością", bo "jeśli formy demokratyczne mają być istotne społecznie, ludzie spoza elit muszą uczestniczyć w ich doświadczaniu". To doświadczanie demokracji, pragnienie zmiany może wyrażać się w ruchach odnowy albo w gotowości do akceptacji populizmów. W tym sensie populizm, jak uważa wielu badaczy, jest cieniem, jaki demokracja rzuca na samą siebie.
Dopowiedziałbym, że dziś najostrzejsza konkurencja w obrębie demokracji toczy się między populizmami niszczycielskimi a ruchami naprawczymi, które, bywa, oblekają się w szaty łagodnego populizmu. Zbyt często wrzuca się te tak przeciwne postawy do jednego worka opatrzonego ostrzeżeniem: trucizna. Osłabia to siły naprawcze demokracji. Nic więc dziwnego, że na razie niszczycielskie populizmy trzymają się mocno.