http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Musieliśmy ich zmiażdżyć

Joshua Muravchik*
2011-09-11, ostatnia aktualizacja 2011-09-09 18:49

Osama ben Laden (z lewej) i Ajman al-Zawahiri w 2001 roku
Osama ben Laden (z lewej) i Ajman al-Zawahiri w 2001 roku
Fot. REUTERS / Forum REUTERS

Al-Kaida rozbita, Osama nie żyje, nikomu nie udało się powtórzyć zamachu na naszym terenie. Wygrywamy, choć zagrożenia w Iranie i Pakistanie są poważne - dziesięć lat amerykańskiej wojny z terroryzmem podsumowuje

Członek organizacji Synowie Iraku niesie pas z amunicją ulicami Amariyah.
Fot. Petr David Josek AP
Członek organizacji Synowie Iraku niesie pas z amunicją ulicami Amariyah.
Zdjęcie zamachowca, który próbował dokonać zamachu na pokładzie Airbusa A330 linii Northwest Airlines
Fot. za CNN
Zdjęcie zamachowca, który próbował dokonać zamachu na pokładzie Airbusa A330...
Mariusz Zawadzki: Pamięta pan ranek 11 września?

Joshua Muravchik: Mieszkałem już wtedy w Waszyngtonie, ale wychowałem się w Nowym Jorku i to miasto jest ciągle w moim sercu. New York Giants grali poprzedniego wieczora i przegrali. Byłem z tego powodu bardzo nieszczęśliwy i następnego ranka obudziłem się skacowany. Włączyłem telewizor. Nie będę oryginalny. Szok. Niedowierzanie. Przerażenie.

Przeleciało panu przez głowę coś w rodzaju: "A nie mówiłem?".

- Nie. Wielu ludzi spodziewało się jakichś zamachów terrorystycznych, byłem może jednym z setek proroków. Ale abstrakcyjnie przewidywać to jedno, a oglądać tamte rozdzierające serce sceny to drugie. Rzeczywistość przerosła wszelkie oczekiwania.

Dla większości Amerykanów tamten ranek był początkiem nowej rzeczywistości, w której żyją już dziesięć lat. Ale dla organizatorów zamachów to była tylko wygrana bitwa w wojnie z Zachodem, którą toczyli od dziesięcioleci. Zaczęła się ona w czasie I wojny światowej, kiedy Brytyjczycy obiecali Arabom niepodległe państwo, ale w tajemnicy negocjowali z Francuzami podział arabskich ziem po upadku imperium osmańskiego. Niektórzy początek widzą w utworzeniu państwa żydowskiego w Palestynie. Kiedy ta historia zaczęła się naprawdę?

- Wściekłość na świat zachodni buzowała w całym Trzecim Świecie od dziesięcioleci. Jest ona całkiem zrozumiała, z tym zastrzeżeniem, że Stany Zjednoczone są najmniej winne kolonialnych grzechów.

Prezydent Woodrow Wilson pod koniec I wojny w swoim planie pokojowym domagał się niepodległości dla Polaków w 14. punkcie, a w 13. punkcie - prawa do samostanowienia dla ludów upadłego imperium osmańskiego, czyli głównie Arabów.

- Właśnie. Ameryka zawsze sympatyzowała z ruchami niepodległościowymi.

Prawie zawsze. Na przykład w 1953 roku CIA obaliła rząd w Iranie, który odebrał zachodnim koncernom prawa do złóż ropy.

- Przewrót w Iranie niefortunnie wpisał się w narrację tamtego czasu. W wielu przypadkach gniew Trzeciego Świata miał wtedy wyraźny rys marksistowski, przerodził się w bunt przeciwko kapitalizmowi. A gdzie jest centrum światowego kapitalizmu? Oczywiście w Nowym Jorku.

Ale dlaczego akurat w krajach islamu ten gniew tak wezbrał, że doprowadził do zamachu na stolicę kapitalizmu?

- W świecie muzułmańskim panuje przekonanie, że islam jest najdoskonalszą religią, rozwinięciem judaizmu i dopełnieniem chrześcijaństwa. Ostatnim prawdziwym objawieniem jest to, które przekazał Mahomet. Aspiracje podsycane wspomnieniami świetności sprzed kilku wieków są zatem ogromne. Przecież to wyznawcy Allaha mieli być władcami świata, a nie niewierni!

Część tej frustracji wylała się do wewnątrz świata islamu: jedni muzułmanie oskarżali drugich, że są za mało posłuszni naukom Koranu itp. Częśc gniewu spadła na niewiernych, stąd wezwanie do dżihadu, który przywróci islamowi wiodącą pozycję w świecie.

Dżihadu, którego wojowników Ameryka jeszcze niedawno po przyjacielsku klepała po plecach... Jest takie nagranie z końca lat 70., na którym ówczesny doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Zbigniew Brzeziński spotyka się z brodatymi mudżahedinami w Pakistanie i mówi im, że "zwyciężą, bo ich sprawa jest słuszna". Przez całe lata 80. Ameryka wspierała ich w wojnie z armią radziecką w Afganistanie. Czy to był błąd?

- Nie. Najpierw trzeba wygrać aktualną wojnę, żeby martwić się o to. co będzie potem. A tak się składa, że wtedy toczyliśmy morderczą wojnę ze Związkiem Radzieckim - zimną wojnę. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że przesądziła ona o losach świata. Jeśli potępimy nasz sojusz z afgańskimi mudżahedinami, to powinniśmy potępić też nasz sojusz ze Stalinem przeciwko Hitlerowi. Nikt przy zdrowych zmysłach go nie potępia.

Zimną wojnę też musieliśmy wygrać, a Afganistan był przełomową bitwą zimnej wojny. Po Wietnamie przeszliśmy na pozycje defensywne i dopiero tam zaczęliśmy aktywnie walczyć na terenie zaanektowanym przez wroga. Ta wojna miała demoralizujący wpływ na system radziecki. Może nie mniejszy niż wyścig zbrojeń, który narzucił Ronald Reagan i którego nie potrafili wytrzymać finansowo.

W latach 80. Ameryka zawarła jeszcze jeden nietypowy sojusz. Donald Rumsfeld jeździł do Bagdadu, oferując amerykańską pomoc w wojnie z Islamską Republiką Iranu.

- To akurat był gruby błąd. Niewygodne sojusze można zawierać w sytuacjach ostatecznych. W obliczu śmiertelnego wroga. Islamska Republika Iranu nie była wtedy wielkim zagrożeniem dla świata ani dla Ameryki. Nie musieliśmy rezygnować z przyzwoitości i bratać się z okrutnym tyranem. Wierzę, że w polityce należy stosować zasady moralne. Przymierze z Saddamem, który był małym Stalinem, było złamaniem tych zasad.

Musiał być pan rozczarowany, kiedy Bush ojciec, wygnawszy armię Saddama z Kuwejtu, nie ruszył na Bagdad, tylko ogłosił koniec wojny.

- Zdecydowanie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 20 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':