- No i jak tam było? - pytał pan Struś, dorożkarz.
- Panie, ludzkim głosem nie można na to odpowiedzieć. Panie, trzeba tam być i zobaczyć. Potęga! Potęga! No mówię panu! - opowiadał jeden z dwóch "wniebowziętych" meneli
z filmu Andrzeja Kondratiuka .
Chodziło tam o latanie LOT-em na trasach krajowych za pieniądze wygrane w totolotka, ale gdyby Maklakiewicz i Himilsbach oglądali start promu kosmicznego na Florydzie, pewnie mówiliby panu Strusiowi dokładnie to samo. Wczoraj, kiedy Atlantis powoli i majestatycznie wspinał się w kosmos po kolumnie ognia wypluwanej przez jego silniki, tysiące gapiów w Titusville, małym miasteczku naprzeciwko Centrum im. Johna Kennedy'ego na Florydzie, podziwiało tę potęgę po raz ostatni.
Loty wahadłowców i loty "wniebowziętych" mają jeszcze jedną, oprócz potęgi, wspólną właściwość - były niezwykle kosztowne. Maklakiewicz i Himilsbach na plaży w Sopocie zorientowali się, że przepuścili całą wygraną i nie mają za co wrócić do Warszawy. Amerykanie również dość późno zorientowali się, że przepuścili 200 miliardów dolarów. Czy było warto?
"Wniebowzięci" nie mieli wątpliwości: każdy musi sobie czasami polatać.
Koniec prosperity Wątpliwości nie mieli również gapie, którzy wczoraj ściągnęli do Titusville z całej Ameryki. Gazety i telewizje zapowiadały, że 135. start promu kosmicznego będzie oglądać na żywo milion ludzi. W rzeczywistości było ich trochę mniej mniej, ale i tak trzeba ich podziwiać, bo prawie cały czas lał deszcz, prognozy pogody były fatalne i NASA zapowiadała odwołanie startu na 70 proc ze względu na burze, opady i chmury. Ci którzy uwierzyli w 30 proc., zostali nagrodzeni: na 11:26 rano, kiedy zaplanowano start, niebo wypogodziło się.
- Jechaliśmy tutaj trzy dni, więc jak odwołają, będziemy koczować aż do startu nawet cały tydzień - odgrażali się Jack i Lucy, para studentów z Reno w Nevadzie. - W końcu to ostatni raz, nie? Kończy się cała epoka, coś wielkiego w historii Ameryki, więc musimy to zobaczyć na własne oczy...
Epoka prosperity kończy się również dla Titusville, sennego miasteczka, które przez ostatnie 30 lat kilka razy w roku przeżywało najazd kosmicznych turystów. W obskurnym motelu Budget, w którym nocleg kosztuje zwykle 40 dol., z czwartku na piątek żądano siedem razy więcej.
- Daj Bóg, że przyjdzie burza i przełożą start na niedzielę! Wtedy zarobimy trzy razy więcej... Należy nam się, w końcu to ostatnia taka okazja - śmiał się menedżer motelu, który osobiście przekonywał turystów w recepcji, żeby brali pokoje, póki jeszcze są. - A potem już tylko palnąć sobie w łeb! - dopowiedziała jego żona, która wygodnie rozpostarta w fotelu w hotelowym lobby (choć określenie "lobby" jest w przypadku tej dziury sporym nadużyciem) oglądała ostatni komunikat pogodowy NASA.
"Dzisiaj o pierwszej po południu przez przylądek Canaveral przeszła gwałtowna burza. Piorun uderzył 157 metrów od wieży startowej, na której stoi Atlantis, ale przygotowania do jutrzejszego startu idą zgodnie z planem. Kolejny komunikat ogłosimy o drugiej w nocy, kiedy powinna rozpocząć się procedura tankowania paliwa do zbiorników wahadłowca" - mówił pan w telewizorze.
Losy motelu Budget, podobnie jak wszystkich hoteli i restauracji w okolicy, są niepewne, bo podbój kosmosu ściągał turystów nawet w pozostałe dni roku, kiedy nie startowała żadna rakieta. Przyjeżdżali zwiedzać centrum lotów Kennedy'ego.
Niestety, dla Titusville zanosi się, że żadnego podboju w najbliższych latach nie będzie.
Księżycowy american dream - Miałam wtedy sześć lat, ale pamiętam to dokładnie jak dziś. Obraz w telewizorze był biało-czarny, trochę niewyraźny i rozdygotany. Kiedy Armstrong wyszedł z lądownika i zrobił pierwszy krok... Pamiętasz, mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości? No więc kiedy zrobił ten pierwszy krok na Księżycu, rodzice i my, trójka rodzeństwa, wpadliśmy w euforię. Ojciec przez całą noc puszczał przed domem fajerwerki - opowiada Janice Bohnam-West, dyrektorka szkoły językowej w Raleigh w Karolinie Północnej.
Kiedy Apollo 11 startował w 1969 roku, Titusville przeżyło największy najazd w historii. Wtedy naprawdę był tu milion ludzi. Ale wtedy Stany Zjednoczone były u szczytu potęgi, klasa średnia trzymała się mocno, Amerykanie wierzyli w american dream, a bezrobotni byli tylko lenie i nieudacznicy. Teraz syn Janice, który w zeszłym roku skończył
studia z dyplomem magistra historii, pracuje w piekarni.
- Czterdzieści lat temu z takim dyplomem miałby pięć ofert pracy - mówi Janice.
W ostatnią środę Janice zadzwoniła do przyjaciółki - nauczycielki hiszpańskiego Sofii - i zaproponowała wspólny rajd na Florydę. Dwie panie w średnim wieku jechały kilkanaście godzin bez przerwy, a noc przed startem nocowały w samochodzie.
- Musiałam przyjechać, bo tamten dzień, lądowanie na Księżycu, jakoś wpłynął na moje życie. Wtedy uwierzyłam, że w tym kraju wszystko jest możliwe. Dlatego osiem lat temu odważyłam się otworzyć moją szkołę, chociaż w zasadzie nie miałam na to pieniędzy, tylko pomysł, entuzjazm i zapał do pracy - opowiada Janice. - Dziś kończy się to, co się wtedy zaczęło. Ameryka ostatni raz wysyła astronautów w kosmos. Od tej pory będą latać tylko w rosyjskich rakietach. Albo wcale. I nie wiadomo, jak długo to potrwa.
Kiedy w latach 70. NASA rozpoczęła prace nad projektem wahadłowców, chodziło o stworzenie statku wielokrotnego użytku, taniego i łatwego w obsłudze. Bezpiecznego i zdolnego do powtórnego lotu kilka dni po zakończeniu poprzedniego. Takiego który zamieni lot w kosmos w rutynę, a nie pełne napięcia wydarzenie. Dlatego nazywano go promem kosmicznym.