Mariusz Zawadzki: Pamięta pan ranek 11 września? Joshua Muravchik: Mieszkałem już wtedy w Waszyngtonie, ale wychowałem się w Nowym Jorku i to miasto jest ciągle w moim sercu. New York Giants grali poprzedniego wieczora i przegrali. Byłem z tego powodu bardzo nieszczęśliwy i następnego ranka obudziłem się skacowany. Włączyłem telewizor. Nie będę oryginalny. Szok. Niedowierzanie. Przerażenie.
Przeleciało panu przez głowę coś w rodzaju: "A nie mówiłem?". - Nie. Wielu ludzi spodziewało się jakichś zamachów terrorystycznych, byłem może jednym z setek proroków. Ale abstrakcyjnie przewidywać to jedno, a oglądać tamte rozdzierające serce sceny to drugie. Rzeczywistość przerosła wszelkie oczekiwania.
Dla większości Amerykanów tamten ranek był początkiem nowej rzeczywistości, w której żyją już dziesięć lat. Ale dla organizatorów zamachów to była tylko wygrana bitwa w wojnie z Zachodem, którą toczyli od dziesięcioleci. Zaczęła się ona w czasie I wojny światowej, kiedy Brytyjczycy obiecali Arabom niepodległe państwo, ale w tajemnicy negocjowali z Francuzami podział arabskich ziem po upadku imperium osmańskiego. Niektórzy początek widzą w utworzeniu państwa żydowskiego w Palestynie. Kiedy ta historia zaczęła się naprawdę? - Wściekłość na świat zachodni buzowała w całym Trzecim Świecie od dziesięcioleci. Jest ona całkiem zrozumiała, z tym zastrzeżeniem, że Stany Zjednoczone są najmniej winne kolonialnych grzechów.
Prezydent Woodrow Wilson pod koniec I wojny w swoim planie pokojowym domagał się niepodległości dla Polaków w 14. punkcie, a w 13. punkcie - prawa do samostanowienia dla ludów upadłego imperium osmańskiego, czyli głównie Arabów. - Właśnie. Ameryka zawsze sympatyzowała z ruchami niepodległościowymi.
Prawie zawsze. Na przykład w 1953 roku CIA obaliła rząd w Iranie, który odebrał zachodnim koncernom prawa do złóż ropy. - Przewrót w Iranie niefortunnie wpisał się w narrację tamtego czasu. W wielu przypadkach gniew Trzeciego Świata miał wtedy wyraźny rys marksistowski, przerodził się w bunt przeciwko kapitalizmowi. A gdzie jest centrum światowego kapitalizmu? Oczywiście w Nowym Jorku.
Ale dlaczego akurat w krajach islamu ten gniew tak wezbrał, że doprowadził do zamachu na stolicę kapitalizmu? - W świecie muzułmańskim panuje przekonanie, że islam jest najdoskonalszą religią, rozwinięciem judaizmu i dopełnieniem chrześcijaństwa. Ostatnim prawdziwym objawieniem jest to, które przekazał Mahomet. Aspiracje podsycane wspomnieniami świetności sprzed kilku wieków są zatem ogromne. Przecież to wyznawcy Allaha mieli być władcami świata, a nie niewierni!
Część tej frustracji wylała się do wewnątrz świata islamu: jedni muzułmanie oskarżali drugich, że są za mało posłuszni naukom Koranu itp. Częśc gniewu spadła na niewiernych, stąd wezwanie do dżihadu, który przywróci islamowi wiodącą pozycję w świecie.
Dżihadu, którego wojowników Ameryka jeszcze niedawno po przyjacielsku klepała po plecach... Jest takie nagranie z końca lat 70., na którym ówczesny doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Zbigniew Brzeziński spotyka się z brodatymi mudżahedinami w Pakistanie i mówi im, że "zwyciężą, bo ich sprawa jest słuszna". Przez całe lata 80. Ameryka wspierała ich w wojnie z armią radziecką w Afganistanie. Czy to był błąd? - Nie. Najpierw trzeba wygrać aktualną wojnę, żeby martwić się o to. co będzie potem. A tak się składa, że wtedy toczyliśmy morderczą wojnę ze Związkiem Radzieckim - zimną wojnę. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że przesądziła ona o losach świata. Jeśli potępimy nasz sojusz z afgańskimi mudżahedinami, to powinniśmy potępić też nasz sojusz ze Stalinem przeciwko Hitlerowi. Nikt przy zdrowych zmysłach go nie potępia.
Zimną wojnę też musieliśmy wygrać, a Afganistan był przełomową bitwą zimnej wojny. Po Wietnamie przeszliśmy na pozycje defensywne i dopiero tam zaczęliśmy aktywnie walczyć na terenie zaanektowanym przez wroga. Ta wojna miała demoralizujący wpływ na system radziecki. Może nie mniejszy niż wyścig zbrojeń, który narzucił Ronald Reagan i którego nie potrafili wytrzymać finansowo.
W latach 80. Ameryka zawarła jeszcze jeden nietypowy sojusz. Donald Rumsfeld jeździł do Bagdadu, oferując amerykańską pomoc w wojnie z Islamską Republiką Iranu. - To akurat był gruby błąd. Niewygodne sojusze można zawierać w sytuacjach ostatecznych. W obliczu śmiertelnego wroga. Islamska Republika Iranu nie była wtedy wielkim zagrożeniem dla świata ani dla Ameryki. Nie musieliśmy rezygnować z przyzwoitości i bratać się z okrutnym tyranem. Wierzę, że w polityce należy stosować zasady moralne. Przymierze z Saddamem, który był małym Stalinem, było złamaniem tych zasad.
Musiał być pan rozczarowany, kiedy Bush ojciec, wygnawszy armię Saddama z Kuwejtu, nie ruszył na Bagdad, tylko ogłosił koniec wojny. - Zdecydowanie.